Przejdź do treści
poniedziałek 5 października 2026
04/10/2026Autor

Zakazać telefonu w szkole jest stosunkowo łatwo. Znacznie trudniej stworzyć system, który zadziała wtedy, gdy dziecko stanie się ofiarą cyberprzemocy, groomingu, szantażu intymnymi materiałami albo algorytmu podsuwającego mu szkodliwe treści. Najwyższa Izba Kontroli wraz z przedstawicielami rządu, wymiaru sprawiedliwości, oświaty i organizacji społecznych sformułowała wspólny kierunek: bezpieczeństwa najmłodszych nie można dłużej pozostawiać ich własnej ostrożności. Problem w tym, że Polska od lat wie, co należy zrobić, ale znacznie gorzej radzi sobie z przechodzeniem od rekomendacji do działającego systemu.

Internet przez lata traktowaliśmy jak kolejne miejsce, do którego trzeba nauczyć dziecko „bezpiecznie wchodzić”. Nie podawaj hasła, nie rozmawiaj z obcymi, uważaj, co publikujesz.

Tyle że współczesny internet nie jest już tylko miejscem.

Reklama

To środowisko zaprojektowane tak, aby zatrzymywać uwagę, podsuwać kolejne treści, zachęcać do reakcji, kontaktów, publikowania i pozostawania online możliwie długo. Dziecko mierzy się więc nie tylko z innymi użytkownikami, ale również z mechanizmami stworzonymi przez potężne platformy technologiczne.

I właśnie dlatego zmienia się sposób myślenia o bezpieczeństwie dzieci w sieci.

Nie wystarczy powiedzieć dwunastolatkowi: „uważaj”.

Problem znamy od lat

Kontrola Najwyższej Izby Kontroli pokazała rzecz mało wygodną dla państwa: problem dostępu dzieci do szkodliwych, niebezpiecznych i pornograficznych treści był znany od dawna, ale przez lata nie powstał skuteczny i spójny mechanizm ochrony.

Skala zjawiska jest przy tym daleka od marginalnej.

Według danych przywoływanych przez NIK około 32 proc. małoletnich miało kontakt ze stronami lub aplikacjami zawierającymi treści erotyczne.

Jednocześnie z mediów społecznościowych korzysta około 60 proc. dzieci poniżej 15. roku życia.

Jeszcze bardziej wymowna jest struktura czasu spędzanego w internecie. Dzieci najwięcej czasu poświęcają treściom rozrywkowym, natomiast na zasoby edukacyjne przypada zaledwie około 1 proc. czasu online.

Sama obecność dziecka w internecie nie jest oczywiście zagrożeniem. Problem zaczyna się wtedy, gdy środowisko cyfrowe potrafi szybciej rozpoznawać zainteresowania, emocje i słabości młodego użytkownika niż dorośli znajdujący się wokół niego.

NIK: nie można zrzucać odpowiedzialności na dziecko

W lipcu 2026 roku, po panelu eksperckim z udziałem przedstawicieli administracji, wymiaru sprawiedliwości, policji, oświaty, nauki i organizacji społecznych, powstał wspólny zestaw rekomendacji.

Najważniejsza zmiana jest fundamentalna.

Bezpieczeństwo w sieci przestaje być przedstawiane wyłącznie jako kwestia odpowiedzialnego zachowania młodego użytkownika.

Odpowiedzialność mają ponosić również państwo, szkoły, rodzice, organizacje społeczne i dostawcy usług cyfrowych.

To istotne, ponieważ przez lata profilaktyka bardzo często wyglądała odwrotnie: dziecko miało nauczyć się rozpoznawać zagrożenie, zablokować sprawcę, zgłosić treść, nie klikać, nie odpowiadać i jeszcze wiedzieć, do kogo zwrócić się po pomoc.

Tymczasem dziecko znajdujące się pod presją, zastraszane, ośmieszane albo szantażowane nie zawsze zachowuje się racjonalnie.

System ochrony nie może zakładać, że będzie.

Rodzic ma być przewodnikiem, a nie strażnikiem telefonu

Eksperci wyraźnie wskazują również na zmianę roli rodziców.

Nie chodzi wyłącznie o instalowanie filtrów, blokowanie aplikacji czy kontrolowanie historii przeglądarki.

Rodzic ma być „cyfrowym przewodnikiem”.

Oznacza to przede wszystkim stworzenie takiej relacji, w której dziecko może powiedzieć:

„Coś się stało”.

Bez obawy, że pierwszą reakcją dorosłego będzie odebranie telefonu, zakaz korzystania z internetu albo oskarżenie: „A po co tam wchodziłeś?”.

To bardzo praktyczna różnica.

Jeżeli konsekwencją zgłoszenia problemu ma być kara, dziecko może następnym razem problem ukryć.

A w przypadku groomingu, cyberprzemocy, seksualnego szantażu czy rozpowszechnienia kompromitującego nagrania czas reakcji ma znaczenie.

Szkoła musi wiedzieć, co robić w pierwszej godzinie

Jednym z najważniejszych postulatów ekspertów jest stworzenie jasnych i jednolitych procedur reagowania.

Bo cyberprzemoc nie kończy się na ekranie telefonu.

Konflikt rozpoczęty wieczorem w komunikatorze może następnego dnia wejść wraz z uczniami do klasy.

Podobnie może być z rozpowszechnionym zdjęciem, nagraniem, fałszywym profilem, deepfakiem albo intymnym materiałem przesłanym wcześniej jednej osobie.

W takich przypadkach szkoła nie powinna zastanawiać się od zera:

kto ma zabezpieczyć materiał, kto rozmawia z dzieckiem, kiedy zawiadamia się rodziców, kiedy policję, kiedy dyrektora, pedagoga lub psychologa i co zrobić, aby materiał nie był dalej rozpowszechniany.

Procedura nie może również prowadzić do wtórnego krzywdzenia ofiary poprzez wielokrotne opowiadanie tej samej historii kolejnym dorosłym.

I właśnie tu pojawia się szczególna odpowiedzialność samorządów.

To one są organami prowadzącymi ogromną część polskich szkół. Bezpieczeństwo cyfrowe nie jest więc jedynie sprawą Ministerstwa Cyfryzacji, policji albo rodziców.

Gmina czy powiat mogą sprawdzić, czy ich szkoły posiadają realne procedury reagowania, czy kadra je zna i czy w sytuacji kryzysowej wiadomo dokładnie, kto ma zrobić pierwszy krok.

Dokument schowany w segregatorze nie jest jeszcze systemem bezpieczeństwa.

Pornografia: prawo nadal goni internet

Szczególne miejsce w rekomendacjach zajmuje ograniczenie dzieciom dostępu do pornografii.

Rząd przyjął projekt ustawy przewidujący obowiązek skutecznej weryfikacji wieku użytkowników serwisów pornograficznych. Samo kliknięcie przycisku „mam 18 lat” nie ma być wystarczające.

Projekt zakłada również możliwość blokowania stron, które nie zastosują wymaganych zabezpieczeń, oraz sankcje wobec podmiotów nieprzestrzegających nowych obowiązków.

Ale właśnie tutaj dobrze widać różnicę między zapowiedzią a obowiązującym systemem.

Projekt został skierowany do Sejmu w czerwcu 2026 roku i przeszedł pierwsze czytanie w komisjach. Według stanu procesu legislacyjnego dostępnego pod koniec września nadal pozostawał na etapie prac parlamentarnych.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

A więc problem jest znany. Rozwiązanie zostało zaprojektowane. Dzieci jednak nie otrzymują ochrony dlatego, że istnieje projekt ustawy.

Ochrona zaczyna się dopiero wtedy, gdy przepisy obowiązują i można je wyegzekwować.

Telefony w podstawówkach to dopiero początek

Jedna z bardziej widocznych zmian już nastąpiła.

Od 1 września 2026 roku w szkołach podstawowych obowiązują nowe zasady ograniczające korzystanie przez uczniów z telefonów komórkowych i podobnych urządzeń.

To rozwiązanie może ograniczyć część problemów związanych z rozproszeniem uwagi, nagrywaniem innych uczniów czy korzystaniem z mediów społecznościowych podczas pobytu w szkole.

Nie należy jednak mylić ograniczenia telefonu z rozwiązaniem problemu bezpieczeństwa cyfrowego.

Cyberprzemoc może rozpocząć się pięć minut po wyjściu ze szkoły.

Grooming odbywa się poza szkolnym Wi-Fi.

Szkodliwe treści nie respektują planu lekcji.

Zakaz telefonu może być narzędziem higieny cyfrowej. Nie zastąpi jednak edukacji, procedur reagowania ani odpowiedzialności platform.

Jest jeszcze jeden problem: państwo nie wiedziało, czy jego własne działania działają

To jeden z najbardziej interesujących wniosków wcześniejszej kontroli NIK.

Państwo finansowało programy edukacyjne, materiały dotyczące cyberbezpieczeństwa, projekty NASK, scenariusze lekcji i kampanie informacyjne.

Tyle że Ministerstwo Cyfryzacji nie posiadało pełnej wiedzy pozwalającej odpowiedzieć na podstawowe pytanie:

czy te działania rzeczywiście poprawiły bezpieczeństwo dzieci?

Nie analizowano systematycznie ich wpływu m.in. na poziom świadomości młodych użytkowników, skalę kontaktu z pornografią, liczbę zgłaszanych nadużyć czy sposób korzystania z internetu.

To poważny problem.

Bo można wydać miliony złotych na plakaty, kampanie, lekcje i materiały edukacyjne, a następnie pochwalić się liczbą przeprowadzonych działań.

Liczba działań nie jest jednak tym samym co ich skuteczność.

Jeżeli po kampanii nie sprawdzamy, czy coś się zmieniło, mierzymy aktywność instytucji, a nie bezpieczeństwo dzieci.

Platformy również muszą ponosić odpowiedzialność

Być może najważniejszym elementem nowego podejścia jest jednak odejście od przekonania, że zagrożenia w internecie są wyłącznie efektem niewłaściwego zachowania użytkowników.

To same platformy projektują mechanizmy rekomendacji treści, powiadomień, nieskończonego przewijania, automatycznego odtwarzania i innych funkcji zwiększających zaangażowanie.

Jeżeli system jest projektowany w taki sposób, aby użytkownik korzystał z niego jak najdłużej, nie można całej odpowiedzialności za skutki przerzucić na trzynastolatka.

Dlatego eksperci mówią o bezpiecznym projektowaniu usług, skuteczniejszej moderacji, ograniczeniu mechanizmów uzależniających oraz większej przejrzystości algorytmów i działań platform wobec dzieci.

To jest istotna zmiana filozofii.

Nie tylko uczymy dziecko bezpiecznie przechodzić przez niebezpieczną ulicę.

Pytamy również, dlaczego ktoś zaprojektował tę ulicę w taki sposób.

Potrzebna jest też alternatywa dla ekranu

W rekomendacjach pojawia się jeszcze jeden element, który łatwo przeoczyć.

Eksperci wskazują, że profilaktyka nie może sprowadzać się do mówienia młodym ludziom, czego mają robić mniej.

Trzeba również stworzyć coś, czego mogą robić więcej.

Sport, zajęcia społeczne, kultura, koła zainteresowań, kontakt z rówieśnikami, przestrzeń publiczna i oferta spędzania czasu poza ekranem stają się częścią polityki bezpieczeństwa cyfrowego.

To również zadanie samorządów.

Jeżeli młody człowiek słyszy jedynie „odłóż telefon”, naturalnym pytaniem pozostaje:

„I co dalej?”.

Najtrudniejsze dopiero przed nami

Polska zaczęła zmieniać przepisy.

Ograniczono korzystanie z telefonów w szkołach podstawowych. Trwają prace dotyczące weryfikacji wieku przy dostępie do pornografii. Przygotowano rozwiązania związane z wdrożeniem europejskiego Aktu o usługach cyfrowych i skuteczniejszym reagowaniem na nielegalne treści.

To ważne kroki.

Ale raport NIK przypomina, że największym problemem przez ostatnie lata nie był brak świadomości.

Państwo wiedziało, że istnieje problem.

Powstawały strategie, projekty ustaw, programy edukacyjne, rekomendacje i kampanie.

Brakowało natomiast spójnego systemu oraz mierzenia jego skuteczności.

Dlatego prawdziwym testem nie będzie liczba kolejnych dokumentów dotyczących bezpieczeństwa dzieci.

Test przyjdzie wtedy, gdy nastolatka zostanie zastraszona w komunikatorze, uczeń zobaczy spreparowane przez AI kompromitujące nagranie ze swoim wizerunkiem albo dziecko zacznie być manipulowane przez dorosłego poznanego w sieci.

Jeżeli rodzic, szkoła, samorząd, policja i platforma będą wiedzieli, co zrobić — i zrobią to szybko — będziemy mogli mówić o systemie.

Do tego momentu mamy przede wszystkim jego projekt.

Bo odpowiedzialności za cyfrowy świat nie można pozostawić dziecku tylko dlatego, że to ono trzyma telefon w ręku.

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *