Duże szpitale mają leczyć najtrudniejsze przypadki. Mniejsze — być bliżej pacjenta, ale niekoniecznie wykonywać wszystko, co robiły dotychczas. Geriatria, rehabilitacja, opieka długoterminowa, leczenie planowe zamiast utrzymywania za wszelką cenę wszystkich oddziałów. Tak można streścić kierunek, o którym mówi prezes Związku Województw RP Olgierd Geblewicz. Problem w tym, że nie jest to już tylko polityczna koncepcja. Państwo stworzyło przepisy i uruchomiło ponad miliard złotych, aby właśnie takie zmiany przyspieszyć. Dla zadłużonych szpitali powiatowych, także Trzebnicy, pytanie o ich przyszły model działania przestaje być teoretyczne.
Olgierd Geblewicz, marszałek województwa zachodniopomorskiego i prezes Związku Województw RP, mówi wprost: samo administracyjne połączenie dwóch szpitali niczego jeszcze nie rozwiązuje.
Konsolidacja ma prowadzić do podziału zadań.
Najbardziej specjalistyczne procedury miałyby koncentrować się w szpitalach wojewódzkich i klinicznych. Mniejsze placówki powinny natomiast odpowiadać za te potrzeby, które można zabezpieczyć bliżej miejsca zamieszkania pacjenta — coraz częściej także za geriatrię, rehabilitację i opiekę długoterminową.
Brzmi jak dyskusja o przyszłości.
Tyle że ta przyszłość właściwie już się zaczęła.
Szpital może pozostać. Ale może przestać robić to samo
Reforma szpitalnictwa stworzyła możliwość znacznie bardziej elastycznego zmieniania działalności placówek.
Za zgodą Narodowego Funduszu Zdrowia część świadczeń wykonywanych dotychczas w ramach pełnej hospitalizacji może zostać przekształcona w leczenie planowe lub jednodniowe. W pewnych przypadkach oddział szpitalny może również zostać zastąpiony zakładem opiekuńczo-leczniczym albo pielęgnacyjno-opiekuńczym.
To ważne rozróżnienie.
Reforma szpitalnictwa nie musi oznaczać scenariusza, w którym pewnego dnia na drzwiach lokalnego szpitala pojawia się kartka „zamknięte”.
Zmiana może być znacznie mniej widowiskowa, a dla mieszkańca równie istotna.
Budynek pozostaje. Nazwa pozostaje. Placówka nadal leczy.
Tyle że część świadczeń, które wcześniej wykonywano na miejscu, trafia do większego ośrodka.
I dopiero wtedy okaże się, czy konsolidacja rzeczywiście poprawiła dostęp pacjenta do leczenia, czy tylko poprawiła tabelę kosztów systemu.
Państwo płaci za zmianę
Najlepszym dowodem, że nie jest to już wyłącznie dyskusja ekspertów, jest Fundusz Medyczny.
Ministerstwo Zdrowia przeznaczyło 1,149 miliarda złotych na inwestycje związane z konsolidacją podmiotów leczniczych.
Szpital reorganizujący własną strukturę może otrzymać do 20 mln zł.
Przy konsolidacji kilku podmiotów maksymalne wsparcie wynosi aż 70 mln zł.
Co szczególnie interesujące, finansowanie może sięgnąć 100 procent wartości kwalifikowanej inwestycji. Nabór wniosków trwa do 30 października 2026 roku.
Pieniądze można przeznaczyć między innymi na przebudowę, modernizację, budowę oraz wyposażenie infrastruktury potrzebnej do przeprowadzenia konsolidacji.
Nie są to jednak pieniądze wręczane szpitalowi po prostu dlatego, że ma długi.
I tutaj zaczyna się zasadnicza różnica.
Państwo może sfinansować przebudowę systemu świadczeń, ale stary dług nie znika od samego przesunięcia tabliczki z nazwą oddziału.
70 milionów nie oznacza oddłużenia
W publicznej debacie łatwo pomylić dwa zupełnie różne problemy.
Pierwszy to nieefektywna struktura szpitalnictwa.
Drugi — zadłużenie szpitali.
Można połączyć dwie placówki, zlikwidować dublujące się funkcje, przenieść oddział i wyremontować budynek za pieniądze z Funduszu Medycznego.
Nadal jednak pozostaje pytanie: kto odpowiada za wcześniejsze zobowiązania?
To jeden z najbardziej niewygodnych elementów całej dyskusji o konsolidacji.
Dług nie znika dlatego, że dwa szpitale zaczęły mieć wspólną dyrekcję.
Dlatego w każdym takim procesie trzeba pytać nie tylko o przyszłą strukturę leczenia, ale również o to, kto przejmuje zobowiązania i kto ostatecznie zapłaci rachunek za wcześniejsze straty.
Dolny Śląsk już zaczął
Geblewicz jako przykład wskazał Bolesławiec i Zgorzelec.
Od 1 września 2026 roku funkcjonują one jako jeden podmiot — Wielospecjalistyczny Zespół Opieki Zdrowotnej „Bolesławiec–Zgorzelec”.
To nie koniec.
Do tej struktury przygotowuje się również Bogatynia.
Mamy więc na Dolnym Śląsku proces, który pokazuje, że konsolidacja przestała być rozwiązaniem opisywanym w ministerialnych prezentacjach. Jest stosowana w praktyce.
I właśnie dlatego warto uważniej patrzeć na inne szpitale powiatowe.
Zwłaszcza te, które od lat zmagają się z problemami finansowymi.
Trzebnica stoi dokładnie w takim miejscu
Szpital im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy nie rozpoczyna tej dyskusji z komfortowej pozycji.
Według analizowanych przez Radio DTR dokumentów jego zobowiązania sięgają około 46,2 mln zł, z czego ponad 11 mln zł stanowią zobowiązania wymagalne. Roczna strata przekroczyła 7,2 mln zł, a fundusz własny był ujemny i wynosił około minus 26,8 mln zł.
To liczby, których nie da się przykryć kolejnym zapewnieniem, że szpital jest potrzebny.
Oczywiście, że jest potrzebny.
Pytanie brzmi inaczej:
jaki szpital jest potrzebny mieszkańcom powiatu trzebnickiego i na utrzymanie jakiego szpitala system rzeczywiście będzie w przyszłości gotów płacić?
To dwie zupełnie różne kwestie.
Trzebnica ma już coś, co pasuje do nowego modelu
W dyskusji o przyszłości szpitala warto pamiętać o Żmigrodzie.
Szpital im. św. Jadwigi działa bowiem nie tylko przy ulicy Prusickiej w Trzebnicy. Jego częścią jest także Szpital Rehabilitacyjny i Opieki Długoterminowej w Żmigrodzie.
To niezwykle interesujące w kontekście wypowiedzi Geblewicza.
Marszałek mówi o systemie, w którym mniejsze placówki powinny w większym stopniu odpowiadać na skutki starzenia się społeczeństwa: rehabilitację, geriatrię i opiekę długoterminową.
Trzebnicki szpital część takiej struktury już posiada.
Dlatego przyszłość tej placówki niekoniecznie musi oznaczać proste pytanie: „z kim zostanie połączona Trzebnica?”.
Równie ważne może być inne:
jak zostaną podzielone funkcje pomiędzy Trzebnicę i Żmigród oraz które świadczenia pozostaną wykonywane w pełnym trybie szpitalnym?
Powiatowe Centrum Zdrowia zamiast szpitala „od wszystkiego”
Jest jeszcze jeden element reformy, o którym mówi się znacznie mniej niż o łączeniu szpitali.
Do systemu wprowadzono możliwość organizowania Powiatowych Centrów Zdrowia.
Ich założenie bardzo dobrze pokazuje kierunek zmian.
Pacjent powinien mieć blisko miejsca zamieszkania dostęp między innymi do diagnostyki, konsultacji internistycznej i podstawowego zabezpieczenia chirurgicznego. Najbardziej skomplikowane procedury mogą natomiast odbywać się w większych ośrodkach.
To prowadzi do zasadniczego pytania:
czy szpital powiatowy przyszłości nadal będzie próbował być pomniejszoną wersją szpitala wojewódzkiego?
Czy raczej stanie się lokalnym centrum zabezpieczającym najczęstsze potrzeby zdrowotne mieszkańców, podczas gdy specjalistyczne leczenie zostanie skoncentrowane w kilku większych placówkach?
Ministerstwo Zdrowia coraz wyraźniej wskazuje na drugi model.
Problem zaczyna się przy mapie
Na papierze wszystko wygląda racjonalnie.
Po co dwa sąsiednie szpitale mają utrzymywać podobne oddziały, skoro brakuje lekarzy i pielęgniarek?
Po co konkurować o tych samych specjalistów, płacąc coraz wyższe stawki?
Po co utrzymywać całodobową gotowość tam, gdzie liczba wykonywanych procedur jest niewielka?
To dobre pytania.
Ale istnieją też inne.
Jeżeli oddział zostanie przeniesiony z lokalnego szpitala do dużego ośrodka, trzeba policzyć nie tylko koszty jego funkcjonowania.
Trzeba policzyć również kilometry pacjenta.
Dla systemu 40 czy 60 kilometrów może wyglądać jak niewielka odległość.
Dla osiemdziesięcioletniej osoby, jej współmałżonka albo rodziny odwiedzającej chorego codziennie jest to zupełnie inna rzeczywistość.
Dlatego prawdziwym miernikiem powodzenia reformy nie może być wyłącznie zmniejszenie liczby oddziałów czy poprawa wyniku finansowego.
Powinien nim być także rzeczywisty czas dotarcia pacjenta do świadczenia.
Kto właściwie ma układać tę mapę?
I tutaj wypowiedź Geblewicza staje się również polityczna.
Prezes Związku Województw RP chce większej regionalizacji ochrony zdrowia i większej odpowiedzialności regionów.
Dzisiaj system jest podzielony pomiędzy wiele ośrodków.
Ministerstwo tworzy ramy prawne.
NFZ kontraktuje świadczenia.
Wojewódzkie Plany Transformacji wskazują potrzeby zdrowotne regionu.
Samorząd województwa prowadzi własne szpitale.
Powiat prowadzi swoje.
A każda jednostka samorządu broni własnej placówki.
Właśnie tę układankę Geblewicz chciałby częściowo uporządkować, dając regionowi większą możliwość decydowania, jakie świadczenia powinny znajdować się w konkretnych miejscach.
To znacznie dalej idący postulat niż zwykłe łączenie administracji dwóch szpitali.
To propozycja odpowiedzi na pytanie:
kto powinien projektować mapę leczenia dla całego województwa?
Województwo już ma mapę potrzeb
Na Dolnym Śląsku obowiązuje już Wojewódzki Plan Transformacji na lata 2027–2031.
Nie jest to dokument dekoracyjny.
Plany transformacji mają wskazywać regionalne problemy zdrowotne, działania, odpowiedzialne podmioty, koszty i oczekiwane rezultaty. Obejmują leczenie szpitalne, ambulatoryjne, psychiatrię, rehabilitację, opiekę długoterminową, paliatywną, kadry oraz ratownictwo.
Uwzględniają również demografię.
To właśnie tutaj należy szukać odpowiedzi na pytanie, gdzie system widzi niedobór świadczeń, a gdzie ich koncentracja może być uznana za bardziej racjonalną.
Innymi słowy: zanim zaczniemy zgadywać, z kim kiedyś mógłby współpracować albo konsolidować się szpital trzebnicki, trzeba najpierw sprawdzić, jakie zadanie w regionalnej sieci ochrony zdrowia ma pełnić północna część aglomeracji wrocławskiej.
Najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy zamkną szpital?”
Takie pytanie jest efektowne, ale źle opisuje proces.
Znacznie ważniejsze brzmi:
co pozostanie w lokalnym szpitalu, a po jakie leczenie będziemy musieli jechać gdzie indziej?
To właśnie może być najważniejszym skutkiem reformy dla mieszkańca.
Trzebnica może nadal mieć szpital.
Żmigród może nadal mieć swój ośrodek.
Powiat nadal może być właścicielem placówki.
Jednocześnie zakres wykonywanych świadczeń może wyglądać za kilka lat zupełnie inaczej niż dzisiaj.
I dlatego już teraz warto wiedzieć, czy Zarząd Powiatu Trzebnickiego i kierownictwo szpitala analizują możliwość skorzystania z programu konsolidacyjnego, przeprofilowania poszczególnych oddziałów albo współpracy z innymi placówkami.
Zwłaszcza że nabór do programu wartego ponad miliard złotych kończy się 30 października.
Pacjent powinien poznać plan przed zmianą szyldu
Konsolidacja szpitali może mieć sens.
Nie ma powodu utrzymywać dwóch identycznych struktur tylko dlatego, że oddziela je granica powiatu.
Nie ma też sensu finansować oddziału, który istnieje formalnie, ale nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej kadry i odpowiedniej liczby procedur.
Jednocześnie reforma nie może sprowadzić pacjenta do pozycji w arkuszu kalkulacyjnym.
Jeżeli w lokalnym szpitalu znika określone świadczenie, mieszkańcy powinni wcześniej wiedzieć:
gdzie będą leczeni, jak szybko tam dotrą, kto zabezpieczy transport i co w zamian zostanie rozwinięte na miejscu.
W przeciwnym razie słowo „konsolidacja” może stać się wygodnym administracyjnym określeniem procesu, który pacjent odczuje po prostu jako utratę dostępu do leczenia.
Olgierd Geblewicz ma więc rację przynajmniej w jednym: konsolidacja nie może być celem samym w sobie.
Powinna służyć pacjentowi.
Tyle że właśnie dlatego pacjent powinien wiedzieć o niej dużo wcześniej niż w dniu, w którym okaże się, że jego oddział jest już w innym mieście.
A w Trzebnicy warto zadać te pytania już dziś. Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy









