🥩 „Potrawy dziadersa z XX wieku” – Kotlety mielone
Kiedyś w każdym domu pachniało smażonym. Niedziela, kuchnia zadymiona, okno uchylone, a sąsiedzi już wiedzieli, że u nas na obiad mielone. I nikt się nie krzywił, że tłuste, że proste, że nie eko. Bo to była uczta.
Kotlety mielone miały dwa życia:
– pierwsze, gorące, na talerzu z ziemniakami i mizerią,
– drugie, następnego dnia, zimne, przecięte na pół i dociśnięte między pajdy chleba z masłem. To było śniadanie mistrzów. Każdy, kto jadł taką kanapkę w szkole, miał już w oczach zazdrość kolegów.
Dziś łatwo je zepsuć. Za dużo jajek, suche mięso z marketu, smażenie na szybko. I nagle zamiast pachnących kotletów mamy barowy koszmarek – gumowy placek, co ani smaku, ani duszy nie ma. A przecież mielone to danie proste i genialne zarazem.
Przepis dziadersa na kotlety mielone
Składniki:
500 g świeżej łopatki wieprzowej (najlepiej z tłuszczykiem – soczystość gwarantowana)
1 cebula – starta albo podsmażona na złoto
sól i pieprz – odważnie, żeby było czuć
3 łyżki bułki tartej zalanej mlekiem – ma powstać wilgotna paka, nie suchy proszek
olej do smażenia
Przygotowanie:
Mięso zmielić (albo kupić świeżo mielone, ale nigdy paczkowane).
Cebulę podsmażyć lub dodać surową startą – jak kto lubi.
Bułkę tartą zalać mlekiem i wymieszać. Poczekać, aż zrobi się miękka papka.
Wszystko wymieszać, doprawić solą i pieprzem – hojnie.
Formować kotlety wilgotnymi dłońmi, lekko obtaczać w suchej bułce tartej.
Smażyć powoli, na średnim ogniu, w sporej ilości oleju – aż zrobią się chrupiące z wierzchu i soczyste w środku.
Złota rada dziadersa:
Nie dodajemy jajek. Po co? Kotlet to kotlet, a nie jajecznica.
👉 I macie gotowe mielone – smak domu, smak dzieciństwa, smak, którego bar nigdy nie odtworzy.






