Są takie momenty w debacie publicznej, kiedy wszyscy mówią o wolności słowa, ale mało kto mówi o pieniądzach. A przecież w sprawie mediów samorządowych to właśnie pieniądze są najważniejsze — bo to nie są pieniądze burmistrza, starosty ani urzędników. To są pieniądze mieszkańców.
I tu zaczyna się problem.
Samorządy bronią swoich gazet, biuletynów i portali, argumentując, że muszą informować mieszkańców. I to prawda — informowanie jest obowiązkiem władzy publicznej. Nikt rozsądny z tym nie polemizuje. Problem pojawia się wtedy, gdy informowanie zaczyna przypominać promocję, a promocja zaczyna udawać dziennikarstwo.
Bo czym właściwie są te publikacje?
Nie są niezależną prasą.
Nie są miejscem debaty.
Nie są przestrzenią sporu.
Najczęściej są kroniką sukcesów władzy.
Nie znajdziemy tam artykułów o błędnych decyzjach urzędu. Nie zobaczymy polemik radnych opozycji. Nie przeczytamy o kontrowersjach wokół inwestycji, przetargów czy polityki kadrowej. Nie dlatego, że takich tematów nie ma. Dlatego, że redakcja jest częścią struktury, którą miałaby opisywać.
To trochę tak, jakby urząd wydawał gazetę o tym, jak dobrze działa urząd.
I jeszcze był zaskoczony, że ktoś widzi w tym konflikt interesów.
W polemice z Rzecznikiem Praw Obywatelskich samorządy podnoszą argument o „kneblowaniu JST”. Brzmi poważnie. Tyle że nikt samorządom nie zabiera głosu. Mają strony internetowe, Biuletyn Informacji Publicznej, profile w mediach społecznościowych, konferencje prasowe, ogłoszenia, komunikaty, kampanie informacyjne. Mają więcej kanałów komunikacji niż kiedykolwiek wcześniej.
I to właśnie jest paradoks tej dyskusji.
Nigdy w historii samorządy nie miały tak łatwego dostępu do mieszkańców jak dziś — a jednocześnie bronią papierowych gazet i portali, które funkcjonują poza zasadami pluralizmu.
Jeszcze kilkanaście lat temu działało to prościej. Samorządy publikowały ogłoszenia i informacje w lokalnych mediach. Media żyły z reklam i ogłoszeń, a mieszkańcy dostawali informacje z różnych źródeł. System nie był idealny, ale był zdrowy — bo władza nie była jednocześnie wydawcą prasy o samej sobie.
Dziś coraz częściej jest.
I to nie jest kwestia prawa do informacji, tylko jakości demokracji lokalnej.
Władza ma obowiązek informować mieszkańców.
Prasa ma obowiązek patrzeć władzy na ręce.
Gdy te role zaczynają się mieszać, pojawia się problem, którego nie rozwiąże żadna ustawa medialna ani żaden europejski akt wolności mediów.
Bo pluralizm nie polega na tym, że każdy może mówić.
Pluralizm polega na tym, że ktoś może się z władzą nie zgodzić — i mieć gdzie to napisać.
A gazetka urzędu nigdy nie będzie miejscem sporu z urzędem.
Choćby była wydana na najładniejszym papierze i z najlepszym składem.
Demokracja lokalna nie kończy się na wyborach.
Zaczyna się od rozmowy, w której władza nie jest jedynym narratorem.
I może właśnie dlatego ta dyskusja jest dziś tak nerwowa.
Bo chodzi nie o gazetki.
Chodzi o kontrolę nad opowieścią o rzeczywistości.







