Czy pokój da się zaprojektować jak osiedle deweloperskie? A może wystarczy prezydencki dekret i miliard dolarów wpisowego, by zastąpić światowy porządek?
W styczniu 2026 roku globalna scena polityczna została zaskoczona decyzją administracji USA o powołaniu Rady Pokoju (Board of Peace) – nowej instytucji, której ambicje szybko wykroczyły poza Bliski Wschód. Jej twórcą, patronem i… dożywotnim przewodniczącym został sam Donald Trump.
Projekt, który miał być technicznym narzędziem nadzoru nad odbudową Strefy Gazy po rozejmie między Izraelem a Hamasem, w ciągu kilku tygodni przeobraził się w koncepcję globalną. Trump nie ukrywa, że widzi w Radzie alternatywę dla „nieskutecznych i skostniałych” struktur, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych. Krytycy mówią wprost: to próba zbudowania równoległego świata, w którym decyzje zapadają szybciej, ale poza wspólnymi regułami.
Dla Polski sprawa nie jest abstrakcyjna. Zaproszenie do Rady otrzymał prezydent Karol Nawrocki. I tu zaczynają się pytania – nie tylko o sens, ale o cenę.
Od Gazy do globalnego mandatu
Geneza Rady Pokoju sięga drugiej fazy „Kompleksowego Planu Trumpa na Zakończenie Konfliktu w Gazie” – dwudziestopunktowego dokumentu, który w 2025 roku uzyskał akceptację Rady Bezpieczeństwa ONZ w rezolucji 2803. Plan przewidywał demilitaryzację Hamasu, powołanie Narodowego Komitetu Administracji Strefy Gazy (NCAG) złożonego z palestyńskich technokratów oraz międzynarodowy nadzór nad odbudową.
Formalnie – nic rewolucyjnego. Jednak ogłoszony 15 stycznia 2026 roku statut Rady Pokoju idzie znacznie dalej. Jak ujawniły media międzynarodowe, dokument nie ogranicza mandatu instytucji do jednego konfliktu. Mówi o „promowaniu stabilności, przywracaniu wiarygodnych rządów i zapewnianiu trwałego pokoju w regionach zagrożonych konfliktem”. Bez mapy. Bez listy. Bez granic.
Amerykańscy urzędnicy w nieoficjalnych rozmowach sugerują, że Rada mogłaby zająć się Ukrainą, Wenezuelą, a nawet sporami w Azji. Sam Trump przyznał, że nowa struktura „może w przyszłości zastąpić ONZ”. Różnica jest zasadnicza: Rada Pokoju nie działa pod auspicjami wspólnoty międzynarodowej, lecz pod bezpośrednią kontrolą jednego polityka – z prawem weta i systemem opłat.
Elitarny klub za miliard dolarów
Struktura Rady przypomina bardziej korporacyjną radę nadzorczą niż organizację międzynarodową.
Zarząd Wykonawczy tworzy siedmioosobowa grupa, której przewodniczy Trump. W jej skład wchodzą m.in. sekretarz stanu Marco Rubio, deweloper Steve Witkoff, Jared Kushner, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair oraz finansista Marc Rowan. Brak przedstawicieli Palestyny w tym gronie stał się jednym z głównych punktów krytyki.
Członkostwo państwowe przyznawane jest na trzyletnie kadencje, wyłącznie na zaproszenie przewodniczącego. Stałe miejsce kosztuje 1 mld dolarów – oficjalnie na odbudowę Gazy, nieoficjalnie: jako bilet wstępu do stołu, przy którym zapadają decyzje. Krytycy nie mają wątpliwości i mówią o „dyplomacji za gotówkę”.
Zaproszenia otrzymały m.in. Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Turcja, Indie, Pakistan, Ukraina, Węgry i Białoruś. Akceptację potwierdzili już Viktor Orbán, Benjamin Netanjahu oraz Aleksander Łukaszenka. Inauguracyjne spotkanie ma się odbyć na marginesie Forum Ekonomicznego w Davos – symbolicznie, w miejscu, gdzie polityka od dawna miesza się z biznesem.
Pokój czy narzędzie władzy?
Najostrzejsza krytyka płynie ze środowisk analitycznych i części europejskich mediów. Rada Pokoju bywa określana mianem „imperialnego dworu” – struktury, w której władza skupiona jest w jednym ośrodku, bez realnych mechanizmów kontroli. Brak odniesień do Karty Narodów Zjednoczonych w statucie Rady uznawany jest za sygnał świadomego omijania istniejącego porządku.
Szczególne kontrowersje budzi możliwość włączenia do Rady przywódców oskarżanych o zbrodnie wojenne. Obecność Władimira Putina w „Radzie Pokoju” przez wielu komentatorów uznawana jest za groteskę, a nie dyplomację.
Zwolennicy Trumpa odpowiadają krótko: ONZ nie działa, konflikty trwają latami, a „pokój przez siłę” wymaga nowych narzędzi. Przeciwnicy widzą w tym raczej projekt personalny – próbę wpisania własnego nazwiska w nową architekturę świata.
Polska między Waszyngtonem a Brukselą
Dla Polski zaproszenie do Rady ma wymiar politycznego testu. Prezydent Nawrocki traktuje je jako szansę na wzmocnienie relacji z USA i uzyskanie większego wpływu w globalnych rozmowach, zwłaszcza w kontekście rosyjskiego zagrożenia. Rząd Donalda Tuska reaguje jednak chłodno. Pojawia się pytanie nie tylko o sens polityczny, ale o finansową i prawną realność takiego zaangażowania.
W polskiej debacie coraz częściej padają porównania do „drugiej Jałty” – obawy, że decyzje podejmowane w wąskim gronie mogą odbywać się kosztem państw takich jak Ukraina, bez realnego wpływu regionu.
Co z tego wynika?
Rada Pokoju Donalda Trumpa to projekt, który już teraz zmienia sposób myślenia o globalnej dyplomacji. Może okazać się skutecznym narzędziem szybkiego reagowania – albo katalizatorem nowej zimnej wojny, opartej na blokach interesów i transakcjach zamiast prawa międzynarodowego.
Dla Polski to wybór między bliskością z Waszyngtonem a ryzykiem wejścia w układ, którego reguły nie są do końca znane.
Jedno jest pewne: świat, w którym pokój ma swoją cenę wpisowego, to świat bardzo daleki od ideałów, na których zbudowano powojenny ład.
Czy skuteczność usprawiedliwia koncentrację władzy?
I czy pokój, który wymaga miliarda dolarów, jest jeszcze pokojem – czy już inwestycją?






