Tucker Carlson powiedział, że Hitler nie wkroczył do Polski „tak po prostu”, a argument niemieckiego dyktatora dotyczący ziem utraconych po traktacie wersalskim „był prawdziwy”. Polska placówka dyplomatyczna w Waszyngtonie zażądała wycofania tych słów i przeprosin. Można jednak zrobić coś więcej niż protestować. Można sprawdzić, co o powodach wojny mówiły dokumenty samych Niemców.
I właśnie wtedy narracja Carlsona zaczyna się rozpadać.
W rozmowie z byłym brytyjskim ministrem Jacobem Rees-Moggiem amerykański komentator Tucker Carlson zakwestionował sens udziału Wielkiej Brytanii w II wojnie światowej. Dyskusja dotyczyła początkowo współczesnych konfliktów i polityki bezpieczeństwa, ale zeszła na rok 1939.
Carlson powiedział, że nigdy nie rozumiał, po co właściwie Wielka Brytania walczyła w II wojnie światowej.
Później przeszedł do Polski.
Według niego Hitler argumentował, że około 15 proc. terytorium Polski stanowiły ziemie należące wcześniej do Niemiec, które po I wojnie światowej zostały przekazane Polsce. Carlson dodał, że ten argument był prawdziwy.
Następnie stwierdził, że przekonanie, iż Hitler po prostu wkroczył do Polski bez przyczyny, jest kłamstwem.
W jednej rzeczy Carlson ma rację: historia roku 1939 nie rozpoczęła się rankiem 1 września.
Problem polega na tym, że historię można również rozpocząć w takim miejscu, aby doprowadzić czytelnika do bardzo wygodnego, ale fałszywego wniosku.
Gdzie zaczyna się historia?
Po I wojnie światowej odrodzona Polska otrzymała część ziem znajdujących się wcześniej w granicach Cesarstwa Niemieckiego. Według dokumentacji amerykańskiego Departamentu Stanu było to około 17,8 tys. mil kwadratowych, czyli mniej więcej 46 tys. kilometrów kwadratowych.
To fakt.
Ale nie jest prawdą sugestia, że były to po prostu odwieczne ziemie niemieckie przekazane nagle nowemu państwu polskiemu.
Znaczna część Wielkopolski i Pomorza wcześniej należała do Rzeczypospolitej i została przejęta przez Prusy podczas rozbiorów Polski.
I właśnie tutaj zaczyna się problem z narracją Carlsona.
Jeżeli historię rozpoczniemy około 1914 roku, zobaczymy ziemie Cesarstwa Niemieckiego przekazywane Polsce.
Jeżeli cofniemy się wcześniej, zobaczymy ziemie polskie przejęte przez Prusy podczas rozbiorów.
Mapa pozostaje ta sama.
Zmienia się tylko data, od której zaczynamy ją oglądać.
To jedna z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych metod manipulowania historią: nie trzeba zmieniać faktów. Wystarczy odpowiednio wybrać pierwszy z nich.
Czy zatem Niemcy miały pretensje do Polski? Oczywiście
Traktat wersalski był w Niemczech źródłem ogromnej frustracji.
Zmiana granic, reparacje, ograniczenia militarne oraz przekonanie o niesprawiedliwym potraktowaniu państwa niemieckiego stały się jednym z paliw politycznych wykorzystywanych przez narodowych socjalistów.
Hitler używał tych emocji.
Domagał się m.in. zmiany statusu Gdańska i eksterytorialnego połączenia Niemiec z Prusami Wschodnimi przez polskie terytorium.
Można więc powiedzieć, że istniał niemiecko-polski spór.
Ale istnienie sporu nie oznacza jeszcze, że spór był rzeczywistą przyczyną wojny.
I tutaj dochodzimy do dokumentu, który zasadniczo zmienia obraz przedstawiony przez Carlsona.
„Gdańsk w ogóle nie jest przedmiotem sporu”
23 maja 1939 roku Adolf Hitler spotkał się z najwyższymi dowódcami wojskowymi III Rzeszy.
Zachowały się notatki z tego spotkania. Dokument został później przedstawiony podczas procesu norymberskiego.
Hitler mówił w nim wprost, że Gdańsk nie jest właściwym przedmiotem konfliktu.
Istotą miało być rozszerzenie niemieckiej „przestrzeni życiowej” na Wschodzie, zabezpieczenie dostaw żywności i rozwiązanie problemu strategicznego w Europie Wschodniej.
To zdanie jest kluczowe.
Bo jeśli osiemdziesiąt siedem lat później ktoś próbuje tłumaczyć agresję na Polskę przede wszystkim Gdańskiem, „korytarzem” i skutkami traktatu wersalskiego, warto zajrzeć do dokumentów człowieka, którego motywacje próbuje rekonstruować.
A Hitler sam mówił swoim generałom:
Gdańsk nie jest istotą problemu.
Polska nie była pierwszym państwem
Narracja o naprawianiu krzywd wersalskich ma jeszcze jedną poważną dziurę.
Czechosłowację.
We wrześniu 1938 roku Hitler otrzymał Sudety w wyniku układu monachijskiego. Przedstawiał swoje żądania jako sprawę ludności niemieckiej znajdującej się poza granicami Rzeszy.
Kilka miesięcy później, w marcu 1939 roku, niemieckie wojska wkroczyły jednak do Czech.
Powstał Protektorat Czech i Moraw.
To już nie było „odzyskiwanie niemieckich ziem”.
To była ekspansja.
Dla Londynu i Paryża stało się coraz bardziej oczywiste, że kolejne ustępstwa nie kończą niemieckich żądań, lecz przesuwają tylko ich granicę.
W takim kontekście należy oceniać brytyjską decyzję o udzieleniu Polsce gwarancji.
Carlson przedstawia udział Wielkiej Brytanii w wojnie niemal tak, jakby Londyn bez istotnego powodu wmieszał się w lokalny spór Niemiec z Polską.
Tyle że Wielka Brytania nie obserwowała pojedynczego konfliktu granicznego.
Obserwowała kolejne etapy niemieckiej ekspansji.
Wielka Brytania miała z Polską zobowiązanie
25 sierpnia 1939 roku Wielka Brytania i Polska podpisały układ o wzajemnej pomocy.
Nie był więc prawdziwy obraz, według którego Wielka Brytania „nie miała z tym nic wspólnego”.
Miała formalne zobowiązanie wobec Polski.
Co więcej, Hitler wiedział o tym zobowiązaniu.
Materiały wykorzystane później w Norymberdze pokazują, że brytyjskie gwarancje miały znaczenie w niemieckich kalkulacjach. Pierwotnie planowana data agresji została nawet przesunięta, gdy okazało się, że Wielka Brytania może rzeczywiście przystąpić do wojny.
Nie mamy więc sytuacji, w której Londyn niespodziewanie wkroczył do cudzego konfliktu.
Mamy państwo, które wcześniej publicznie zobowiązało się pomóc Polsce w razie agresji.
Jeszcze wcześniej Hitler wypowiedział porozumienie z Polską
W 1934 roku Polska i Niemcy podpisały deklarację o niestosowaniu przemocy.
Jej założenie było proste: konflikty pomiędzy oboma państwami miały być rozwiązywane pokojowo.
28 kwietnia 1939 roku Hitler jednostronnie uznał deklarację za nieobowiązującą.
To także ważny element układanki.
Jeżeli spór dotyczył przede wszystkim Gdańska, korytarza czy granic, istniał mechanizm politycznego rozwiązywania tych problemów.
To Niemcy z niego wyszły.
A później pojawił się Stalin
23 sierpnia 1939 roku III Rzesza i Związek Sowiecki podpisały pakt Ribbentrop–Mołotow.
Do oficjalnego porozumienia dołączono tajny protokół określający strefy wpływów obu państw w Europie Wschodniej.
W praktyce oznaczało to zgodę na rozbiór Polski.
1 września Niemcy zaatakowały od zachodu.
17 września Armia Czerwona wkroczyła od wschodu.
I tutaj pojawia się kolejny problem z próbą przedstawienia wojny jako skutku niemieckiej frustracji granicami ustalonymi po Wersalu.
Jeżeli celem było wyłącznie odzyskanie dawnych ziem niemieckich, dlaczego Niemcy zawierały tajne porozumienie dotyczące podziału całego państwa polskiego z ZSRR?
Traktat wersalski tego nie wyjaśnia.
Plan zniszczenia Polski jako samodzielnego państwa — już tak.
Jest jeszcze Gliwice
31 sierpnia 1939 roku Niemcy przeprowadziły prowokację gliwicką.
Atak na niemiecką radiostację miał wyglądać jak polska agresja.
Był częścią szerszej operacji mającej stworzyć propagandowe uzasadnienie niemieckiego ataku.
Następnego dnia Wehrmacht wkroczył do Polski.
I tu warto postawić bardzo proste pytanie.
Jeżeli Hitler posiadał tak oczywiste i uzasadnione powody rozpoczęcia wojny, jak sugeruje Carlson, dlaczego jego aparat bezpieczeństwa potrzebował fałszywego polskiego ataku?
Państwo, które musi sfingować napaść przeciwnika, samo pokazuje, jak słabe jest jego oficjalne uzasadnienie wojny.
Carlson zetknął się już z taką wersją historii
Dzisiejsza wypowiedź amerykańskiego publicysty ma jeszcze jeden kontekst.
W lutym 2024 roku Carlson przeprowadził wywiad z Władimirem Putinem.
Rosyjski prezydent również przedstawił historię początku II wojny światowej w sposób przerzucający część odpowiedzialności na Polskę. Twierdził m.in., że Polska nie chciała spełnić niemieckich żądań i w konsekwencji Hitler rozpoczął wojnę.
Polskie MSZ odpowiedziało wówczas dokumentem zatytułowanym „10 kłamstw prezydenta Władimira Putina nt. Polski i Ukrainy, których nie prostował Tucker Carlson”.
Dwa lata później problem jest już inny.
Carlson nie tylko słucha podobnej argumentacji swojego rozmówcy.
Sam ją przedstawia.
Nie oznacza to automatycznie, że jego intencją jest powtarzanie rosyjskiej propagandy. Intencji dziennikarza nie możemy wyczytać z nagrania.
Możemy natomiast porównać argumenty.
A podobieństwo jest uderzające: Polska nie zgodziła się na niemieckie żądania, Niemcy miały swoje racje, wojna nie pojawiła się „bez powodu”.
Nie wystarczy powiedzieć: „to były niemieckie ziemie”
Największym błędem wypowiedzi Carlsona nie jest nawet jedna liczba.
Problemem jest konstrukcja całej opowieści.
Najpierw wybiera się rzeczywisty fakt: część terytoriów należących przed I wojną światową do Niemiec znalazła się w granicach Polski.
Potem pomija się wcześniejsze rozbiory.
Następnie niemieckie roszczenia przedstawia się jako wyjaśnienie agresji.
Później znika zajęcie Czech.
Znosi się z pola widzenia deklarację Hitlera, że Gdańsk nie jest właściwym przedmiotem konfliktu.
Pomija się plan wojny z Polską.
Pomija się pakt z ZSRR.
Na końcu znika prowokacja gliwicka.
I wtedy rzeczywiście może powstać obraz:
Niemcy straciły ziemie, Polska nie chciała ich oddać, Hitler wkroczył do Polski, a Wielka Brytania niepotrzebnie wywołała europejską wojnę.
Każdy z pojedynczych elementów tej historii może brzmieć znajomo.
Dopiero ich zestawienie pokazuje, jak wiele trzeba było usunąć, żeby ta opowieść stała się przekonująca.
Polska odpowiedziała ostro
Po publikacji rozmowy Bogdan Klich, chargé d’affaires kierujący Ambasadą RP w Waszyngtonie, skierował do Carlsona otwarty list.
Zażądał publicznego wycofania wypowiedzi i przeprosin.
Nazwać Carlsona „apologetą Adolfa Hitlera” to bardzo mocne określenie.
Ale warto jednocześnie doprecyzować charakter polskiej reakcji.
Nie był to protest dyplomatyczny skierowany przeciwko władzom Stanów Zjednoczonych.
Carlson jest prywatnym komentatorem.
Było to wystąpienie polskiego przedstawiciela dyplomatycznego bezpośrednio wobec autora wypowiedzi.
I nie tylko Polska zakwestionowała jego interpretację.
Sam Jacob Rees-Mogg podczas rozmowy kilkukrotnie sprzeciwiał się Carlsonowi. Później publicznie oceniał jego argumentację jeszcze ostrzej.
Krytyka pojawiła się również wśród amerykańskich konserwatystów oraz ze strony ambasadora USA w Polsce Thomasa Rose’a.
To ważne, bo odbiera tej historii prosty polityczny podział.
Nie jest to spór „Polska kontra amerykańska prawica”.
To spór o fakty.
Dlaczego ta historia jest ważna właśnie teraz?
Można uznać wypowiedź Carlsona za kolejną internetową prowokację.
Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że po 87 latach od wybuchu wojny nikogo nie powinno już dziwić, że historia jest reinterpretowana.
Tyle że właśnie tutaj kryje się większy problem.
Fałszowanie historii bardzo rzadko polega dziś na twierdzeniu, że jakieś wydarzenie w ogóle nie miało miejsca.
Znacznie skuteczniejsze jest coś innego.
Wybiera się kilka prawdziwych faktów.
Usuwa niewygodną chronologię.
Zmienia proporcje.
A następnie buduje z tego zupełnie nowy związek przyczynowo-skutkowy.
Tak powstaje narracja, której każdy element brzmi znajomo, a cały obraz okazuje się fałszywy.
Właśnie dlatego historia II wojny światowej nadal wymaga obrony nie tylko przed kłamstwami.
Czasami trzeba jej bronić przed półprawdami.
Bo półprawda ma nad zwykłym kłamstwem jedną ogromną przewagę.
Można ją udowodnić fragmentem dokumentu.
Trzeba tylko pilnować, żeby czytelnik nigdy nie zobaczył następnej strony. Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy




