Ziemniaki zalegają w magazynach. Rolnicy czekają na ratunek

kleska urodzaju ziemniakow
Oceń materiał
Radio DTR czyta:
Gotowy do czytania

Na rynku ziemniaka zrobiło się ciasno. Zbiory były wysokie, magazyny są pełne, a ceny lecą w dół tak szybko, że dla wielu producentów sprzedaż przestaje się po prostu opłacać. Resort rolnictwa deklaruje działania, ale pytanie brzmi: czy to wystarczy, gdy problem już dziś uderza w gospodarstwa?

Polski rynek ziemniaka znalazł się w trudnym momencie. Jest to jeden z tych kryzysów, które nie wybuchają nagle, z hukiem i syrenami w tle, lecz narastają po cichu. Najpierw dobre zbiory. Potem nadwyżka. Później pełne magazyny. A na końcu ceny, które przestają pokrywać koszty produkcji. Dla rolnika to prosty rachunek: można mieć towar, ale nie mieć na nim zarobku.

Minister rolnictwa Stefan Krajewski spotkał się z przedstawicielami branży i zapowiedział działania osłonowe oraz dalsze rozmowy. Z komunikatu resortu wynika, że sytuacja jest już na tyle poważna, że nie chodzi tylko o analizowanie problemu, lecz o szukanie szybkich rozwiązań.

Reklama

Skąd wziął się ten problem?

Powód jest w gruncie rzeczy prosty, choć jego skutki są już znacznie bardziej złożone. Polska zebrała około 7 mln ton ziemniaków, czyli o 18 proc. więcej niż rok wcześniej. To bardzo dużo. W normalnych warunkach wysoki plon cieszy, ale w rolnictwie nadmiar bywa równie groźny jak niedobór.

Do tego dochodzi duża podaż w innych krajach Europy i napływ towaru na rynek. W praktyce oznacza to silną presję cenową i ograniczone możliwości sprzedaży, szczególnie w segmencie ziemniaka konsumpcyjnego. Towaru jest za dużo, kupujących za mało, a pośrednicy i rynek robią swoje. Cena spada. Czasem poniżej granicy opłacalności.

I właśnie tu zaczyna się prawdziwy problem. Bo rolnik nie sprzedaje przecież „ziemniaka abstrakcyjnego”, tylko produkt, za którym stoją konkretne koszty: sadzeniak, nawozy, paliwo, energia, przechowywanie, transport, robocizna. Gdy cena rynkowa przestaje to bilansować, gospodarstwo zaczyna pracować nie na rozwój, ale na ograniczanie strat.

Czy drobniejsze ziemniaki mają uratować część rynku?

Jednym z pierwszych narzędzi, które wdraża ministerstwo, jest nowelizacja przepisów dotyczących jakości handlowej ziemniaków. Rozporządzenie z 23 marca 2026 r. wprowadza nowe kategorie: ziemniaki wczesne drobne oraz ziemniaki jadalne drobne.

Na pierwszy rzut oka to może wyglądać jak detal. Kolejna urzędowa korekta, kolejna zmiana nazewnictwa. Ale w praktyce chodzi o coś znacznie ważniejszego: otwarcie rynku na część produkcji, która dotąd z powodu norm kalibrowych nie trafiała do handlu tak łatwo, jak mogłaby.

To ruch racjonalny. Konsumenci coraz częściej kupują mniejsze warzywa, wygodne do gotowania, pieczenia czy pakowania. Jeśli więc część drobniejszych ziemniaków zyska formalną drogę do sprzedaży, część strat może zostać ograniczona. Problem w tym, że to raczej plaster niż operacja. Pomaga zagospodarować fragment nadwyżki, ale nie rozwiązuje całej nadpodaży.

To ważna różnica.

Dlaczego same rozmowy z branżą mogą nie wystarczyć?

Resort podkreśla, że chce działać szybko i odpowiadać na realne potrzeby producentów. Tyle że rolnicy słyszeli już nieraz o analizach, konsultacjach i monitorowaniu sytuacji. Rynek bywa mniej cierpliwy niż administracja.

Dziś producenci nie pytają już wyłącznie o diagnozę. Pytają o pieniądze, zbyt i przetrwanie. O to, czy uda się sprzedać towar. O to, czy nie trzeba będzie oddać go za bezcen. O to, czy gospodarstwo wytrzyma kolejny sezon.

Podczas spotkania przedstawiciele sektora mówili nie tylko o działaniach doraźnych, ale też o rozwiązaniach systemowych. To rozsądne. Bo obecny kryzys pokazuje słabość całego mechanizmu: polski producent nadal jest zbyt mocno uzależniony od pośredników, od wahań rynku i od ograniczonych kanałów zagospodarowania nadwyżek.

Tu nie chodzi już tylko o ziemniaka. Chodzi o model rynku rolnego.

Czy krótszy łańcuch dostaw naprawdę może pomóc?

Ministerstwo znów wraca do pomysłu skracania łańcucha dostaw i ograniczania liczby pośredników. To hasło pojawia się w debacie rolnej regularnie i trudno się dziwić. Im więcej ogniw po drodze między producentem a klientem, tym mniejszy wpływ rolnika na cenę końcową.

Problem polega na tym, że skracanie łańcucha dostaw dobrze brzmi na konferencji, ale gorzej wygląda w praktyce. Wymaga logistyki, organizacji rynku, lokalnych kanałów sprzedaży, kontraktacji, współpracy z handlem, a często także zmian w przyzwyczajeniach odbiorców. To nie jest rozwiązanie, które da się wdrożyć jednym komunikatem.

Mimo to kierunek wydaje się słuszny. Tam, gdzie producent ma większy udział w wartości końcowej produktu, łatwiej amortyzować wstrząsy rynkowe. Tylko że takich mechanizmów nie buduje się z dnia na dzień, zwłaszcza w sytuacji, gdy magazyny już są pełne.

Czy eksport może być wentylem bezpieczeństwa?

W teorii tak. W praktyce bywa trudniej. Przedstawiciele branży wskazywali na bariery fitosanitarne, przede wszystkim związane z bakteriozą i innymi chorobami kwarantannowymi. To temat może mniej medialny niż ceny, ale bardzo realny. Bo nawet jeśli jest produkt i jest potencjalny odbiorca, to jeszcze trzeba spełnić wymagania kraju importującego.

Resort przypomina, że w 2024 r. wprowadzono uproszczenia w pobieraniu prób dla ziemniaków przeznaczonych do handlu wewnątrz UE i eksportu do państw trzecich. W 2025 r. uproszczone zasady objęły 314 powiatów, czyli około 83 proc. wszystkich powiatów w Polsce. Efektem miał być rekordowy eksport do państw trzecich w 2025 r., który przekroczył 86,5 tys. ton. Dla porównania rok wcześniej było to nieco ponad 25,9 tys. ton, a dwa lata wcześniej 7,3 tys. ton.

Reklama
Reklama
Reklama

To pokazuje, że pewne odblokowanie eksportu rzeczywiście nastąpiło. Ale pokazuje też coś jeszcze: nawet przy poprawie wyników eksportowych skala krajowej produkcji jest tak duża, że wywóz za granicę nie rozwiąże wszystkiego. Zwłaszcza wtedy, gdy podobne problemy nadpodażowe mają inni gracze na rynku europejskim.

Eksport może pomóc. Nie uratuje jednak całego rynku sam.

Co zrobić z nadwyżką, której nie da się sprzedać?

Tu zaczynają się najbardziej interesujące, ale i najbardziej niewygodne pytania. Bo jeśli nie da się sprzedać wszystkiego do handlu, to trzeba znaleźć inne drogi zagospodarowania. Resort rozmawia w tej sprawie z branżą biogazu, a także z organizacjami pomocowymi, takimi jak banki żywności czy Caritas.

W praktyce oznacza to dwa kierunki. Pierwszy: cele energetyczne, czyli wykorzystanie części ziemniaków w biogazowniach. Drugi: pomoc żywnościowa dla osób potrzebujących.

To są pomysły pragmatyczne, bez dwóch zdań. Lepiej przekazać żywność potrzebującym lub wykorzystać ją gospodarczo, niż dopuścić do jej zmarnowania. Ale zarazem jest w tym coś gorzkiego. Bo skoro rolnik produkuje żywność, której nie może sprzedać na opłacalnych warunkach, a państwo szuka dla niej alternatywnego ujścia, to znaczy, że rynek nie działa tak, jak powinien.

To właśnie ta chwila, w której polityka rolna styka się z rzeczywistością bardziej brutalną niż urzędowe deklaracje.

Czy przepisy podatkowe mogą tu realnie pomóc?

Ministerstwo przypomina o obowiązujących rozwiązaniach w ustawie o VAT. Rolnicy mogą nieodpłatnie przekazywać płody rolne organizacjom pożytku publicznego na cele charytatywne. Rolnik ryczałtowy nie musi prowadzić ewidencji, a czynny podatnik VAT, przy odpowiednim udokumentowaniu przekazania, korzysta ze zwolnienia.

To może być użyteczne. Zwłaszcza tam, gdzie producent stoi przed wyborem: sprzedać za grosze albo szukać innej drogi, by ograniczyć straty. Ale znów — nie oszukujmy się — to nie jest rozwiązanie stricte rynkowe. To raczej awaryjna ścieżka ratunkowa.

Pomaga w części przypadków. Nie naprawia mechanizmu wyceny produkcji rolnej.

Czego naprawdę oczekuje dziś branża?

Nie tylko rozmowy. Nie tylko deklaracji. Branża oczekuje interwencji, która będzie policzalna, szybka i odczuwalna. Producentka ziemniaków ze Szkotowa Agnieszka Tołłoczko-Wróbel przekazała ministrowi pismo w imieniu rolników, prosząc o działania interwencyjne i wsparcie dla producentów ziemniaków jadalnych oraz sadzeniaków.

To ważny sygnał. Gdy przedstawiciele branży formułują takie postulaty, oznacza to, że problem wyszedł już poza granicę zwykłych sezonowych trudności. Rolnicy nie pytają, czy sytuacja jest zła. Oni już wiedzą, że jest. Pytają, czy państwo jest jeszcze w stanie zareagować w czasie, a nie po czasie.

Bo pomoc, która przychodzi za późno, nie jest pomocą. Jest protokołem.

Czy ten kryzys jest tylko przejściowy?

Być może częściowo tak. Ale wszystko wskazuje na to, że obecna sytuacja obnaża problem głębszy: brak wystarczająco elastycznych narzędzi do stabilizowania rynku rolnego w momentach nadpodaży. Mamy produkcję. Mamy magazyny. Mamy eksporterów. Mamy przepisy. Mamy organizacje pomocowe. A mimo to wciąż wraca pytanie, kto i na jakich warunkach ma odebrać towar od rolnika.

I to jest sedno sprawy.

Bo jeśli państwo reaguje dopiero wtedy, gdy magazyny pękają, a ceny spadają poniżej opłacalności, to znaczy, że nie ma jeszcze systemu, który potrafiłby działać zawczasu. A rolnictwo nie wybacza improwizacji. Zbyt wiele zależy tam od pogody, kosztów i czasu.

Na razie resort zapowiada dalsze analizy i kolejne rozmowy. Tylko że dla wielu producentów to nie jest już temat na później. To jest temat na dziś. Na ten tydzień. Na ten magazyn, który stoi pełny. Na tę cenę, która nie chce drgnąć.

I właśnie dlatego pytanie nie brzmi już, czy rynek ziemniaka jest w kryzysie. Pytanie brzmi, czy działania ogłoszone przez ministerstwo zdążą zareagować, zanim część gospodarstw uzna, że kolejny sezon nie ma już ekonomicznego sensu.

Źródło: Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi


📰 Śledź nas w
Google News, bądź na bieżąco z regionem

☕ Postaw kawę
Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry