Polska ma potencjał, który mógłby pokryć nawet 40 proc. zapotrzebowania na gaz. Na razie jednak zamiast boomu mamy jedną działającą instalację i długą listę barier. Czy biometan stanie się filarem bezpieczeństwa energetycznego, czy ugrzęźnie w przepisach i polityce?
Polska znów słyszy, że ma ogromny potencjał biogazu i biometanu. I znów nie chodzi o margines. Według branży oraz rządowych dokumentów mówimy o wolumenie, który mógłby odpowiadać nawet za 20–40 proc. obecnej podaży gazu w gospodarce. W teorii brzmi to jak gotowy fragment odpowiedzi na pytanie o bezpieczeństwo energetyczne państwa. W praktyce ten rynek nadal porusza się wolniej, niż sugerują polityczne deklaracje i konferencyjne prezentacje.
Adam Pawluć z Polskiej Grupy Biogazowej nie mówi o egzotyce ani o technologicznej ciekawostce. W jego ocenie biogaz i biometan mogłyby stać się jednym z realnych filarów polskiego miksu energetycznego, obok fotowoltaiki, offshore i w przyszłości atomu. To ważne rozróżnienie, bo w tej opowieści nie chodzi o zastąpienie wszystkiego jednym źródłem, lecz o budowę układu bardziej odpornego na kryzysy, wahania cen i geopolityczne szantaże.
Na poziomie dokumentów państwowych potencjał wygląda poważnie. Ministerstwo Energii opublikowało 17 grudnia 2025 roku projekt Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu do 2030 roku z perspektywą do 2040 roku, przedstawiając go jako kluczowy drogowskaz dla inwestorów i całej transformacji energetycznej. W wypowiedziach branży, opartych na tym projekcie, pada liczba 8 mld m sześc. potencjału technicznego biometanu z substratów odpadowych oraz 4,7 mld m sześc. potencjału wdrożeniowego. To już nie jest nisza. To skala, która mogłaby realnie wpłynąć na bilans gazowy kraju.
Ale właśnie tutaj zaczyna się polski paradoks. Mamy potencjał, mamy strategię, mamy opowieść o bezpieczeństwie i lokalnej energetyce, a mimo to rynek wciąż bardziej rośnie w folderach niż w ziemi. Na koniec III kwartału 2025 roku zidentyfikowano 122 projekty inwestycyjne w biometanownie, jednak w eksploatacji pozostaje jedna instalacja wtłaczająca biometan do sieci — w Strzelinie na Dolnym Śląsku. Pierwsza w kraju biometanownia została przyłączona do sieci gazowej 9 września 2025 roku i właśnie ten detal mówi więcej niż dziesięć wystąpień o „zielonej transformacji”. Polska dopiero zaczyna. Naprawdę dopiero.
To nie znaczy, że sektor stoi w miejscu. KOWR informuje, że w rejestrze wytwórców biogazu rolniczego figuruje już ponad 200 instalacji. W wypowiedziach branżowych, opartych na danych za I kwartał 2026 roku, mowa jest o 208 instalacjach, rocznej wydajności przekraczającej 835 mln m sześc. biogazu rolniczego i łącznej mocy elektrycznej 188 MW. To pokazuje, że fundament istnieje. Problem polega na tym, że biogaz rolniczy i pełnoskalowy rynek biometanu to nie to samo. Jedno już działa, drugie dopiero próbuje przebić się przez legislacyjne i techniczne zasieki.
Pawluć wskazuje trzy rzeczy, które mogłyby dać temu rynkowi mocny impuls. Po pierwsze: system wsparcia dla większych instalacji. Po drugie: mechanizm popytowy zachęcający operatorów sieci do wtłaczania zielonego gazu, na wzór francuskiego blending obligation. Po trzecie: zatwierdzenie KPEiK, które dałoby inwestorom — zwłaszcza zagranicznym — poczucie, że państwo naprawdę wie, dokąd zmierza. To nie są postulaty z kategorii „dajcie więcej pieniędzy”. To raczej apel o przewidywalność. A przewidywalność w energetyce jest walutą równie ważną jak sama dotacja.
Branża podnosi też problem bardziej techniczny, ale wcale nie błahy: parametry jakościowe biometanu przy wtłaczaniu do sieci, zwłaszcza kwestię ciepła spalania. Dziś w części przypadków oznacza to konieczność mieszania zielonego gazu z gazem konwencjonalnym. I tu pojawia się pytanie dość brutalne w swojej prostocie: po co inwestować w produkcję paliwa odnawialnego, skoro na końcu system zmusza do jego rozwadniania kopalną domieszką? To brzmi jak transformacja robiona z zaciśniętym hamulcem ręcznym.
Newseria/Adam Pawluć Funkcja: członek zarządu Firma: Polska Grupa Biogazowa
Rząd przekonuje, że przynajmniej część barier właśnie zaczyna być zdejmowana. 2 kwietnia 2026 roku prezydent podpisał nowelizację Prawa energetycznego. Według oficjalnego komunikatu nowe przepisy mają gwarantować większą pewność przyłączenia biogazowni do sieci, skrócić czas oczekiwania na decyzje, uprościć procedury, ograniczyć obowiązki formalne i wzmocnić pozycję takich instalacji w sytuacjach kryzysowych. Operatorzy sieci mają także uwzględniać rozwój biogazowni w planach inwestycyjnych. To jest konkretny ruch, nie tylko deklaracja. Tyle że sam w sobie nie rozwiązuje całej układanki.
Bo równolegle wisi nad tym sektorem stary problem polskiego ustawodawstwa: łączenie spraw, które politycznie się wzajemnie blokują. Prezydent Karol Nawrocki zawetował 21 sierpnia 2025 roku tzw. ustawę wiatrakową, czyli nowelizację dotyczącą inwestycji w elektrownie wiatrowe i innych ustaw. Branża biometanowa ostrzega, że dopóki przepisy dla biometanu będą spinane w jednym pakiecie z kontrowersyjnymi regulacjami dla lądowej energetyki wiatrowej, dopóty mogą być zakładnikiem sporu, który formalnie nie dotyczy ich bezpośrednio. Innymi słowy: biometan może przegrać nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że został przypięty do politycznie kłopotliwego wagonu.
Do tego dochodzi jeszcze poziom lokalny, zwykle pomijany w wielkich deklaracjach. Pawluć mówi wprost o miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego i o tym, że bez wcześniejszej edukacji gmin część terenów może zostać po prostu wyłączona z rozwoju OZE. To bardzo polski detal. Nie spektakularny. Nie nadaje się na triumfalny spot wyborczy. Ale właśnie na takich detalach wykłada się mnóstwo inwestycji: nie na technologii, tylko na uchwale, planie miejscowym, lęku społecznym i urzędowym „proszę uzupełnić dokumentację”.
W tle widać też, że duzi gracze nie chcą już czekać bez końca. ORLEN i KOWR ogłosiły w lutym 2026 roku współpracę w obszarze rozwoju instalacji biogazowych i biometanowych, a koncern wpisał do swojej strategii do 2035 roku zagospodarowanie do 240 mln m sześc. biometanu rocznie. To sygnał, że biznes wierzy w ten kierunek. Problem w tym, że sama wiara biznesu nie wystarczy, jeśli państwo nie zamieni strategii w stabilny, czytelny mechanizm działania.
I tu dochodzimy do sedna. Polska ma dziś biometan jako obietnicę, a nie jako pełnoprawny segment rynku. Ma pierwszą instalację, dziesiątki projektów, rosnące zainteresowanie inwestorów i serię zapowiedzi legislacyjnych. Ma też realne ułatwienia po nowelizacji Prawa energetycznego. Ale nadal nie ma tego, co w inwestycjach najważniejsze: poczucia, że polityka państwa jest stabilna, odseparowana od bieżącej wojny ideologicznej i dość precyzyjna, by kapitał nie musiał zgadywać, co wydarzy się za pół roku.
Biometan mógłby być jednym z cichych zwycięzców transformacji. Pasuje do potrzeb wsi, pozwala zagospodarować odpady, może wzmacniać bezpieczeństwo energetyczne i korzysta z istniejącej infrastruktury gazowej. Tylko że w Polsce między „mógłby” a „jest” rozciąga się zwykle cała dolina papierów, sporów i opóźnień. A rynek, jak wiadomo, nie lubi próżni. Jeśli państwo nie stworzy jasnych reguł, potencjał pozostanie potencjałem. I znowu usłyszymy, że „mamy ogromne możliwości”. Tyle że od samych możliwości gaz do sieci jeszcze nie popłynie.
Źródła: wypowiedź Adama Pawlucia dla agencji Newseria, opublikowana 13 kwietnia 2026 r. przez PortalKomunalny; Ministerstwo Energii; KOWR; Polska Spółka Gazownictwa; Kancelaria Prezydenta RP; ORLEN.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.


