Autor: Rafał Chwaliński
Od lat pisząc o sprawach lokalnych, widzę wciąż ten sam mechanizm. Nazwałem go roboczo „lokalne trzy małpy”. To nie jest żadna filozofia Wschodu, tylko nasza codzienność: milczę, nie słyszę, nie mówię.
Za każdym razem, gdy ktoś odważy się powiedzieć głośno, że w gminie coś jest nie tak – zamiast wsparcia pojawia się fala obojętności. Czasem wręcz wrogości. „Po co się wychylasz?”, „I tak nic nie zmienisz”, „Nie przeszkadzaj, żyj spokojnie” – takie komentarze czytaliśmy już nieraz.
To działa jak cichy mechanizm obronny. Sąsiad widzi, że ktoś pali śmieci, ale nie reaguje – bo nie chce konfliktu. Radny słyszy skargi, ale udaje, że ich nie ma – bo większość w radzie to przecież koledzy burmistrza. Urzędnik kiwa głową, a potem odkłada sprawę do szuflady – bo wygodniej nic nie widzieć i nie słyszeć.
A ten, kto się odezwał, zostaje sam. I najczęściej to na niego spada nagonka: że się czepia, że psuje atmosferę, że zakłóca święty spokój. W małej społeczności to szczególnie bolesne, bo wszyscy się znają, a reputacja to waluta mocniejsza niż pieniądze.
Ale są też głosy inne – ciche, ale szczere: „Brawo, że ktoś to napisał”, „W końcu ktoś się odezwał”. I to daje nadzieję. Bo jeśli nadal będziemy żyć w schemacie „lokalnych trzech małp”, nic się nie zmieni.
Może więc warto zamienić te trzy gesty na inne. Zamiast zakrywać oczy – patrzeć. Zamiast zatykać uszy – słuchać. Zamiast milczeć – mówić.
Bo tylko wtedy wspólnota przestaje być zbiorem samotnych wysp, a zaczyna być społecznością.




