Niepokój w Masłowie nie wziął się znikąd.
Nie pojawił się nagle, nie wybuchł przypadkiem.
On narastał – latami.
Wizyta burmistrza Marka Długozimy i jego zastępczyni w miejscowej szkole miała – według oficjalnej narracji – dotyczyć „intencyjności uchwały”. W praktyce rozmowa z mieszkańcami była kolejnym potwierdzeniem, że jedyny realny scenariusz, jaki leży na stole, to likwidacja szkoły.
I co szczególnie uderzające: nie padła żadna alternatywa.
Ministerstwo mówi: reorganizacja. Gmina mówi: nie opłaca się
Ministerstwo Edukacji, podobnie jak sama ministra Barbara Nowacka, od miesięcy powtarzają jasno:
małe szkoły nie mają być masowo likwidowane, lecz reorganizowane w taki sposób, by zachować ich funkcjonowanie – nawet jeśli oznacza to nietypowe rozwiązania organizacyjne.
Ten kierunek jest znany.
Ten kierunek jest oficjalny.
Ten kierunek jest możliwy.
Tymczasem w Masłowie mieszkańcy słyszą coś zupełnie innego.
Burmistrz argumentuje, że utrzymywanie klasy dla jednego dziecka „nie ma sensu”, bo:
-
poziom nauczania ma być niski,
-
brak jest „społecznych wartości edukacyjnych”,
-
środowisko szkolne jest zbyt małe.
To nie jest rozmowa o modelach edukacji.
To jest rozmowa o kosztach.
„Czy pani sobie wyobraża te 15 milionów?” – czyli ton, który mówi więcej niż uchwały
W transkrypcji rozmowy pojawia się moment, który mieszkańcy zapamiętali najlepiej.
Nie dlatego, że był merytoryczny.
Dlatego, że był arogancki.
„Czy pani sobie wyobraża te 15 milionów?” – zwraca się burmistrz do jednej z mieszkanek, mówiąc o skali dopłat do oświaty
burmistrz dlugozima rozmawia z …
To pytanie nie było zaproszeniem do debaty.
To była próba zgaszenia dyskusji liczbą.
Tyle że mieszkańcy Masłowa odpowiedzieli wprost – i bardzo celnie:
po to płacimy podatki.
Nie po to, by gmina chwaliła się kolejnymi inwestycjami wizerunkowymi.
Nie po to, by stawiać następne tężnie.
Ale po to, by szkoła – nawet mała – mogła istnieć jako świadomy koszt wspólnoty.
Brak planu B. Brak wizji. Brak odwagi powiedzenia prawdy
Najbardziej uderzające w tej rozmowie nie są nawet emocje.
One są naturalne.
Uderzający jest brak jakiejkolwiek propozycji innej niż likwidacja.
Nie pada:
-
plan reorganizacji,
-
model łączenia klas,
-
pomysł na szkołę filialną,
-
koncepcja edukacji środowiskowej,
-
choćby deklaracja: „tak, to koszt, ale jesteśmy gotowi go ponieść”.
Zamiast tego jest narracja: „to się nie opłaca”.
A przecież szkoła nie jest firmą.
Nie ma generować zysku.
Ma generować przyszłość.
Niepokój społeczny nie bierze się z emocji. Bierze się z sygnałów władzy
W relacji mieszkańcy mówią wprost, że niepewność co do przyszłości szkoły powoduje odpływ dzieci. Rodzice – chcąc chronić swoje dzieci – zaczynają szukać alternatyw, zanim decyzja zapadnie formalnie.
To klasyczny mechanizm:
-
władza wysyła sygnał o likwidacji,
-
rodzice reagują,
-
liczba uczniów spada,
-
władza mówi: „widzicie, nie ma dzieci”.
To nie jest przypadek.
To jest efekt polityki bez perspektywy.
Pieniądze są. Tylko nie na to, co niewygodne
W tle tej dyskusji stale pojawia się jedno pytanie: jakie są priorytety gminy?
Bo jeśli są środki na kolejne elementy infrastruktury rekreacyjnej,
jeśli są środki na projekty dobrze wyglądające w folderach,
to trudno przekonać mieszkańców, że nie ma pieniędzy na szkołę.
Problemem nie jest brak pieniędzy.
Problemem jest brak decyzji, że edukacja jest ważniejsza niż reklama.
Masłów nie pyta o cud. Pyta o uczciwość
Mieszkańcy Masłowa nie żądają niemożliwego.
Nie oczekują złotych sal gimnastycznych ani cudów systemowych.
Oni pytają:
-
czy szkoła może być świadomym kosztem,
-
czy ktoś w ogóle chce jej bronić,
-
czy decyzja nie zapadła już dawno – tylko bez odwagi, by powiedzieć to wprost.
Na te pytania podczas spotkania nie padła odpowiedź.
Źródło: transkrypcja nagrania audio ze spotkania burmistrza Marka Długozimy z mieszkańcami Masłowa dotyczącego planów likwidacji szkoły podstawowej. Film udostępniony na Facebooku u Marcina Raczyńskiego


