W kalendarzu kościelnym: święto.
W kalendarzu państwowym: dzień wolny od pracy.
W rzeczywistości społecznej: kolejna przerwa w rytmie codzienności, która z wiarą ma często tyle wspólnego, co choinka z duchowością – niby symbol, ale głównie dekoracja.
To święto nie „wyrosło” z powszechnej potrzeby religijnego przeżycia. Zostało ustanowione decyzją polityczną, w czasie gdy PiS był u władzy, przy wyraźnym wsparciu prawicowej, wyznaniowej części społeczeństwa. I od tego momentu obowiązuje wszystkich – wierzących, niewierzących, wątpiących, obojętnych. Państwo nie pyta o sumienie. Państwo daje wolne.
Ciąg zdarzeń… bez ciągu
Jeśli spróbować spojrzeć na to logicznie, a nie kalendarzowo, zaczyna się problem.
Najpierw Boże Narodzenie – narodziny.
Kilka dni później Objawienie Pańskie – objawienie się światu.
Za chwilę Wielkanoc – zmartwychwstanie.
Narodziny → objawienie → zmartwychwstanie.
To nie jest ciąg, to jest skok przez opowieść.
Bez procesu. Bez drogi. Bez sensownej narracji.
Z perspektywy religijnej pomiędzy tymi punktami jest całe życie, nauczanie, konflikty, śmierć. Z perspektywy państwowego kalendarza – tego nie ma. Są tylko wybrane momenty, wygodne do zaznaczenia jako dni wolne.
To trochę tak, jakby z książki zostawić tylko:
– pierwszy rozdział,
– losowo wybraną scenę ze środka,
– ostatnią stronę.
A potem twierdzić, że to spójna historia.
Logika? Tylko jedna
Jedyna logika, jaka tu naprawdę działa, jest prosta i brutalnie szczera:
wolne jest dobre.
Wolne się lubi.
Wolne się bierze.
Wolne się planuje pod długi weekend.
I to akurat jest konsekwentne. Skoro już państwo raz uznało, że religijne święta mogą być podstawą do wolnego dnia, to dorzucanie kolejnych staje się niemal automatyczne. Bo kto miałby powiedzieć „stop”? I na jakiej podstawie?
Religijnej? – państwo nie powinno jej interpretować.
Społecznej? – społeczeństwo wolne lubi.
Ekonomicznej? – to już nikogo nie przekonuje.
Wolne dla wszystkich – jedyna uczciwa opcja
Jeśli więc ten system już istnieje, to jedno trzeba mu oddać:
jest równy.
Wolne mają wszyscy. Bez deklaracji wiary, bez sprawdzania praktyk, bez urzędowego zaglądania w sumienie. I bardzo dobrze. Bo alternatywa byłaby absurdem większym niż sam ten kalendarz.
Problem nie polega na tym, że jest wolne.
Problem polega na udawaniu, że to wolne wynika z jakiejś spójnej, sensownej logiki religijnej.
Nie wynika.
To jest ciąg zdarzeń bez ciągu, zbiór punktów bez linii między nimi. Religia użyta jako uzasadnienie, a nie jako treść. Święta jako znaczniki w kalendarzu, a nie momenty przeżycia.
I może właśnie dlatego jedyne, co w tym wszystkim naprawdę ma sens, to fakt, że:
– wolnego jest sporo,
– wolne jest dla wszystkich.
Reszta to już tylko ładnie nazwany brak logiki.
Autor: Rafał Chwaliński






