Jest w tym coś niemal groteskowego: człowiek, który z dumą opowiada o swojej „misji dziejowej”, jednocześnie dolewa benzyny do ognia, a potem ustawia się w kolejce po Pokojową Nagrodę Nobla. Wojna jako argument w CV. Bombardowanie jako „trudna, ale konieczna decyzja”. A na końcu – lustro, w którym władca widzi zbawcę świata.
To nie jest opowieść o ideologiach. To historia ego, które urosło szybciej niż odpowiedzialność.
Prawicowy lider o narcystycznej osobowości – bo o nim mowa – nie postrzega świata jako wspólnoty, lecz jako sceny. Każdy konflikt to spektakl, każda decyzja to aplauz albo gwizdy, które i tak da się obrócić w sukces. Liczy się jedno: ja. Ja, który wiem lepiej. Ja, któremu świat zawdzięcza więcej, niż sam jest w stanie pojąć. Ja, który – paradoksalnie – najchętniej zostałby arbitrem pokoju, trzymając w drugiej ręce zapalnik.
I tu pojawia się pytanie niewygodne, ale konieczne: czym on właściwie różni się od Maduro?
Majątkiem? Owszem.
Wielkością kraju? Zdecydowanie.
Językiem, flagą, oprawą medialną? Bez wątpienia.
Ale mentalnie? Tu różnice zaczynają się zacierać.
Obaj wierzą, że oni są państwem.
Obaj nie znoszą sprzeciwu, tylko go tolerują – do czasu.
Obaj otaczają się lojalnością zamiast kompetencją.
Obaj mówią o narodzie, a myślą o sobie.
Różnica polega na tym, że jeden z nich ma nad sobą jeszcze hamulce demokracji: konstytucję, sądy, media, społeczeństwo obywatelskie. Gdyby ich zabrakło – dyktatura przyszłaby szybciej, niż zdążyłby napisać kolejny triumfalny wpis o własnej wielkości. Drugi te hamulce już dawno wyrzucił przez okno.
I właśnie dlatego to tak niebezpieczne.
Bo ego władcy, gdy nie jest trzymane w ryzach, zawsze zmierza w tę samą stronę. Nieważne, czy zaczyna w pałacu prezydenckim w Caracas, czy w błyszczącym centrum globalnej polityki. Ego nie zna granic, nie uznaje kompromisów, nie wierzy w równość. Ego chce dominować. Ego chce być zapamiętane. Ego chce pomników – najlepiej za życia.
Tymczasem historia uczy czegoś prostszego i brutalniejszego:
ego zabija wolność,
ego zabija pokój,
ego produkuje fałsz szybciej niż prawdę.
A największą ironią naszych czasów jest to, że ludzie, którzy najgłośniej mówią o pokoju, najczęściej mają palec najbliżej spustu.
Nie są przywódcami. Są władcami.
I tylko demokracja – jeszcze – nie pozwala im być kimś gorszym.
Autor: Rafał Chwaliński







