Czy spółka należąca w 100 procentach do miasta może odmówić Radzie Miejskiej wglądu w faktury, gdy chodzi o sprawę możliwego naruszenia przepisów przez radną? W Oławie to pytanie przestało być akademickim ćwiczeniem z prawa samorządowego. Stało się konkretnym problemem ustrojowym.
Zakład Wodociągów i Kanalizacji Sp. z o.o. w Oławie odmówił przekazania Radzie Miejskiej dokumentów dotyczących współpracy ze spółką MK CORP Sp. z o.o., której prezesem jest radna Rady Miejskiej w Oławie Karolina Kaczor-Hanuszewicz. Chodziło między innymi o dokumentację zapytań ofertowych, umowy, zlecenia, faktury oraz potwierdzenia przelewów.
ZWiK odpowiedział, że jest spółką prawa handlowego i że dokumenty spółki nie mogą być udostępniane w tym trybie. Powołał się także na tajemnicę spółki.
I tu zaczyna się właściwy temat.
Bo nie chodzi już tylko o jedną radną, jedną firmę i jedną miejską spółkę. Chodzi o pytanie znacznie szersze: czy spółki komunalne mogą stać się twierdzami, do których opinia publiczna i nawet rada miejska zaglądają tylko wtedy, gdy zarząd łaskawie uchyli bramę?
Czytaj dalej
Powiązany temat
Spółka handlowa, ale miejska
ZWiK Oława nie jest prywatną firmą z rynku. To spółka komunalna, należąca do miasta. Wykonuje zadania publiczne z zakresu zaopatrzenia mieszkańców w wodę i odprowadzania ścieków. Zarządza infrastrukturą, świadczy usługi podstawowe dla mieszkańców i działa na majątku, którego publiczny charakter trudno odczarować samą formą spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
Owszem, spółka komunalna działa według reguł prawa handlowego. Ma zarząd, radę nadzorczą, kapitał, księgowość, umowy, faktury i interes spółki. Ale jednocześnie nie jest zwykłym przedsiębiorcą, który przypadkiem sprzedaje wodę w Oławie. Jest narzędziem miasta do wykonywania zadań publicznych.
W tym właśnie miejscu pojawia się napięcie: spółka mówi językiem Kodeksu spółek handlowych, mieszkańcy mówią językiem jawności, a radni — przynajmniej w teorii — powinni mówić językiem kontroli.
Problem w tym, że w Oławie kontrola natrafiła na mur.
Rada pyta o dokumenty
Sprawa zaczęła się od postępowania dotyczącego możliwego naruszenia art. 24f ustawy o samorządzie gminnym. Chodzi o zakaz prowadzenia albo zarządzania działalnością gospodarczą z wykorzystaniem mienia komunalnego gminy, w której radny uzyskał mandat.
W związku z tą sprawą przewodniczący Rady Miejskiej w Oławie wystąpił do ZWiK o dokumenty dotyczące współpracy ze spółką MK CORP. Lista była konkretna: zapytania ofertowe, opis przedmiotu zamówienia, złożone oferty, umowy, zlecenia, faktury i potwierdzenia przelewów.
To nie była ciekawość radnych, którzy chcieli zobaczyć, kto szyje ubrania z logo ZWiK. To były dokumenty potrzebne do oceny, czy radna zarządzająca spółką prywatną mogła znaleźć się w konflikcie z ustawowym zakazem.
Bez tych dokumentów nie da się rzetelnie odpowiedzieć na podstawowe pytania: ile było zamówień, kiedy je złożono, kiedy wykonano usługi, jakie były kwoty, kiedy dokonano płatności i czy współpraca trwała po objęciu mandatu.
Faktura w takiej sprawie nie jest papierem księgowym. Jest dowodem.
ZWiK odpowiada: tajemnica spółki
ZWiK odmówił przekazania dokumentacji. W piśmie do przewodniczącego rady spółka argumentowała, że art. 24f ustawy o samorządzie gminnym nie dotyczy ZWiK jako spółki prawa handlowego. Wskazano również, że radna nie zarządza działalnością ZWiK, nie jest jej przedstawicielem ani pełnomocnikiem.
Ten argument jest co najmniej dyskusyjny, bo sedno sprawy nie polegało na tym, czy radna zarządza ZWiK. Pytanie brzmiało inaczej: czy radna zarządza spółką, która wykonywała odpłatne świadczenia na rzecz miejskiej spółki komunalnej?
To zasadnicza różnica.
ZWiK powołał się także na ograniczenia wynikające z Kodeksu spółek handlowych i obowiązek ochrony tajemnic spółki. Według tej logiki dokumenty mogą być udostępniane radzie nadzorczej, wspólnikom lub w innych trybach prawnych, ale nie na podstawie pisma rady prowadzącej postępowanie wyjaśniające w sprawie mandatu radnej.
W efekcie powstała sytuacja absurdalna ustrojowo: rada miała wyjaśnić, czy mandat radnej nie koliduje z działalnością gospodarczą, ale spółka miejska odmówiła dokumentów, które mogłyby to wyjaśnić.
Tajemnica spółki czy zasłona dymna?
Tajemnica przedsiębiorstwa i tajemnica spółki istnieją po coś. Nie każda informacja handlowa powinna być automatycznie publikowana na tablicy ogłoszeń, między harmonogramem odbioru odpadów a zdjęciem z otwarcia chodnika.
Ale tajemnica nie może być zaklęciem, które zamyka każdą niewygodną sprawę. Zwłaszcza gdy dotyczy spółki należącej do miasta, wykonującej zadania publiczne i działającej na majątku publicznym.
Jeżeli spółka komunalna zawiera umowę z firmą radnej, wystawia zamówienia, przyjmuje faktury i dokonuje płatności, to sprawa przestaje być wyłącznie relacją dwóch podmiotów gospodarczych. Staje się sprawą publiczną, bo dotyka mandatu, zaufania do rady i standardów wydawania pieniędzy w miejskim systemie.
W takim przypadku mieszkańcy mają prawo wiedzieć przynajmniej tyle: z kim zawarto umowę, kiedy, na jaką kwotę, czego dotyczyła usługa i kto zatwierdził wydatek.
Nie trzeba ujawniać technologicznych tajemnic wodociągów, receptury wody ani sekretnego planu zaworu numer siedem. Wystarczy pokazać dokumenty wydatkowe. Jeżeli pieniądze płyną z miejskiej spółki, to mieszkańcy mają prawo sprawdzić, dokąd płyną.
Spółki komunalne jako wygodna strefa półcienia
Problem ZWiK nie jest wyłącznie oławski. W wielu samorządach spółki komunalne stały się strefą półcienia: są miejskie, gdy trzeba pokazać inwestycje, przeciąć wstęgę i opowiedzieć o rozwoju; są handlowe, gdy ktoś pyta o dokumenty, umowy i koszty.
Ten podwójny status bywa wygodny. Dla promocji — miejska spółka. Dla kontroli — spółka prawa handlowego. Dla mieszkańców — zadanie publiczne. Dla pytań dziennikarskich — tajemnica przedsiębiorstwa.
Tylko że taka konstrukcja niszczy zaufanie. Mieszkańcy nie muszą znać wszystkich szczegółów funkcjonowania spółki, ale powinni mieć pewność, że spółka komunalna nie jest przechowalnią spraw, których urząd nie chce mieć na widoku.
Jeżeli rada miejska nie może skutecznie uzyskać dokumentów od spółki należącej do miasta w sprawie dotyczącej mandatu radnej, to kto właściwie kontroluje tę spółkę?
Rada nadzorcza? Burmistrz jako zgromadzenie wspólników? Prezes? A mieszkańcy mają czekać na komunikat prasowy z ładnym zdjęciem i trzema zdaniami o transparentności?
Prawo handlowe nie może zjadać jawności
Kodeks spółek handlowych chroni tajemnice spółki. To prawda. Ale ustawa o dostępie do informacji publicznej i zasady jawności życia publicznego również nie są dekoracją. Podmioty wykonujące zadania publiczne i gospodarujące majątkiem publicznym nie mogą udawać, że są zwykłym prywatnym przedsiębiorcą.
W praktyce potrzebna jest równowaga. Dane rzeczywiście wrażliwe można anonimizować. Informacje techniczne, których ujawnienie naruszałoby realny interes spółki, można chronić. Ale same wydatki, faktury, umowy, kwoty, daty i wykonawcy w spółce komunalnej nie powinny być chowane za murem tajemnicy.
Zwłaszcza wtedy, gdy pytanie dotyczy możliwego konfliktu interesów osoby pełniącej funkcję publiczną.
Tu jawność nie jest fanaberią. Jest mechanizmem bezpieczeństwa.
Rada bez dokumentów, czyli kontrola bez oczu
Najbardziej niepokojący jest efekt końcowy. Rada Miejska prowadziła postępowanie wyjaśniające, ale nie otrzymała dokumentów, o które wystąpiła. Zewnętrzna opinia prawna, której szukano, nie powstała. Sprawa ostatecznie została zamknięta po oświadczeniu radnej o zakończeniu współpracy ze ZWiK.
Być może w tej konkretnej sprawie nie było podstaw do wygaszania mandatu. Tak uznał wojewoda, powołując się na zasadę proporcjonalności. Ale pytanie o transparentność pozostaje.
Bo jeśli postępowanie wyjaśniające kończy się bez faktur, bez potwierdzeń przelewów, bez pełnej dokumentacji i bez opinii prawnej, to czy naprawdę wyjaśniono sprawę? Czy raczej zamknięto ją administracyjnie?
W samorządzie papier kończący sprawę nie zawsze kończy problem. Czasem tylko elegancko go segreguje.
Czego powinniśmy oczekiwać od spółek komunalnych?
Spółki komunalne powinny działać według prostego standardu: wszystko, co dotyczy wydatkowania pieniędzy, umów z wykonawcami i relacji z osobami pełniącymi funkcje publiczne, powinno być jawne w maksymalnym możliwym zakresie.
Nie chodzi o paraliżowanie spółek. Nie chodzi o to, by każdy zakup papieru do drukarki stawał się sesją nadzwyczajną rady. Chodzi o to, by w sprawach wrażliwych — zwłaszcza dotyczących radnych, ich firm lub podmiotów powiązanych — spółki nie budowały twierdzy z przepisów, których sens jest inny niż ukrywanie publicznych wydatków.
Dobrą praktyką powinny być publiczne rejestry umów, jawne zestawienia zamówień, procedury konfliktu interesów oraz obowiązek szczególnego oznaczania transakcji z podmiotami powiązanymi z osobami pełniącymi funkcje publiczne.
To nie jest przesada. To minimum higieny samorządowej.
Twierdza zawsze budzi podejrzenia
ZWiK miał prawo bronić swoich interesów jako spółka. Ale mieszkańcy mają prawo pytać, czy ta obrona nie poszła za daleko. Zwłaszcza gdy dotyczyła dokumentów potrzebnych do wyjaśnienia sprawy radnej i jej spółki.
Spółka komunalna, która mówi „jesteśmy miejscy”, gdy pokazuje inwestycje, i „jesteśmy handlowi”, gdy pada pytanie o faktury, sama produkuje nieufność.
Jawność bywa niewygodna. Faktury bywają nudne. Umowy bywają techniczne. Ale to właśnie w takich dokumentach widać, czy samorząd działa przejrzyście, czy tylko dobrze wygląda na zdjęciach.
Dlatego sprawa oławskiego ZWiK jest ważna nie tylko dla Oławy. Jest ważna dla każdej gminy, która ma spółki komunalne i każdej rady, która wierzy, że kontroluje lokalną władzę.
Bo spółka miejska nie powinna być twierdzą.
A jeśli już nią jest, mieszkańcy mają prawo zapytać: kto trzyma klucze i przed kim zamknięto bramę?
Magazynu Radio DTR 7/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
