Miał być świąteczny poniedziałek, dzieci miały się śmiać i biegać z wiadrami wody. Zamiast tego – ogień, który w kilka chwil zabrał dom, pracę i poczucie bezpieczeństwa. W Kamienicy pod Stroniem Śląskim spłonął dom, w którym mieszkała dziesięcioosobowa rodzina.
Co wydarzyło się w Lany Poniedziałek?
Pożar wybuchł w świąteczny poranek.
Ogień objął cały budynek mieszkalny i zabudowania gospodarcze. W środku – dwaj bracia z rodzinami i starsza kobieta. W sumie dziesięć osób, w tym sześcioro dzieci .
„Straciłem wszystko” – mówi jeden z poszkodowanych. I to nie jest metafora.
Kim są poszkodowani?
To nie anonimowa rodzina.
Jeden z braci to piekarz – człowiek, który przez lata dostarczał mieszkańcom świeże pieczywo. Drugi – cukiernik, znany z wypieków w całej okolicy .
Ludzie, których znała lokalna społeczność.
Ludzie, którzy codziennie coś dawali innym.
Dziś sami zostali bez niczego.
Najtrudniejsze: dzieci
Sześć par dziecięcych oczu.
Bez pokoju.
Bez książek.
Bez łóżka.
Bez miejsca, które jeszcze chwilę temu było „domem” .
Ile potrzeba, żeby wrócić do normalności?
Cel zbiórki: 500 tysięcy złotych
To nie luksus.
To odbudowa podstaw:
- dachu nad głową
- miejsca pracy
- życia od zera
Na moment opisu udało się zebrać niespełna 28 tys. zł. To pokazuje skalę problemu.
Co zostaje po takim pożarze?
Nie tylko zgliszcza.
Zostaje pytanie, które zawsze wraca przy takich historiach:
jak szybko człowiek może spaść z „normalnego życia” do punktu, w którym nie ma nic?
I drugie, trudniejsze:
czy lokalna społeczność jest w stanie to odbudować?
Podsumowanie
Ta historia nie jest o ogniu.
Jest o kruchości tego, co wydaje się pewne.
Dom. Praca. Codzienność.
Wystarczy jedna noc — i zostaje tylko decyzja:
czy ktoś pomoże to złożyć od nowa.
Magazynu Radio DTR 4/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.



