Szkoła na dwie zmiany bez daty końca. MEN liczy na demografię, samorządy zostają z problemem

Oceń materiał

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie potrafi wskazać, kiedy uczniowie przestaną uczyć się na dwie zmiany. Wiceminister Katarzyna Lubnauer tłumaczy, że wszystko zależy od warunków lokalnych: liczby dzieci, dostępnych budynków i decyzji samorządów. Resort zakłada jednocześnie, że problem częściowo rozwiąże niż demograficzny. Tyle że dzieci ubywa głównie tam, gdzie szkoły już dziś świecą pustkami, a niekoniecznie w rozbudowujących się gminach podmiejskich.

Nie ma daty, harmonogramu ani ogólnopolskiego programu, po którego realizacji wszystkie szkoły podstawowe miałyby pracować na jedną zmianę. Ministerstwo Edukacji Narodowej przyznaje, że całkowite wyeliminowanie późnych lekcji nie jest obecnie możliwe do zaplanowania.

– Nie jest możliwe wskazanie terminu całkowitego wyeliminowania przypadków organizacji pracy szkół utożsamianych z systemem dwuzmianowym – odpowiedziała wiceminister edukacji Katarzyna Lubnauer.

Wyjaśniła, że na organizację zajęć wpływają przede wszystkim lokalne uwarunkowania demograficzne, infrastrukturalne i organizacyjne. Za zapewnienie odpowiednich warunków w szkołach odpowiadają natomiast ich organy prowadzące, czyli w przypadku większości szkół podstawowych – gminy.

Poseł zapytał ponownie

Wypowiedź wiceminister jest odpowiedzią na interpelację posła Marcina Józefaciuka dotyczącą upowszechnienia jednozmianowego systemu pracy szkół podstawowych.

Pierwsza interpelacja wpłynęła do Sejmu 22 maja 2026 roku. Odpowiedź Katarzyny Lubnauer została przekazana 10 czerwca, ale poseł uznał ją za niezadowalającą i następnego dnia ponownie skierował pytania do resortu.

Józefaciuk zwrócił uwagę, że w wielu miejscowościach szkoły nadal organizują zajęcia w systemie zmianowym. Problem dotyczy szczególnie dużych miast oraz szybko rozwijających się gmin, w których budowa mieszkań i napływ nowych mieszkańców wyprzedzają rozwój infrastruktury oświatowej.

W takich szkołach część dzieci rozpoczyna lekcje później i kończy je dopiero po południu. Rodzice muszą dostosowywać do planu zajęć pracę, dojazdy, posiłki i dodatkowe aktywności dzieci. Sama szkoła działa natomiast niemal bez przerwy – od wczesnego rana do późnych godzin popołudniowych.

O planie lekcji decyduje szkoła i samorząd

MEN przypomina, że szczegółową organizację nauczania określa arkusz organizacji szkoły. Przygotowuje go dyrektor, a zatwierdza organ prowadzący po uzyskaniu opinii kuratorium.

Dyrektor, układając tygodniowy plan zajęć, powinien uwzględniać równomierne obciążenie uczniów w poszczególnych dniach, zróżnicowanie przedmiotów oraz psychofizyczne możliwości dzieci do podejmowania intensywnego wysiłku umysłowego.

Przepisy nie gwarantują jednak, że wszystkie lekcje zakończą się przed określoną godziną. Nie ustanawiają również powszechnego prawa ucznia do nauki wyłącznie na pierwszej zmianie.

Możliwe jest więc ułożenie planu, który formalnie uwzględnia zasady higieny pracy, ale nadal wymaga od części klas rozpoczynania zajęć później. Problem staje się szczególnie dotkliwy, gdy brakuje sal lekcyjnych, świetlic, stołówek albo obiektów sportowych.

MEN liczy na niż demograficzny

Jednym z głównych argumentów resortu jest spodziewany spadek liczby uczniów. Według Ministerstwa Edukacji Narodowej zmiany demograficzne powinny stopniowo zmniejszać obciążenie istniejących budynków szkolnych.

W praktyce oznacza to oczekiwanie, że wraz ze spadkiem liczby dzieci będzie można tworzyć mniej oddziałów i łatwiej zmieścić wszystkie zajęcia w pierwszej części dnia.

Główny Urząd Statystyczny prognozuje długotrwałe zmniejszanie się liczby mieszkańców Polski. Prognozy zostały opracowane również na poziomie powiatów i gmin, co pozwala zobaczyć, że zmiany demograficzne nie rozkładają się równomiernie.

I właśnie tutaj pojawia się zasadnicza słabość argumentacji MEN.

Niż demograficzny może rozwiązać problem w gminie, która się wyludnia. Nie musi jednak pomóc miejscowości położonej pod Wrocławiem, Warszawą, Krakowem czy Poznaniem, do której przeprowadzają się młode rodziny z dziećmi.

Możemy więc mieć jednocześnie dwa przeciwstawne zjawiska: małe szkoły zagrożone likwidacją oraz przepełnione placówki, w których brakuje sal i konieczne jest prowadzenie lekcji na dwie zmiany.

Demografia nie jest zatem jednym, działającym wszędzie lekarstwem. Może wręcz pogłębiać różnice między gminami.

Reklama

Obietnica jednozmianowych szkół

Problem ma również wymiar polityczny. W interpelacjach składanych już w 2024 roku posłowie przypominali kampanijną zapowiedź rozpoczęcia przechodzenia polskich szkół na system jednozmianowy. Przywoływano wówczas deklarację, zgodnie z którą od 1 września 2025 roku wszystkie szkoły podstawowe miały działać na jedną zmianę.

Termin minął. Szkoły dwuzmianowe nadal funkcjonują, a MEN nie podaje kolejnej daty.

Resort wskazuje wprawdzie, że zmiany w ramowych planach nauczania oraz organizacji niektórych zajęć mogą ułatwić dyrektorom układanie planów. Takie działania mogą jednak zmniejszyć liczbę godzin lub lepiej rozłożyć zajęcia, ale nie wybudują nowych sal lekcyjnych.

Tam, gdzie problemem jest brak miejsca, reorganizacja planu ma ograniczone możliwości. Nie da się ułożyć wszystkich klas w jednym czasie, jeżeli liczba uczniów znacznie przekracza pojemność budynku.

Państwo wyznacza zasady, gmina płaci

Odpowiedź MEN prowadzi do kolejnego wniosku: ciężar rozwiązania problemu spoczywa głównie na samorządach.

To gminy muszą budować i rozbudowywać szkoły, zmieniać obwody, organizować dowóz uczniów, tworzyć dodatkowe oddziały albo szukać pomieszczeń zastępczych. Ministerstwo określa zasady funkcjonowania systemu, ale decyzje inwestycyjne i ich finansowe konsekwencje pozostają przede wszystkim po stronie lokalnych władz.

MEN w innych odpowiedziach dotyczących finansowania oświaty również podkreśla, że samorządy prowadzą szkoły we własnym imieniu i na własną odpowiedzialność, w tym odpowiedzialność finansową.

To szczególnie trudne dla szybko rozwijających się gmin. Nowe osiedla mogą powstawać w ciągu kilku lat, tymczasem przygotowanie budowy szkoły – od zabezpieczenia terenu i finansowania, przez projektowanie, aż po realizację inwestycji – trwa znacznie dłużej.

Samorząd może więc zwiększać dochody dzięki nowym mieszkańcom, ale jednocześnie staje przed gwałtownie rosnącymi kosztami budowy szkół, przedszkoli, dróg, kanalizacji i transportu publicznego.

Problem, którego nie da się rozwiązać rozporządzeniem

Nie każda szkoła organizująca część lekcji po południu działa źle. Czasami taki układ może być przejściowy albo wynikać z remontu, rozbudowy czy nagłego wzrostu liczby uczniów.

Dwuzmianowość staje się jednak problemem systemowym, gdy trwa latami, obejmuje znaczną część klas, a uczniowie regularnie wracają do domów późnym popołudniem.

Wówczas nie jest już wyłącznie kwestią technicznego układania planu. Wpływa na rytm całej rodziny, możliwość korzystania z zajęć dodatkowych, odpoczynek i organizację posiłków. Ogranicza także czas, w którym szkoła może prowadzić koła zainteresowań, konsultacje i zajęcia pozalekcyjne.

MEN ma rację, że nie da się narzucić jednej daty bez uwzględnienia sytuacji każdej gminy. Jednocześnie brak terminu nie powinien oznaczać braku diagnozy i planu.

Państwo mogłoby przynajmniej określić skalę zjawiska, przyjąć wspólne kryteria jego pomiaru, wskazać szkoły najbardziej przeciążone oraz stworzyć program inwestycyjny dla samorządów, które bez zewnętrznego wsparcia nie są w stanie rozbudować infrastruktury.

Demografia zamiast strategii

Z odpowiedzi wiceminister wynika, że resort nie planuje ogólnopolskiej daty końca dwuzmianowości. Zakłada natomiast, że problem będzie stopniowo malał wraz ze zmniejszaniem się liczby uczniów.

Może się tak stać w części kraju. W innych miejscach szkoły nadal będą jednak przegrywać wyścig z rozbudową osiedli mieszkaniowych.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy w Polsce będzie mniej dzieci. Brzmi: czy szkoły powstają tam, gdzie tych dzieci przybywa.

Bez lokalnych prognoz, kontroli zabudowy mieszkaniowej oraz wieloletnich planów inwestycyjnych niż demograficzny może stać się dla państwa wygodnym usprawiedliwieniem. Uczniom kończącym lekcje późnym popołudniem trudno jednak wytłumaczyć, że powinni jeszcze kilka lat poczekać, aż problem rozwiąże statystyka.

 

Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry