Znaleziono rozum. Właściciela prosimy o przeczytanie artykułu

Oceń materiał

Facebook stworzył osobliwy gatunek czytelnika. Nie przeczytał artykułu, ale już wie, co autor napisał, czego nie napisał, dlaczego to zrobił i kto prawdopodobnie za tym stoi. Czasem potrafi nawet zdiagnozować stan emocjonalny redaktora. Wystarczył mu baner, tytuł i dwie linijki tekstu. Jan Kobuszewski miałby dziś materiał na zupełnie nową wersję „Rozumu”.

Przed laty Jan Kobuszewski bawił publiczność opowieścią o znalezionym rozumie. Samo znalezisko nie stanowiło największego problemu. Kłopot zaczynał się wtedy, gdy należało ustalić, do kogo właściwie należy.

Minęło pół wieku i problem, jak się okazuje, wcale się nie zestarzał. Zmieniło się tylko miejsce akcji.

Dziś rozumu należałoby czasem poszukać gdzieś pomiędzy facebookowym banerem a polem „Napisz komentarz”.

Bo wydarzyła się rzecz fascynująca.

Czytaj dalej

Powiązany temat

Kiedyś, żeby skrytykować gazetę, wypadało ją przynajmniej otworzyć. Żeby pokłócić się z felietonistą, należało wiedzieć, co napisał. Jeśli ktoś chciał zarzucić dziennikarzowi nierzetelność, dobrze było wskazać zdanie, liczbę, dokument albo fakt, z którym się nie zgadza.

Dziś wystarczy baner.

Facebook pokaże fotografię, duży napis, tytuł i fragment tekstu. I człowiek już wie.

Wie, co napisaliśmy.

Wie, co chcieliśmy napisać.

Wie, dlaczego napisaliśmy.

Wie, komu chcieliśmy zaszkodzić.

Czasem wie nawet, że powinniśmy pójść na urlop albo wyłączyć Wi-Fi.

Nie wie tylko, co właściwie znajduje się w artykule.

55 tysięcy. Skolim. Komentarz gotowy

Publikujemy materiał dotyczący publicznych pieniędzy wydanych na koncert. Na banerze pojawia się kwota 55 tys. zł i nazwisko wykonawcy.

I zaczyna się.

Jedni oburzają się na wydatek. Drudzy tłumaczą, że artysta przecież nie występuje za darmo. Jeszcze inni zaczynają rozstrzygać, czy koncert był dobry i czy mieszkańcom się podobał.

Można przeprowadzić całą debatę.

Jest tylko drobny szczegół.

Debata niekoniecznie dotyczy tego, o czym napisaliśmy.

Dziennikarskie pytanie może przecież dotyczyć wysokości publicznego wydatku, sposobu jego poniesienia, źródła finansowania, procedury, porównania kosztów albo gospodarowania pieniędzmi mieszkańców.

Ale po co zaglądać do środka?

Skolim był.

55 tysięcy było.

Baner był.

Rozum uznał, że materiał dowodowy jest kompletny.

Firma pogrzebowa? „Korzystałem i jestem zadowolony”

Jeszcze ciekawiej robi się pod materiałem dotyczącym relacji szpitala z przedsiębiorstwem pogrzebowym.

Jeżeli redakcja pyta o określone adresy, zależności, procedury czy sposób funkcjonowania systemu, można odpowiedzieć dokumentem. Można wskazać błąd. Można przedstawić okoliczności, których dziennikarz nie uwzględnił.

Można też napisać:

korzystałem z usług tej firmy i jestem zadowolony.

I bardzo dobrze.

Tylko co to rozstrzyga?

Firma może świadczyć znakomite usługi. Może mieć setki zadowolonych klientów. Jej pracownicy mogą być profesjonalni, uprzejmi i rzetelni.

Żadna z tych rzeczy nie powoduje jednak, że media tracą prawo do zadawania pytań dotyczących innych aspektów jej działalności lub relacji z instytucją publiczną.

To trochę tak, jakby pod artykułem dotyczącym sposobu wyboru wykonawcy remontu drogi napisać:

„Nie wiem, o co wam chodzi. Jechałem tam wczoraj i samochód mi się nie zepsuł”.

Możliwe.

Tylko ni przypiął, ni przyłatał.

Najpierw przeczyta tytuł. Potem sam napisze sobie resztę

Tu dochodzimy do najciekawszego mechanizmu.

Coraz częściej redakcja nie polemizuje na Facebooku z komentarzem dotyczącym swojego artykułu.

Polemicznie odpowiada na komentarz dotyczący artykułu, który komentujący sam sobie stworzył w głowie.

Schemat jest prosty.

Widzę baner.

Czytam tytuł.

Mam pierwsze skojarzenie.

Skojarzenie wywołuje emocję.

Emocja podpowiada mi, co autor „na pewno miał na myśli”.

A potem wystarczy odpowiedzieć dziennikarzowi na coś, czego nigdy nie napisał.

To bardzo wygodna forma dyskusji.

Nie trzeba mierzyć się z dokumentami, liczbami ani argumentami. Można samemu stworzyć przeciwnika, przypisać mu odpowiednią tezę, efektownie ją obalić i odejść z poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku.

Autor artykułu jest w tej dyskusji właściwie zbędny. Artykuł również.

A kiedy brakuje argumentu, zawsze pozostaje „clickbait”

Współczesna debata internetowa otrzymała również słowo, które potrafi rozwiązać niemal każdy problem.

Clickbait.

Tytuł zainteresował?

Clickbait.

Grafika przyciągnęła wzrok?

Clickbait.

Po przeczytaniu pierwszego zdania człowiek chciał przeczytać następne?

Podejrzane.

Tymczasem nagłówek i grafika prasowa mają właśnie zwrócić uwagę odbiorcy na temat. Problem zaczyna się wtedy, gdy tytuł obiecuje coś, czego tekst nie dostarcza, wprowadza czytelnika w błąd albo świadomie wypacza treść publikacji.

Tylko że aby stwierdzić, że tytuł nie odpowiada artykułowi, trzeba wykonać czynność wyjątkowo dziś ryzykowną.

Trzeba przeczytać artykuł.

I ponownie dochodzimy do rozumu.

Redaktorze, urlop. I koniecznie wyłącz Wi-Fi

Gdy argumentów dotyczących publikacji zaczyna brakować, zawsze pozostaje jeszcze autor.

Niech odpocznie.

Niech pójdzie na urlop.

Niech wyłączy Wi-Fi.

Ma problemy emocjonalne.

Sieje burzę.

Jest zazdrosny.

Jest opłacony.

Chce komuś zaszkodzić.

To wyjątkowo skuteczna metoda prowadzenia sporu, ponieważ pozwala ominąć wszystko, co mogłoby wymagać odrobiny wysiłku.

Dokument?

Nieważny.

Umowa?

Nieważna.

Kwota?

Nieważna.

Procedura?

Nieważna.

Pytanie postawione w artykule?

Też nieważne.

Porozmawiajmy o redaktorze.

Z charakterem człowieka znacznie łatwiej polemizować niż z dokumentem.

Dokument ma tę paskudną właściwość, że czasami trzeba go jeszcze przeczytać.

Nie chcemy komentarzy grzecznych. Chcemy komentarzy na temat

Żeby nie było nieporozumień: pod materiałami Radia DTR nie trzeba się z nami zgadzać.

Wręcz przeciwnie.

Krytykujcie.

Wyłapujcie nasze błędy. Sprawdzajcie liczby. Żądajcie źródeł. Pytajcie, skąd wyciągnęliśmy określony wniosek. Jeżeli czegoś nie zauważyliśmy — pokażcie nam to. Jeśli dokument można interpretować inaczej — przedstawcie argumenty. Jeżeli macie wiedzę, której nam zabrakło — podzielcie się nią.

Dziennikarstwo bez krytycznego czytelnika robi się niebezpiecznie wygodne.

Nie oczekujemy również komentarzy pisanych pod linijkę, w białych rękawiczkach i koniecznie zakończonych ukłonem dla redakcji.

Jest tylko jeden staroświecki warunek.

Najpierw trzeba wiedzieć, z czym się polemizuje.

Baner nie jest artykułem.

Tytuł nie jest artykułem.

Lead nie jest artykułem.

A własne wyobrażenie o tym, co autor „zapewne chciał powiedzieć”, artykułem jest jeszcze mniej.

Rozum do odbioru

I dlatego warto dziś przypomnieć sobie Jana Kobuszewskiego.

Jego satyra przetrwała próbę czasu być może dlatego, że technologia zmieniła się niewyobrażalnie, a człowiek — jakby trochę mniej.

Kiedyś bohater chodził ze znalezionym rozumem i próbował odnaleźć jego właściciela.

Gdyby podobna historia wydarzyła się w 2026 roku, nie trzeba byłoby daleko chodzić.

Wystarczyłby Facebook.

Można nawet wywiesić ogłoszenie:

ZNALEZIONO ROZUM

Właściciela prosimy o zgłoszenie się po odbiór.

Warunek wydania:

przed napisaniem komentarza należy przeczytać artykuł.

Obawiamy się tylko jednego.

Że znalezisko może trochę poleżeć.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.