Europa wydaje dziesiątki miliardów euro na obronę powietrzną. Kupuje Patrioty, rozwija IRIS-T, zamawia systemy dalekiego zasięgu i tworzy kolejne warstwy ochrony przed dronami oraz rakietami. Problem w tym, że w najtrudniejszym segmencie tej układanki – obronie przed pociskami balistycznymi – Stary Kontynent nadal w dużej mierze potrzebuje technologii amerykańskich.
Wojna w Ukrainie pokazała jeszcze jeden problem.
Można mieć wyrzutnię. Można mieć radar. Można nawet mieć pieniądze.
A mimo to nie mieć czym strzelać.
Globalne zapasy pocisków przechwytujących są ograniczone, czas produkcji długi, a Stany Zjednoczone mają własne potrzeby strategiczne. Właśnie dlatego rozwijany przez ukraiński Fire Point pocisk FP-7.X i europejski program FREYJA mogą okazać się znacznie ważniejsze, niż sugerowałaby informacja o kolejnej nowej rakiecie.
Bo tutaj chodzi nie tylko o rakietę.
Chodzi o pytanie:
kto będzie miał klucz do europejskiej tarczy antybalistycznej?
Dzisiaj część tego klucza znajduje się w USA
Europejski Parlament w analizie dotyczącej wspólnych zdolności obronnych UE przyznaje wprost, że państwa Unii nadal w dużym stopniu wykorzystują amerykańskie systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej. Patriot jest szeroko używany, a jego odmiany wykorzystujące PAC-3 zapewniają obecnie bardziej dojrzałe zdolności zwalczania pocisków balistycznych niż europejskie odpowiedniki.
Problem sięga jednak znacznie dalej niż Patriot.
Według analizy International Institute for Strategic Studies europejska architektura obrony przeciwrakietowej korzysta również z amerykańskich instalacji Aegis Ashore w Polsce i Rumunii, okrętów wyposażonych w pociski SM-3 oraz amerykańskich zdolności wczesnego ostrzegania i śledzenia.
IISS zwraca uwagę, że bez udziału USA Europa straciłaby istotną część najwyższej warstwy swojej obecnej obrony przeciwrakietowej.
To fundamentalna różnica.
Europejczycy potrafią produkować bardzo dobre systemy obrony powietrznej. Niemiecki IRIS-T, francusko-włoski SAMP/T czy europejskie radary nie są technologicznymi ciekawostkami.
Ale zbudowanie wielowarstwowej obrony przed rakietami balistycznymi to zupełnie inny poziom problemu.
Patriot ma jeszcze jedną wadę: trzeba go dostać
Wojna pokazała, że pytanie nie brzmi wyłącznie:
„Ile kosztuje interceptor?”
Trzeba zapytać:
„Ile ich możemy wyprodukować i kto zdecyduje, gdzie trafią?”
CSIS zwracał w marcu uwagę, że Europa jest silnie uzależniona od amerykańskich systemów i amunicji przeciwlotniczej, podczas gdy Stany Zjednoczone same zużywają duże ilości interceptorów. Rosnące globalne zapotrzebowanie powoduje, że pocisków potrzebnych Europie i Ukrainie może po prostu brakować.
Problem jest już widoczny w praktyce.
Według „Financial Times” Dania zdecydowała się ostatnio na francusko-włoski SAMP/T NG m.in. w sytuacji bardzo długich terminów dostaw Patriotów. Jednocześnie szef norweskiego Nammo przestrzega przed pójściem w drugą skrajność: europejski przemysł nie jest jeszcze zdolny samodzielnie zaspokoić wszystkich potrzeb kontynentu i zerwanie współpracy przemysłowej z USA byłoby obecnie problemem, a nie rozwiązaniem.
I właśnie tutaj zaczyna się historia FP-7.X.
Ukraina proponuje Europie zupełnie inny model
Fire Point nie próbuje po prostu skopiować Patriota.
FP-7.X ma być efektorem powstającego systemu FREYJA.
W lipcu dziesięć państw – Ukraina, Dania, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Norwegia, Hiszpania, Szwecja i Wielka Brytania – utworzyło Integrated Anti-Ballistic Missile Coalition. FREYJA została wskazana jako jej sztandarowy projekt.
We wrześniu nastąpiła kolejna istotna zmiana.
Do koalicji dołączyła Polska. Premier Donald Tusk ogłosił to 18 września. Projekt ma prowadzić do stworzenia tańszego systemu zwalczania pocisków balistycznych, który mógłby stanowić europejskie uzupełnienie obecnych zdolności opartych m.in. na Patriocie.
To oznacza, że sprawa FP-7.X dotyczy już bezpośrednio także Polski.
Rakieta ukraińska, radar niemiecki, dowodzenie norweskie
Pomysł jest pozornie prosty.
Zamiast budować cały system w jednej korporacji, FREYJA ma połączyć najlepsze dostępne europejskie komponenty.
Fire Point odpowiada za architekturę systemu i rozwój FP-7.X.
Niemiecki Hensoldt ma dostarczać radary. Podpisane porozumienie obejmuje m.in. TRML-4D, który według producenta może śledzić ponad 1500 celów i osiągać zasięg wykrywania do około 250 kilometrów.
W przedsięwzięciu uczestniczą lub prowadzą współpracę również m.in. Eurosam, Leonardo, Thales, Saab i Kongsberg. Reuters informował w sierpniu o ponad tuzinie europejskich partnerów przemysłowych zaangażowanych w projekt.
Fire Point chce przy tym uniknąć klasycznego uzależnienia od jednego producenta.
Szefowa firmy Iryna Terekh mówiła podczas MSPO w Kielcach o wyborze najlepszych dostępnych dostawców i integracji ich technologii w jeden system bez tzw. vendor lock-in.
I tutaj FREYJA robi się naprawdę interesująca.
Nie zastąpić USA. Móc działać również bez ich zgody i dostaw
To zasadnicza różnica.
Europejska niezależność obronna nie musi oznaczać wyrzucenia Patriotów i zerwania współpracy ze Stanami Zjednoczonymi.
Wręcz przeciwnie.
Europa może nadal używać Patriotów, rozwijać SAMP/T, IRIS-T i inne systemy oraz jednocześnie stworzyć własny, masowo produkowany interceptor antybalistyczny.
FREYJA ma funkcjonować jako system uzupełniający istniejącą architekturę, a nie jej natychmiastowy zamiennik.
Różnica polega na czymś innym.
Jeżeli pocisk, wyrzutnia, radary, system dowodzenia, oprogramowanie i najważniejsze elementy produkcji znajdują się w Europie, decyzja o zwiększeniu produkcji również pozostaje przede wszystkim tutaj.
To jest suwerenność produkcyjna, a nie polityczne hasło o odcinaniu się od Ameryki.
FP-7.X ma być pociskiem na wojnę masową
Patriot powstawał w rzeczywistości, w której najbardziej zaawansowane interceptory były bardzo drogą i stosunkowo ograniczoną liczebnie amunicją.
Ukraina doświadcza czegoś zupełnie innego.
Atak może składać się jednocześnie z dronów, pocisków manewrujących i rakiet balistycznych.
I takie ataki się powtarzają.
Terekh zwracała uwagę, że Patriot jest imponującym systemem, ale nie został zaprojektowany do zużywania interceptorów w skali obserwowanej podczas wojny w Ukrainie.
Dlatego jednym z podstawowych założeń FP-7.X jest koszt.
Fire Point zakłada zejście w produkcji seryjnej poniżej około miliona za pocisk. Nie możemy jeszcze traktować tej ceny jako osiągniętego faktu – system nie znajduje się w seryjnej eksploatacji.
Ale kierunek jest oczywisty:
interceptor ma być na tyle tani, żeby można było produkować go masowo.
I tu pojawia się haczyk
FREYJA jeszcze nie istnieje jako sprawdzona operacyjnie tarcza antybalistyczna.
FP-7.X wykonał loty testowe, ale najtrudniejszy etap dopiero trwa: integracja rakiety z seekerami, radarami, systemem dowodzenia i pozostałymi sensorami.
Reuters informował w sierpniu, że Fire Point rozpoczął właśnie integrację technologii dostarczanych przez europejskich partnerów. Firma zakładała pierwsze skuteczne przechwycenie celu balistycznego około połowy 2027 roku.
Nie wiemy jeszcze również, jaka będzie rzeczywista skuteczność FP-7.X.
Nie wiemy, ile interceptorów trzeba będzie wystrzeliwać przeciwko jednej rakiecie balistycznej.
Nie znamy odporności całego systemu na walkę radioelektroniczną i przeciwdziałanie.
Nie znamy jego realnej skuteczności przeciwko poszczególnym typom rosyjskich rakiet.
I przede wszystkim:
FP-7.X nie przeszedł jeszcze najważniejszego egzaminu – skutecznego przechwycenia rzeczywistego celu balistycznego.
Dlatego nazywanie go dziś „europejskim Patriotem” byłoby zdecydowanie przedwczesne.
Ale Europa właśnie dostała ostrzeżenie
Równolegle Pentagon prowadzi przegląd amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Europie.
18 września Reuters informował, że w konsultacjach uczestniczył najwyższy dowódca NATO w Europie gen. Alexus Grynkewich. Analizowane są warianty przyszłego rozmieszczenia amerykańskich sił. Nie oznacza to decyzji o wycofaniu wojsk USA, ale pokazuje, że skala amerykańskiej obecności nie musi być traktowana w Europie jako polityczna stała.
I w tym kontekście FREYJA nabiera zupełnie innego znaczenia.
Nie chodzi tylko o Ukrainę.
Nie chodzi nawet o FP-7.X.
Chodzi o to, czy za pięć albo dziesięć lat Europa będzie mogła powiedzieć:
mamy własne radary, własne wyrzutnie, własne oprogramowanie, własne fabryki i własne pociski – a jeżeli potrzebujemy kolejnych dwóch tysięcy interceptorów, możemy podjąć decyzję o ich wyprodukowaniu.
Polska powinna zadać kilka niewygodnych pytań
Skoro Polska dołączyła do koalicji antybalistycznej, warto wiedzieć, jaka będzie nasza rzeczywista rola.
Czy będziemy jedynie przyszłym użytkownikiem FREYJI?
Czy polski przemysł dostanie część produkcji?
Czy w Polsce będą produkowane elementy FP-7.X?
Czy system zostanie połączony z polskimi radarami i istniejącą architekturą obrony powietrznej?
Czy powstaną u nas magazyny interceptorów?
I wreszcie: czy Polska chce jednocześnie rozwijać Patrioty i europejską FREYJĘ, tworząc dwie niezależne możliwości zwalczania rakiet balistycznych?
To są pytania o miliardy złotych, ale również o coś znacznie ważniejszego.
Bo uzależnienie nie zaczyna się od wyrzutni
Można kupić sto wyrzutni.
Jeżeli pociski produkuje ktoś inny, najważniejsza decyzja nadal nie należy wyłącznie do właściciela wyrzutni.
W czasie pokoju nie stanowi to większego problemu. W czasie dużego konfliktu, kiedy kilka państw jednocześnie potrzebuje tysięcy tych samych interceptorów, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Europa przez dziesięciolecia mogła zakładać, że Stany Zjednoczone pozostaną jej najważniejszym militarnym zapleczem.
Dzisiaj nie musi z tego sojuszu rezygnować.
Powinna jednak odpowiedzieć sobie na inne pytanie:
czy sojusz z USA ma być europejskim wyborem – czy koniecznością wynikającą z tego, że bez amerykańskich rakiet Europa nie potrafi samodzielnie zamknąć własnego nieba?
FP-7.X jeszcze tej odpowiedzi nie daje.
Ale FREYJA pokazuje, że Europa właśnie zaczęła jej szukać.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






