Konstytucja napisana sympatycznym atramentem

panstwo znika w atramencie
Oceń materiał
Radio DTR czyta:
Gotowy do czytania

W normalnym państwie mogłoby się wydawać, że wybór sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez Sejm jest jednym z bardziej uroczystych i jednoznacznych aktów ustrojowych. Są głosowania, uchwały, nazwiska, procedury, powaga sali plenarnej i cała ta ceremonialna otoczka, która ma obywatelowi sugerować: „spokojnie, instytucje działają”.

A potem przychodzi ktoś z drugiego końca tego samego państwa i mówi: nie, jednak nie. ilustracja do artykulu panstwo znika w atramencie ilustracja do artykułu państwo znika w atramencie

I właśnie tutaj zaczyna się polska specjalność narodowa. Prawo przestaje przypominać system zasad, a zaczyna wielopiętrowy escape room. Sejm wybiera, jedni składają ślubowanie tu, drudzy tam, ktoś uznaje, ktoś nie uznaje, rząd pisze jedno, Trybunał drugie, Strasburg trzecie, a obywatel ma coraz większe wrażenie, że przypadkiem trafił na planszę gry, której instrukcji nikt nigdy nie przeczytał do końca.

Reklama

Najzabawniejsze — choć jest to śmiech raczej przez łzy — jest to, że w całej tej historii kluczowe nie wydaje się pytanie, czy dana osoba została wybrana przez parlament. Znacznie ważniejsze okazuje się to, czy odpowiednio stanęła, odpowiednio wypowiedziała słowa roty, odpowiednio wobec kogoś zaistniała i czy prezydencka obecność miała wystarczająco fizyczny, metafizyczny oraz urzędowo zatwierdzony charakter.

Można więc odnieść wrażenie, że Trybunał Konstytucyjny stał się miejscem, w którym konstytucja spotyka się z teatrem absurdu. Z jednej strony Sejm mówi: „wybraliśmy”. Z drugiej prezes TK odpowiada: „ale ja tych państwa nie widzę”. Nie dlatego, że są niewidzialni, lecz dlatego, że według przyjętej interpretacji nie uzyskali jeszcze właściwej formy ustrojowej.

Trochę jak w urzędzie, gdzie obywatel stoi przy okienku z kompletem dokumentów, ale słyszy, że brakuje załącznika numer siedem. Problem polega na tym, że nikt nigdy tego załącznika nie widział, nie wie, gdzie go zdobyć, a mimo to bez niego sprawy załatwić się nie da.

Reklama
Reklama
Reklama

Najbardziej cierpi na tym nie ta czy inna frakcja polityczna, lecz elementarna wiara w sens instytucji. Bo jeśli w jednym państwie jedna władza mówi „sędzia”, druga odpowiada „nie-sędzia”, trzecia kieruje sprawę do Strasburga, a czwarta oczekuje na rozstrzygnięcie sporu o to, kto i komu może podać rotę ślubowania, obywatel zaczyna nabierać podejrzeń.

Nie wobec konkretnej partii. Nie wobec konkretnego trybunału.

Wobec samego państwa.

Bo państwo, którego instytucje nie potrafią uzgodnić, kto jest sędzią, a kto nim nie jest, coraz bardziej przypomina dokument napisany sympatycznym atramentem. Niby istnieje. Niby wszystko zostało zapisane. Tylko że każdy widzi na kartce coś zupełnie innego.

Ten artykuł jest częścią
Magazynu Radio DTR 6/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →

📰 Śledź nas w
Google News, bądź na bieżąco z regionem

☕ Postaw kawę
Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry