Innowacyjny? Raczej wirtuoz PR-u
Jeszcze tylko do 31 marca samorządy mogą zgłaszać się do konkursu „Innowacyjny Samorząd”. Brzmi poważnie. Nawet dumnie. Kreatywność, nowatorstwo, efektywność – słowa, które na papierze pachną świeżością, a w praktyce… no właśnie, tu zaczyna się lokalna opowieść.
Bo kiedy patrzę na samorządy powiatu trzebnickiego, to zastanawiam się nie czy wystartują, ale z czym właściwie mieliby wystartować.
Może w kategorii: „najlepszy PR oderwany od rzeczywistości”?
Tu konkurencja byłaby zacięta. Komunikaty sukcesu publikowane z rozmachem, zdjęcia, uśmiechy, konferencje. A potem mieszkańcy wracają do domu i… omijają te same dziury, czują ten sam zapach z rowu, słyszą te same obietnice.
Albo „innowacyjne lekceważenie mieszkańców”.
Bo przecież to też sztuka – słuchać i nie słyszeć. Odpowiadać, ale nic nie wyjaśniać. Konsultować, ale nie brać pod uwagę. To wymaga wprawy. Lat treningu.
Jest jeszcze mocna kategoria: „sprzedaż legend i bajek”.
Tu mamy prawdziwych mistrzów. Wizje, które nigdy nie wychodzą poza slajdy. Projekty, które istnieją głównie w zapowiedziach. I to wieczne „już za chwilę”, które trwa dłużej niż niejedna kadencja.
Nie zapominajmy o „zarządzaniu długiem z uśmiechem”.
Bo zadłużać można się na wiele sposobów, ale zrobić to tak, by wyglądało jak rozwój – to już wymaga kreatywności. A kreatywność, jak wiemy, jest w konkursie wysoko punktowana.
I wreszcie kategoria najtrudniejsza do uchwycenia, ale najbardziej widoczna:
„nicnierobienie w sposób uporządkowany”.
Tu nie ma chaosu. Tu jest system. Procedury. Harmonogramy bez efektu. Cisza, która trwa latami.
Oficjalnie konkurs mówi o cyfryzacji, środowisku, rozwoju, inwestycjach. O realnych zmianach, które mają poprawiać życie mieszkańców. I pewnie gdzieś w Polsce takie przykłady są. Może nawet całkiem blisko.
Tylko że u nas częściej widzę coś innego – próbę utrzymania narracji, że wszystko jest dobrze. A jeśli nie jest, to zaraz będzie. A jeśli nie będzie… to się o tym nie mówi.
I tu pojawia się najtrudniejsze pytanie. Nie do burmistrza, nie do wójta.
Do mieszkańców.
Dlaczego to akceptujemy?
Bo prawda jest taka, że samorząd nie spada z nieba. Jest dokładnie taki, jaki wybieramy. Czasem z przekonania. Czasem z braku wyboru. A czasem – i to boli najbardziej – z obojętności.
Efekt?
Mamy swoje lokalne „ligi”. Tyle że zamiast ekstraklasy – gramy w trzeciej. I to bez ambicji awansu.
Konkurs się odbędzie. Nagrody zostaną rozdane. Ktoś stanie na scenie i powie o sukcesie.
A u nas?
Zostanie pytanie, czy naprawdę nie stać nas na więcej.


