Czy można prowadzić biuro poselskie… z zagranicy?
A może nawet z azylu politycznego?
Historia związana z Marcin Romanowski pokazuje, że w polskim systemie prawnym rzeczy niemożliwe czasem okazują się całkiem realne.
Bo oto poseł, który przebywa poza Polską, jest ścigany europejskim nakazem aresztowania i otrzymał azyl polityczny na Węgrzech, nadal otrzymuje publiczne pieniądze na prowadzenie biura poselskiego. I to niemałe.
Prawie 285 tysięcy złotych
Według danych Kancelarii Sejmu przekazanych mediom, w całym 2025 roku Romanowski otrzymał:
279 720 zł ryczałtu na funkcjonowanie biura poselskiego,
5 000 zł na remont i wyposażenie biura.
Łącznie daje to blisko 285 tysięcy złotych publicznych pieniędzy.
Jednocześnie poseł nie pobiera wynagrodzenia parlamentarnego ani diety – decyzje w tej sprawie zapadły jeszcze w czasie, gdy marszałkiem Sejmu był Szymon Hołownia.
Hołownia wówczas jasno tłumaczył: dopóki mandat nie wygasł, prawo nie pozwala wstrzymać ryczałtu na biuro poselskie.
Dziś marszałkiem Sejmu jest Włodzimierz Czarzasty, ale sytuacja prawna się nie zmieniła.
Biuro działa. Tylko gdzie jest poseł?
Romanowski utrzymuje, że jego biura poselskie – m.in. w Biłgoraju i Hrubieszowie – nadal funkcjonują. Według jego deklaracji prowadzą porady prawne i kontakt z wyborcami, często w formie zdalnej.
Teoretycznie więc wszystko odbywa się zgodnie z przepisami.
Ale w praktyce rodzi się kilka pytań, które coraz częściej pojawiają się w debacie publicznej.
Remont biura z Węgier?
Najbardziej symboliczny jest szczegół dotyczący 5 tysięcy złotych na remont biura poselskiego.
I tu pojawia się pytanie, które brzmi niemal jak fragment satyry politycznej.
Czy poseł przebywający na Węgrzech remontuje biuro w Polsce… zdalnie?
A jeśli tak, to kto nadzoruje prace?
Jeszcze ciekawsze jest pytanie o rozliczenie tych środków:
kto podpisuje umowy z wykonawcami,
kto zatwierdza wykonanie prac,
na jakie faktury rozliczany jest remont.
Bo pieniądze z ryczałtu na biuro są rozliczane w Kancelarii Sejmu właśnie na podstawie faktur i rachunków.
Teoretycznie wszystko powinno więc być udokumentowane.
Prawo, które nie nadąża za rzeczywistością
Cała sytuacja pokazuje problem znacznie szerszy niż jeden polityk.
Polskie prawo bardzo mocno chroni mandat poselski. Wygasa on tylko w kilku przypadkach:
zrzeczenia się mandatu,
prawomocnego wyroku skazującego,
utraty prawa wybieralności.
Dopóki nic z tego nie nastąpi – dana osoba formalnie pozostaje posłem.
A skoro jest posłem, przysługują jej narzędzia do wykonywania mandatu, w tym właśnie ryczałt na biuro.
Problem polega na tym, że ustawodawca nigdy nie przewidział scenariusza, w którym poseł wykonuje mandat… z zagranicy, pozostając poza zasięgiem polskich organów ścigania.
Polityczna groteska czy luka w systemie?
Dla jednych to dowód na bezradność państwa.
Dla innych – przykład tego, jak bardzo ostrożnie skonstruowano prawo parlamentarne, by żadna władza nie mogła łatwo odebrać mandatu niewygodnemu posłowi.
Tyle że w efekcie powstała sytuacja, która dla wielu obywateli brzmi jak groteska.
Bo trudno wytłumaczyć podatnikom, że ktoś przebywający za granicą, objęty azylem politycznym, nadal otrzymuje publiczne pieniądze na funkcjonowanie biura poselskiego w Polsce.
A pytanie, które coraz częściej pada w komentarzach, brzmi jeszcze prościej:
czy to nadal biuro poselskie, czy już tylko biuro rozliczeń z budżetem państwa?
I czy polskie prawo naprawdę potrzebuje kolejnej takiej historii, żeby ktoś wreszcie postanowił je zmienić.







