Czasem mam wrażenie, że w Polsce historia nie tyle się powtarza, co krąży w kółko jak koń po wiejskim podwórku. Raz na jakiś czas pojawia się nowinka, a lud – najczęściej ten wiejski, ale i miejski mu dorównuje – odruchowo stawia barykadę ze strachu, przesądów i świętego przekonania, że „tak było zawsze i tak ma zostać”.
Weźmy lata 30. XX wieku. Felicjan Sławoj Składkowski, generał i premier, próbował zmienić polską wieś – nie budową autostrad, ale… wychodków. Te słynne „sławojki” miały być symbolem higieny i cywilizacji. A co na to chłopi? Oburzenie! Po co budka, skoro od zawsze za stodołą było najlepiej? Jedni stawiali latrynę, ale gwoździami zbijali drzwi, żeby przypadkiem ktoś jej nie użył – „niech stoi na pokaz, dla komisji”. Inni tłumaczyli, że to minister dla siebie każe budować, bo „taki z miasta w polu się nie załatwi”. Ironia i opór – klasyka.
Potem przyszło radio. Gazeta z 1929 roku donosiła, że chłopi winią fale radiowe za… mrozy i zniszczone plony. Anteny masowo rąbano, bo ponoć „przyciągały zimę”. Gdyby dziś ktoś wygrzebał tamten artykuł i zamienił słowo „radio” na „5G”, nie byłoby widać różnicy. Tylko zamiast zimy mamy „nowotwory” i „pandemie rozsyłane falami”.
A po wojnie – elektryfikacja. Dla nas oczywistość, dla ówczesnych chłopów – ingerencja w boski porządek. „Noc jest od spania, nie od światła!” – mówili. Albo że ptaki na drutach poginą, że prąd ściągnie pioruny. Gdzie indziej tłumaczono: „w wojnę i tak tylko lampa naftowa się sprawdzi”. Argumenty znajome, prawda? Bo dokładnie to samo słyszymy dziś o wiatrakach: że hałas, że choroby, że „syndrom wiatrakowy”.
I tak, proszę państwa, minęło prawie sto lat, a mentalność została. Dawniej chłop patrzył spode łba na słup energetyczny, dziś na maszt 5G albo turbinę wiatrową. Dawniej bał się sławojki, dziś szczepionki. Dawniej myślał, że antena oziębia powietrze, dziś wierzy, że maszt rozsiewa wirusa. A najgorsze, że w tej nieufności znalazły się zawsze i będą się znajdować zastępy „proroków” – od wiejskich plotkarzy, przez księży, po polityków, którzy z chłopskiego strachu lepią swoje kariery.
Bo łatwiej jest żyć w świecie, gdzie winne są fale radiowe albo chip w szczepionce, niż w świecie, w którym trzeba przyjąć, że za chorobę odpowiada zwykły wirus, a za zimę – klimat. Tyle że świat idzie do przodu, nawet jeśli wieś przywiązana do krzyża i lampy naftowej próbuje go zatrzymać.
Patrzę na te wszystkie współczesne „ruchy oporu” i myślę: może to nie tyle ciemnota, co nasza narodowa tradycja? Polacy mają w genach nieufność – wobec państwa, nauki, lekarza i elektryka. Tylko czy chcemy, żeby nasze wnuki śmiały się z nas tak, jak my śmiejemy się dziś z chłopów, którzy tłukli anteny, bo „ochładzały powietrze”?
Bo jeśli historia naprawdę się powtarza, to za sto lat ktoś napisze, że w XXI wieku ludzie bali się szczepionek i wiatraków tak samo, jak kiedyś bali się sławojek i radia. I że byli gotowi krzyżem leżeć przed świątynią – byle nie przed rozumem.
Autor: Rafał Chwaliński








