Milionowe przychody, prywatna opieka medyczna, luksusowe życie i przekonanie, że skoro ktoś sam płaci za lekarza, państwo niewiele mu daje. Wypowiedź influencerki Andziaks wywołała burzę, po której przyszły przeprosiny. Ale problem jest znacznie poważniejszy niż niefortunne słowa internetowej gwiazdy. Dotyczy sposobu myślenia o podatkach, wspólnym majątku, odpowiedzialności społecznej i sukcesie finansowym, którego nie da się osiągnąć w całkowitym oderwaniu od państwa. Bo nawet milioner, który leczy się prywatnie, nadal jeździ publicznymi drogami, korzysta z pracy ludzi wykształconych za publiczne pieniądze i prowadzi biznes chroniony przez państwowe instytucje.
Luksusowy samochód i pytanie o podatki
Angelika Trochonowicz, znana w internecie jako Andziaks, należy do najbardziej rozpoznawalnych polskich influencerek. Jej działalność obejmuje publikowanie filmów pokazujących życie rodzinne, podróże, zakupy, luksusowe przedmioty oraz przedsięwzięcia biznesowe.
W październiku 2026 roku, podczas nagrania z mężem Łukaszem „Luką” Trochonowiczem, poruszyła temat podatków. Rozmowa odbywała się w samochodzie. Influencerka przyznała, że rozlicza się w Polsce, ale wolałaby płacić podatki za granicą, ponieważ uważa polskie obciążenia za bardzo wysokie.
Swoje stanowisko uzasadniała między innymi tym, że korzysta z prywatnej opieki medycznej.
W opublikowanym nagraniu powiedziała:
„Bo ja na przykład nie korzystam z żadnych tych wszystkich, nie wiem, usług, z kasy chorych, wszędzie chodzę prywatnie, za wszystko płacę i chciałabym płacić mniejsze podatki, bo płacę strasznie duże”.
To nie jest jedynie opowieść o podatkach. To sposób patrzenia na państwo przez pryzmat własnego portfela.
Jeżeli sam płacę za wizytę u lekarza, to dlaczego mam finansować publiczną ochronę zdrowia? Jeżeli moje dziecko uczęszcza do prywatnej szkoły, to dlaczego mam dokładać się do edukacji innych dzieci? Jeżeli stać mnie na prywatną ochronę, po co mam utrzymywać policję?
Przyjęcie takiej logiki prowadziłoby do rozmontowania podstaw solidarności społecznej. A bez niej współczesne państwo nie mogłoby funkcjonować.
W tym miejscu trzeba postawić fundamentalne pytanie: czy obywatel płaci podatki wyłącznie za to, co sam bezpośrednio otrzymuje, czy również za warunki, w których może żyć, pracować, zarabiać i pomnażać majątek?
Państwo jest wszędzie. Nawet kiedy go nie widzimy
Zacznijmy od rzeczy najprostszej.
Ktoś jedzie luksusowym samochodem do prywatnej kliniki. Płaci za wizytę kilkaset albo kilka tysięcy złotych. W jego przekonaniu jest niezależny od państwowej służby zdrowia.
Tymczasem do kliniki dociera drogą wybudowaną lub utrzymywaną ze środków publicznych.
Przejeżdża przez skrzyżowania z sygnalizacją świetlną. Korzysta z infrastruktury drogowej, która wymaga projektowania, nadzoru, remontów i utrzymania.
Jego bezpieczeństwa strzegą przepisy ruchu drogowego, policja oraz służby ratunkowe.
W prywatnym gabinecie przyjmuje go lekarz, którego edukacja mogła być w znacznej części finansowana ze środków publicznych. Korzysta z wiedzy, infrastruktury naukowej, badań i systemu kształcenia medycznego, do którego dokładało się całe społeczeństwo.
A jeżeli dojdzie do poważnego wypadku, masowego zagrożenia albo sytuacji wymagającej szczególnie kosztownego leczenia, publiczny system ratownictwa i ochrony zdrowia pozostaje ważną częścią krajowego bezpieczeństwa.
Prywatna opieka zdrowotna nie istnieje przecież w próżni.
Podobnie jest z edukacją.
Nie trzeba obecnie uczęszczać do publicznej szkoły, aby korzystać z rezultatów finansowanego publicznie kształcenia. Przedsiębiorca zatrudnia księgowych, programistów, prawników, kierowców i specjalistów. Wielu z nich zdobywało wiedzę w publicznych szkołach i uczelniach.
Nawet jeśli sam właściciel firmy nigdy nie ukończył państwowej uczelni, jego biznes korzysta z kompetencji ludzi, których wykształcenie współfinansowali podatnicy.
I właśnie tutaj ujawnia się zasadniczy błąd w rozumowaniu: korzystanie z państwa nie sprowadza się do wizyty w urzędzie ani okazania dowodu ubezpieczenia w przychodni.
Przedsiębiorca korzysta z państwa również wtedy, gdy zarabia
Wyobraźmy sobie sklep internetowy sprzedający świece, kosmetyki albo odzież.
Klient składa zamówienie. System przyjmuje płatność. Magazyn przygotowuje przesyłkę. Kurier dostarcza produkt.
Właściciel biznesu może uznać, że to wszystko jest efektem jego przedsiębiorczości, talentu marketingowego i prywatnych inwestycji.
I częściowo będzie miał rację.
Jednak cały ten mechanizm funkcjonuje dzięki otoczeniu, którego pojedynczy przedsiębiorca nie stworzył.
Firma korzysta z systemu prawnego pozwalającego zawierać umowy i dochodzić należności. Z rejestrów przedsiębiorców, ochrony własności, infrastruktury transportowej i energetycznej, systemów bankowych oraz regulacji zapewniających bezpieczeństwo transakcji.
Jeżeli kontrahent nie zapłaci, przedsiębiorca może skierować sprawę do sądu. Jeżeli ktoś ukradnie towar, może zawiadomić policję. Jeżeli konkurent bezprawnie wykorzysta jego znak towarowy, może dochodzić ochrony prawnej.
Żadne z tych rozwiązań nie powstaje wyłącznie z prywatnych składek właścicieli sklepów internetowych.
To wspólna infrastruktura prawna i instytucjonalna, finansowana w znacznym stopniu z pieniędzy publicznych.
Co więcej, sama możliwość budowania dużego biznesu zależy od istnienia społeczeństwa, którego członkowie mają dochody, wykształcenie, dostęp do infrastruktury i możliwość uczestniczenia w gospodarce.
Milionowe przychody nie biorą się z samej popularności.
Ktoś musi mieć za co kupować. Ktoś musi dostarczyć towar. Ktoś musi stworzyć technologię, obsłużyć płatność i wyegzekwować prawo.
Prywatny sukces ma zatem także publiczne fundamenty.
Nie oznacza to, że państwo jest autorem każdego sukcesu przedsiębiorcy. Oznacza natomiast, że opowieść o człowieku, który dorobił się całkowicie sam i niczego nie zawdzięcza otoczeniu, jest ekonomicznym uproszczeniem.
Nie masz dzieci? I tak płacisz na szkoły. Nie chorujesz? I tak finansujesz szpitale
Wypowiedź Andziaks dotyka zasadniczej różnicy pomiędzy podatkiem a zakupem usługi.
Kupując usługę, płacimy określoną cenę w zamian za konkretne świadczenie.
Podatki działają inaczej.
Nie są indywidualnym abonamentem, którego wysokość można pomniejszyć o niewykorzystane świadczenia.
Osoba bezdzietna uczestniczy w finansowaniu edukacji.
Zdrowy człowiek współfinansuje ochronę zdrowia.
Ktoś, kto nigdy nie potrzebował pomocy straży pożarnej, dokłada się do utrzymania tej formacji.
Obywatel, który nie prowadzi procesu sądowego, finansuje również wymiar sprawiedliwości.
Dlaczego?
Ponieważ państwo nie funkcjonuje jako zbiór prywatnych polis, z których każdy wybiera wyłącznie te usługi, których akurat potrzebuje.
Wspólne finansowanie umożliwia istnienie instytucji dostępnych wtedy, gdy stają się niezbędne.
Równocześnie wydatki publiczne tworzą korzyści wykraczające poza bezpośredniego odbiorcę.
Dziecko wykształcone w publicznej szkole może w przyszłości zostać lekarzem, inżynierem lub przedsiębiorcą. Leczenie chorób zakaźnych ogranicza zagrożenia dla całego społeczeństwa. Sprawny system sądowniczy zwiększa bezpieczeństwo obrotu gospodarczego.
To właśnie ekonomiści określają mianem korzyści zewnętrznych i dóbr publicznych, choć poszczególne usługi państwa mają różny charakter ekonomiczny.
Społeczeństwo nie jest prywatną firmą, w której każdy otrzymuje fakturę wyłącznie za własne potrzeby.
A co z tymi, którzy zarabiają mniej?
Wypowiedź influencerki wywołała szczególnie silne reakcje również dlatego, że odniosła się do obciążeń podatkowych osób mniej zamożnych.
W trakcie rozmowy jej mąż zwrócił uwagę, że ludzie o niższych dochodach muszą przede wszystkim zapewnić sobie środki na codzienne życie.
To ważny element, który umyka w internetowej awanturze.
Człowiek zarabiający 5 tys. zł miesięcznie i osoba osiągająca 100 tys. zł miesięcznie funkcjonują w zupełnie innych warunkach ekonomicznych.
Oczywiście osoba uzyskująca wyższy dochód może zapłacić nominalnie znacznie większy podatek.
Jednak z perspektywy gospodarstwa domowego znaczenie ma nie tylko liczba złotych przekazanych państwu, lecz także dochód pozostający na podstawowe potrzeby.
Dla rodziny o niskich dochodach dodatkowe kilkaset złotych obciążenia może oznaczać rezygnację z rehabilitacji, zajęć dziecka, zakupu opału albo odkładania oszczędności.
Dla osoby zamożnej znacznie większa kwota może oznaczać jedynie ograniczenie nadwyżki przeznaczanej na inwestycje czy konsumpcję luksusową.
Nie oznacza to, że wysokie podatki są zawsze słuszne albo że osoba bogata nie ma prawa krytykować systemu.
Oznacza tylko tyle, że nominalna wysokość podatku nie mówi wszystkiego o jego ekonomicznym ciężarze.
Dlatego systemy podatkowe ocenia się również pod względem progresji, obciążenia konsumpcji, relacji danin do dochodu rozporządzalnego oraz wpływu na nierówności społeczne.
Sprowadzanie tej debaty do stwierdzenia, kto oddaje państwu więcej pieniędzy, jest niewystarczające.
A jednak państwowa pomoc się przydaje?
Wypowiedź Andziaks nabrała dodatkowego znaczenia, kiedy dziennikarze zaczęli analizować dane finansowe przedsiębiorstw związanych z influencerką.
Według informacji opublikowanych 26 października przez Bankier.pl w latach 2023–2026 związane z nią podmioty korzystały z pomocy publicznej o łącznej wartości 399 300 zł.
W publikacji opisano również gwarancję kredytową BGK opiewającą na 2,8 mln zł.
To interesująca okoliczność w kontekście deklaracji o niewielkim korzystaniu z państwa.
Influencerka odniosła się do doniesień, podkreślając, że nie otrzymała od państwa pieniędzy, a wykorzystany instrument był gwarancją zabezpieczającą kredyt bankowy.
I tutaj potrzebne jest ekonomiczne rozróżnienie.
Gwarancja nie jest tożsama z dotacją. Państwo nie musi przekazywać przedsiębiorcy pieniędzy na rachunek, aby udzielić mu realnego wsparcia. Gwarancja może zmniejszać ryzyko ponoszone przez kredytodawcę i ułatwiać przedsiębiorcy dostęp do kapitału.
Jednocześnie nie należy traktować pełnej wartości gwarancji jako pieniędzy otrzymanych od państwa. Trzeba też zweryfikować, jakie konkretne formy pomocy składają się na kwotę podaną przez Bankier.pl.
Ale zasadnicze pytanie pozostaje aktualne.
Czy publiczna instytucja staje się niewidoczna dopiero wtedy, gdy jej pomoc pozwala rozwijać prywatny biznes?
To pytanie nie stanowi zarzutu wobec legalnego korzystania z gwarancji czy pomocy publicznej.
Przeciwnie. Takie instrumenty istnieją właśnie po to, aby wspierać określone cele gospodarcze.
Problem zaczyna się wtedy, gdy w debacie publicznej pomija się istnienie tych mechanizmów, a podatki przedstawia jedynie jako obciążenie, z którego nie ma żadnych korzyści.
Prawie trzy miliony zysku i 26 tysięcy podatku. Co rzeczywiście pokazują liczby?
W centrum zainteresowania znalazła się również spółka Twinkle Candle.
Jak podał Money.pl, spółka osiągnęła w 2025 roku niemal 2,85 mln zł zysku brutto, a wykazany podatek dochodowy wyniósł około 26 tys. zł. W 2024 roku kwota podatku dochodowego była znacznie wyższa — wynosiła około 572 tys. zł.
Porównanie tych wartości może wywoływać emocje. Nie wystarcza jednak do sformułowania zarzutu podatkowego.
Andziaks wyjaśniła, że jedna z jej spółek korzysta z estońskiego CIT-u, którego konstrukcja pozwala zasadniczo odroczyć opodatkowanie zysków do momentu ich dystrybucji, z przewidzianymi w ustawie wyjątkami.
Oznacza to, że wynik finansowy wykazywany w sprawozdaniu nie musi odpowiadać podstawie opodatkowania w danym roku.
Ponadto rozliczenia spółki nie przedstawiają całkowitej sytuacji podatkowej influencerki. Sama deklaruje, że prowadzi również jednoosobową działalność gospodarczą i odprowadza z niej podatki.
Nie ma zatem podstaw, aby wyłącznie na podstawie tych liczb zarzucać Andziaks nielegalne unikanie opodatkowania.
Istnieje natomiast znacznie szersze zagadnienie.
Polski system podatkowy oferuje różne mechanizmy opodatkowania dochodów z pracy i kapitału. Osoba zatrudniona na etacie, przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność i wspólnik spółki mogą podlegać odmiennym zasadom rozliczeń.
Czy cały system właściwie rozkłada obciążenia? Czy stwarza nadmierne preferencje dla określonych form działalności? Czy podatnik utrzymujący się z wynagrodzenia ma porównywalne możliwości wyboru sposobu opodatkowania?
To pytania do ustawodawcy i całego systemu, a nie wyłącznie do jednej influencerki.
Legalność rozwiązania podatkowego i sprawiedliwość konstrukcji systemu to dwa odrębne zagadnienia.
Bogactwo nie jest winą. Ale nie zwalnia z odpowiedzialności za słowa
Andziaks ma prawo odnosić sukcesy.
Ma prawo kupować luksusowe samochody, mieszkać w kosztownym domu, korzystać z prywatnej medycyny i prowadzić dochodowe przedsiębiorstwa.
Ma również prawo uważać, że podatki są za wysokie, państwo źle gospodaruje środkami publicznymi albo zbyt wiele pieniędzy przeznacza na nieefektywne przedsięwzięcia.
Takie poglądy mogą stanowić punkt wyjścia do wartościowej debaty gospodarczej.
Ale czym innym jest krytyka efektywności wydatków publicznych, a czym innym uzasadnianie niechęci do podatków przekonaniem, że osobiście nie korzysta się z usług państwa.
To drugie rozumowanie pomija większość mechanizmów umożliwiających funkcjonowanie nowoczesnego społeczeństwa.
Znaczenie ma również skala oddziaływania.
Kanał Andziaks na YouTubie obserwuje ponad milion osób. Jej wypowiedzi docierają do odbiorców, którzy nie zawsze posiadają specjalistyczną wiedzę z zakresu ekonomii, finansów publicznych czy prawa podatkowego.
Popularność nie czyni influencerki ekspertem od podatków. Nie oznacza również, że należy wymagać od niej wiedzy akademickiej.
Jednak przy tak dużych zasięgach łatwo przekazać uproszczony obraz rzeczywistości, który następnie zaczyna funkcjonować jako argument w publicznej dyskusji.
I właśnie dlatego odpowiedzialność za słowa rośnie wraz z ich zasięgiem.
Nie dlatego, że ktoś jest bogaty.
Dlatego, że jest słuchany.
Przeprosiny w piżamie. Czy zamykają temat?
25 października Andziaks opublikowała nagranie, w którym przeprosiła za wcześniejszą wypowiedź.
Przyznała, że powiedziała nieprawdę i rozumie oburzenie odbiorców. Szczególne przeprosiny skierowała do osób mniej zarabiających.
Wyjaśniała również swoją sytuację podatkową, odnosząc się do działalności gospodarczej, estońskiego CIT-u oraz doniesień o pomocy państwa.
To ważne, że przyznała się do błędu.
Nie ma podstaw, aby automatycznie uznawać jej przeprosiny za nieszczere.
Nie zmienia to jednak faktu, że wypowiedź ujawniła problem, którego nie da się rozwiązać jednym nagraniem.
Przy okazji influencerka odniosła się do sprawy swojego ojczyma Wojciecha Kurowskiego, poszukiwanego listem gończym, i do doniesień o jego działalności gospodarczej.
Są to jednak odrębne kwestie prawne. Nie istnieją podstawy, aby przypisywać Andziaks odpowiedzialność za zarzucane jej ojczymowi czyny tylko ze względu na więzi rodzinne. Z tego powodu sprawa Kurowskiego nie powinna służyć jako argument przeciwko jej stanowisku podatkowemu.
W analizie społecznej ważniejsze jest coś innego.
Przeprosiny mogą zamknąć osobisty konflikt z częścią odbiorców.
Nie zamykają dyskusji o tym, dlaczego prywatny sukces tak często przedstawia się bez uwzględnienia wspólnych fundamentów, na których został zbudowany.
Państwo nie jest bez winy. Ale jego błędy nie unieważniają wspólnej odpowiedzialności
Trzeba uczciwie przyznać, że krytyka jakości usług publicznych bywa w pełni uzasadniona.
Polacy wielokrotnie doświadczają długich kolejek do lekarzy, problemów komunikacyjnych, nieefektywnych inwestycji czy rozbudowanej biurokracji.
Zdarza się, że obywatel opłaca składkę zdrowotną, a następnie z konieczności ponownie płaci za prywatną wizytę.
Przedsiębiorcy mierzą się z kosztownymi obowiązkami administracyjnymi, zmiennością przepisów i nieprzewidywalnością systemu podatkowego.
To rzeczywiste problemy.
Nie można ich lekceważyć ani odpowiadać na każdą krytykę prostym stwierdzeniem, że należy płacić i nie zadawać pytań.
Przeciwnie.
Im większe obciążenia nakładane na obywateli, tym większa powinna być przejrzystość i odpowiedzialność instytucji publicznych.
Państwo ma obowiązek racjonalnie gospodarować powierzonymi mu pieniędzmi.
Obywatele mają prawo pytać o zasadność wydatków, skuteczność inwestycji, jakość usług oraz odpowiedzialność polityków i urzędników.
Jednak niewydolność konkretnej instytucji nie oznacza, że całe społeczeństwo przestało korzystać z infrastruktury finansowanej wspólnie.
Można domagać się lepszego państwa, nie negując potrzeby jego finansowania.
I właśnie na tym powinna polegać dojrzała debata o podatkach.
Wnioski: pięć rzeczy, które ujawniła wypowiedź Andziaks
Po pierwsze: prywatne pieniądze nie oznaczają prywatnego państwa. Nawet najzamożniejszy człowiek jest zależny od publicznych instytucji, infrastruktury i reguł gospodarczych.
Po drugie: podatki nie są opłatą za osobiste korzystanie z usług. Ich podstawową funkcją jest finansowanie zadań publicznych, w tym takich, z których korzyści odnoszą również osoby niebędące bezpośrednimi odbiorcami świadczeń.
Po trzecie: wysokość wpłaconego podatku nie jest jedyną miarą jego ciężaru. Rzeczywiste obciążenie należy analizować w odniesieniu do dochodów, sytuacji majątkowej oraz możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb.
Po czwarte: wsparcie publiczne może mieć różne formy. Gwarancja kredytowa nie jest dotacją, ale może być realnym instrumentem pomocy, którego znaczenia nie wolno pomijać.
Po piąte: krytyka państwa jest potrzebna, lecz powinna opierać się na faktach. Można kwestionować wysokość podatków i sposób wydawania środków, zachowując świadomość, że wspólne instytucje stanowią fundament zarówno codziennego życia, jak i prywatnej przedsiębiorczości.
Najważniejsze pytanie nie dotyczy Andziaks
Czy człowiek, który osiąga wielki sukces finansowy, zaczyna z czasem postrzegać państwo jedynie jako koszt?
Czy przestaje zauważać pracę nauczycieli, lekarzy, ratowników, naukowców, pracowników infrastruktury i wszystkich tych, których wysiłek umożliwia funkcjonowanie gospodarki?
A może problem jest znacznie szerszy i dotyczy społeczeństwa, w którym indywidualny sukces coraz częściej przedstawia się jako osiągnięcie całkowicie oderwane od wspólnoty?
Andziaks nie stworzyła tego sposobu myślenia.
Jej wypowiedź jedynie go uwidoczniła.
I dlatego warto potraktować tę historię jako pretekst do poważnej debaty, zamiast ograniczać ją do kolejnej internetowej awantury.
Bo podatki można obniżać. System można reformować. Niepotrzebne wydatki można likwidować, a marnotrawstwo publicznych pieniędzy należy ujawniać.
Ale nie da się zbudować nowoczesnego, bezpiecznego i zamożnego społeczeństwa wyłącznie z prywatnych rachunków wystawianych każdemu obywatelowi za to, z czego akurat skorzystał.
Bogactwo może pozwolić człowiekowi kupić prywatną wizytę u lekarza, własny basen i ochronę posesji. Nie pozwala natomiast kupić sobie niezależności od społeczeństwa.
I to jest najważniejsza lekcja płynąca z tej historii.
Opracowanie: Radio DTR | Analiza redakcyjna, stan na 26 października 2026 r. Dane dotyczące spółek i pomocy publicznej pochodzą z publikacji prasowych; nie stanowią samodzielnego audytu dokumentacji finansowej.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






