Jeszcze kilka lat temu pomysł, by miasto produkowało własne warzywa dla żłobków i domów pomocy społecznej, brzmiał jak projekt z konferencji o przyszłości. Dziś to rzeczywistość — choć wciąż raczej eksperyment niż systemowe rozwiązanie. Miejska Farma Wrocław kończy drugi sezon działalności i pokazuje liczby, które robią wrażenie: 72 tony warzyw, 3,5 hektara upraw i ponad cztery tysiące osób korzystających z lokalnych zbiorów.
To nie jest jednak historia o rolnictwie. To historia o mieście, które próbuje skrócić drogę między polem a stołówką.
Czy miasto może być producentem żywności?
Miejska Farma Wrocław działa od marca 2024 roku na Swojczycach, na terenie Stacji Badawczo-Dydaktycznej Uniwersytetu Przyrodniczego. Projekt łączy kilka elementów: produkcję żywności bez chemicznych oprysków, krótkie łańcuchy dostaw, aktywizację zawodową i współpracę z uczelnią.
Warzywa trafiają bezpośrednio do miejskich placówek opiekuńczych. Bez pośredników, bez magazynów, bez wielkiej logistyki.
– „To jedyny taki projekt w kraju. Pokazuje, że w mieście da się połączyć troskę o środowisko, zdrowe jedzenie i realne działania społeczne” – mówi Katarzyna Szymczak-Pomianowska z Urzędu Miejskiego Wrocławia.
To brzmi jak modelowa definicja zrównoważonego rozwoju. Pytanie tylko, czy modelowa także w praktyce.
Drugi sezon: liczby, które mają znaczenie
W drugim roku działalności farma powiększyła areał z 2,5 do 3,5 hektara. Na polach rosło jedenaście rodzajów warzyw — od ziemniaków i marchwi po dynię i pasternak. Zbiory osiągnęły poziom 72 ton.
To nie jest produkcja symboliczna. To produkcja, która trafia na talerze.
Warzywa zasilały:
16 żłobków,
10 przedszkoli,
11 Domów Pomocy Społecznej.
Łącznie korzystało z nich ponad 4200 osób.
Dostawy trwały 28 tygodni. Transport realizowano samochodem elektrycznym, co według miasta pozwoliło ograniczyć emisję CO₂ o ponad 700 kilogramów w jednym sezonie.
To niewiele w skali miasta. Ale dużo w skali projektu pilotażowego.
Co dzieje się z nadwyżkami?
Rolnictwo zawsze oznacza nadwyżki. Wrocław znalazł dla nich zastosowanie społeczne.
Fundacja „Mniej Więcej” przetworzyła dodatkowe zbiory na ponad 12 tysięcy ciepłych posiłków dla potrzebujących, w tym samotnych seniorów.
Tu projekt przestaje być eksperymentem rolniczym, a zaczyna być elementem polityki społecznej.
Farma jako miejsce drugiej szansy
Najbardziej nietypowym elementem projektu nie są jednak warzywa, lecz ludzie.
Prace na farmie wykonują uczestnicy programu aktywizacji zawodowej Wrocławskiego Centrum Integracji — osoby długotrwale bezrobotne. W drugim sezonie pracowały tam 63 osoby, a 14 z nich wróciło na rynek pracy.
– „To pokazuje, jak ważny jest drugi start i tworzenie miejsc, w których ktoś może znów uwierzyć w siebie” – mówi Ewa Żmuda z Wrocławskiego Centrum Integracji.
To właśnie ten element może okazać się najtrudniejszy do zmierzenia, a jednocześnie najważniejszy.
Edukacja zamiast zwiedzania
Sama farma nie będzie dostępna dla zwiedzających — to profesjonalna produkcja. Ale obok niej powstaje Strefa Edukacyjna Miejskiej Farmy o powierzchni około 3500 m².
Miasto zapowiada warsztaty dla dzieci i młodzieży, ogród doświadczalny, przestrzeń do wspólnego gotowania i nauki o zrównoważonym rolnictwie. Otwarcie planowane jest na wiosnę.
– „To będzie miejsce rozmów o tym, skąd bierze się jedzenie i jak można produkować je odpowiedzialnie” – zapowiada Katarzyna Sokołowska, kierownik projektu.
Eksperyment czy przyszłość?
Miejska Farma Wrocław jest projektem, który dobrze wygląda w strategiach miejskich i raportach o klimacie. Ale jego prawdziwy sens będzie można ocenić dopiero wtedy, gdy okaże się, czy da się go skalować.
Bo dziś to nadal projekt pilotażowy:
kilka hektarów ziemi, kilkadziesiąt ton warzyw i kilkadziesiąt osób w programie aktywizacji.
Pytanie brzmi:
czy miejskie rolnictwo może być realnym elementem systemu żywnościowego miasta — czy pozostanie ciekawym, ale niszowym eksperymentem?
Na razie Wrocław sprawdza to w praktyce.









