Czternaścioro radnych Czernicy mówi: stop hejtowi. Pytamy, czy pod tę definicję nie trafi również niewygodna krytyka władzy

Oceń materiał

Czternaścioro radnych Rady Gminy Czernica podpisało stanowisko przeciwko hejtowi, mowie nienawiści, atakom personalnym i rozpowszechnianiu niezweryfikowanych informacji. Sam sprzeciw wobec poniżania, pomawiania czy zastraszania człowieka nie powinien budzić kontrowersji. Problem zaczyna się jednak kawałek dalej: kto będzie rozstrzygał, gdzie kończy się ostra krytyka władzy, a zaczyna „hejt”? I co oznacza zapowiedź kolejnych działań z udziałem urzędu, GOPS, Policji oraz dyrektorów szkół?

Podczas ostatniej sesji Rady Gminy Czernica jej przewodniczący Grzegorz Rembikowski przedstawił stanowisko radnych dotyczące hejtu, mowy nienawiści, personalnych ataków i granic debaty publicznej. Dokument podpisało czternaścioro radnych.

Już na początku trzeba powiedzieć jasno: to stanowisko, a nie uchwała Rady Gminy. Nie tworzy nowych przepisów, nie ustanawia zakazów ani nie daje urzędowi nowych kompetencji. Jest publiczną deklaracją grupy radnych.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

I właśnie jako deklarację polityczną oraz społeczną warto ją przeczytać bardzo uważnie.

Bo część tego dokumentu zasługuje na pełną zgodę.

Ale część wymaga pytań.

Hejt nie jest krytyką. Tyle że krytyka nie staje się hejtem dlatego, że boli

Radni piszą:

„Chcemy jasno podkreślić, że nasze stanowisko nie jest sprzeciwem wobec krytyki władz gminy ani wolności słowa”.

Dalej sami wskazują, że mieszkaniec ma prawo zadawać trudne pytania, wskazywać błędy, wyrażać niezadowolenie, kwestionować decyzje oraz domagać się rozliczenia osób pełniących funkcje publiczne.

I to jest bardzo ważna część stanowiska.

Mieszkaniec ma prawo być niezadowolony. Ma prawo uważać decyzję wójta albo rady za fatalną. Ma prawo pytać o wynagrodzenia, wydatki, przetargi, inwestycje, zatrudnienie, odpowiedzialność i błędy. Może również robić to w sposób ostry.

Granice krytyki osób publicznych są szersze niż w przypadku osób prywatnych. Rzecznik Praw Obywatelskich przypominał, że osoby publiczne muszą liczyć się z surowszą oceną swojej działalności. Podobny standard wielokrotnie pojawiał się w orzecznictwie sądowym.

Sąd Najwyższy zwracał przy tym uwagę na rzecz zasadniczą: nawet bardzo mocna forma wypowiedzi nie może być oceniana w oderwaniu od jej celu, kontekstu i przedmiotu debaty. Jednocześnie krytyka nie daje automatycznego prawa do naruszania cudzej godności czy dobrego imienia.

Granica istnieje.

Tyle że nie przebiega ona pomiędzy wypowiedzią przyjemną dla władzy i wypowiedzią dla niej nieprzyjemną.

Jedno słowo może pomieścić zbyt wiele

I tutaj dochodzimy do podstawowego problemu.

W publicznej debacie słowo „hejt” zrobiło ogromną karierę. Bywa używane wobec gróźb, wyzwisk i poniżania, ale bywa też rzucane jako odpowiedź na wyjątkowo niewygodną krytykę.

A przecież to nie jest to samo.

Czym innym jest napisanie:

„Nie zgadzam się z tą decyzją. Uważam ją za niegospodarną i oczekuję pokazania dokumentów”.

Czym innym:

„Urzędnik powinien odpowiedzieć, dlaczego podjęto taką decyzję i kto ją zatwierdził”.

Jeszcze czym innym jest zarzucenie konkretnej osobie popełnienia przestępstwa bez żadnych dowodów.

A zupełnie inną kategorią są groźby, nawoływanie do przemocy, uporczywe poniżanie człowieka albo publikowanie treści służących wyłącznie jego zaszczuciu.

Jeżeli wszystkie te zjawiska przykryjemy jednym wygodnym słowem „hejt”, przestaniemy rozumieć problem.

A wtedy określenie przeznaczone pierwotnie do ochrony ludzi przed przemocą słowną może zostać użyte do ochrony władzy przed krytyką.

Nie twierdzimy, że taki jest cel radnych Czernicy.

Pytamy, jakie mechanizmy mają zagwarantować, że tak się nie stanie.

„Niezweryfikowana informacja” również nie oznacza automatycznie kłamstwa

W stanowisku radnych znalazł się jeszcze jeden bardzo interesujący fragment. Radni sprzeciwiają się rozpowszechnianiu „niezweryfikowanych informacji”.

Brzmi rozsądnie.

Ale co dokładnie znaczy „zweryfikowana”?

To szczególnie ważne w relacji obywatel–władza.

Mieszkaniec może otrzymać informację od pracownika urzędu, rodzica, nauczyciela, przedsiębiorcy albo sąsiada. Może zobaczyć dokument, którego urząd jeszcze nie opublikował. Może dostrzec problem i zadać publicznie pytanie.

Informacja może być wtedy niepotwierdzona, ale nie oznacza to jeszcze, że jest fałszywa.

Tak zaczyna się przecież ogromna część pracy dziennikarskiej.

Najpierw jest sygnał.

Potem pytania.

Następnie dokumenty.

Na końcu weryfikacja.

Gdyby każdą informację wolno było publikować dopiero wtedy, gdy potwierdzi ją instytucja, której ona dotyczy, kontrolna funkcja mediów i mieszkańców stałaby się fikcją.

Urząd nie może być jednocześnie stroną sprawy i jedynym urzędem certyfikującym prawdę o samym sobie.

To nie jest pierwsza taka dyskusja w Czernicy

Nowego stanowiska radnych nie można analizować całkowicie w oderwaniu od wcześniejszych komunikatów władz gminy.

W lutym 2026 roku, po sporze dotyczącym przejazdu kolejowego w Chrząstawie Małej, wójt Jarosław Jagielski apelował o korzystanie z informacji „ze źródła” i nierozpowszechnianie niezweryfikowanych wiadomości, które — jak wskazywał — mogą szkodzić wizerunkowi gminy i jej organów.

W kolejnym materiale wójt pisał, że internetowe fora potrafią kreować „własną rzeczywistość”, wspominał o pomówieniach oraz posądzeniach o kłamstwa i ponownie apelował o korzystanie ze sprawdzonych źródeł.

Jeszcze bardziej interesujący jest komunikat z lipca 2026 roku dotyczący publicznej dyskusji o wynagrodzeniach kadry kierowniczej Urzędu Gminy Czernica.

Wójt sprzeciwił się w nim publikowaniu nazwisk pracowników urzędu w kontekście, który określił jako „szkalujący i nienawistny”, oraz mówił o „internetowym linczu” i „nagonce”. Jednocześnie wyjaśniał powody wzrostu wynagrodzeń.

I tutaj pojawia się bardzo dobry przykład pokazujący, jak ostrożnie trzeba operować pojęciami.

Wynagrodzenia osób zatrudnionych ze środków publicznych, zasady ich ustalania, wydatki administracji czy odpowiedzialność osób zajmujących stanowiska kierownicze mogą być przedmiotem debaty publicznej.

Samo wymienienie człowieka z imienia i nazwiska w związku z pełnioną przez niego publiczną funkcją nie jest jeszcze „hejtem”.

Znaczenie ma co o tej osobie napisano, czy przedstawione fakty są prawdziwe, jaki jest kontekst i czy publikacja dotyczy jej działalności publicznej, czy służy jedynie osobistemu poniżeniu.

To zasadnicza różnica.

Anonimowość też nie jest czarno-biała

Radni zwracają również uwagę na anonimowość i „pozorną anonimowość” w internecie.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

I ponownie: problem istnieje.

Anonimowe konto rzeczywiście może służyć do bezkarnego — przynajmniej w przekonaniu autora — rzucania oskarżeń, wyzwisk czy gróźb.

Ale anonimowość ma także drugą stronę.

Anonimowo może wypowiedzieć się pracownik zależny służbowo od instytucji. Rodzic obawiający się konsekwencji dla dziecka. Przedsiębiorca mający umowy z gminą. Osoba, która posiada wiedzę o nieprawidłowościach, ale boi się ujawnić nazwisko.

Dlatego nie można postawić znaku równości:

anonimowy = niewiarygodny = hejter.

O wiarygodności informacji powinny decydować przede wszystkim dowody, a nie fotografia profilowa i nazwisko autora.

Anonimowość nie może być tarczą dla pomówienia. Ale nie może również stać się powodem do automatycznego odrzucenia sygnału.

Najważniejsze zdanie znalazło się na samym końcu

Najbardziej interesujący fragment stanowiska radnych nie dotyczy jednak samego hejtu.

To zapowiedź:

„Niniejsze stanowisko jest początkiem dalszych działań…”

Radni informują, że kolejne działania i rozwiązania mają być omawiane z pracownikami Urzędu Gminy, GOPS, Policją, dyrektorami szkół oraz w ramach prac rady.

I w tym momencie kończy się ogólna deklaracja społeczna.

Zaczyna się konkretna polityka publiczna.

Jeżeli mówimy o zajęciach dla uczniów dotyczących cyberprzemocy, edukacji medialnej, reagowaniu na groźby czy pomocy ofiarom nękania — trudno znaleźć powód do sprzeciwu.

Jeżeli jednak miałyby powstać mechanizmy obserwowania krytycznych wpisów mieszkańców, kwalifikowania ich jako „hejtu”, angażowania prawników, Policji albo pracowników instytucji gminnych w reagowanie na krytykę władzy — sytuacja staje się zupełnie inna.

Dlatego mieszkańcy powinni wiedzieć zanim, a nie dopiero po wdrożeniu, co dokładnie oznaczają zapowiedziane działania.

Policja nie jest od rozstrzygania, kto był niemiły dla władzy

Sama obecność Policji w tej zapowiedzi wymaga bardzo precyzyjnego wyjaśnienia.

Jeżeli dochodzi do gróźb, stalkingu, przestępstw, nawoływania do przemocy czy innych czynów zabronionych — istnieją odpowiednie procedury i organy państwa mają obowiązek reagować.

To oczywiste.

Ale Policja nie powinna być symbolicznym uczestnikiem lokalnego sporu o to, czy komentarz mieszkańca był wystarczająco uprzejmy wobec radnego, wójta albo urzędnika.

Co ciekawe, sama Policja w opublikowanym w 2026 roku materiale dotyczącym granic krytyki funkcjonariuszy podkreśla potrzebę odróżnienia nawet ostrej czy niesprawiedliwej krytyki od przekazu, którego celem jest poniżanie lub podsycanie wrogości.

To bardzo rozsądne rozróżnienie.

I dokładnie takiego rozróżnienia potrzebujemy również w Czernicy.

Władza ma prawo do ochrony. Obywatel ma prawo ją kontrolować

Radny jest człowiekiem.

Wójt jest człowiekiem.

Pracownik urzędu jest człowiekiem.

Żadna funkcja publiczna nie odbiera prawa do godności, ochrony dobrego imienia ani bezpieczeństwa.

Ale istnieje również druga strona tej samej demokratycznej umowy.

Sprawowanie władzy oznacza poddanie swoich decyzji znacznie większej kontroli społecznej.

Jeżeli podejmujesz decyzję dotyczącą publicznych pieniędzy — ludzie mogą ją oceniać.

Jeżeli głosujesz — mogą oceniać twój głos.

Jeżeli kierujesz urzędem — mogą oceniać sposób jego działania.

Jeżeli otrzymujesz wynagrodzenie ze środków publicznych, w zakresie przewidzianym prawem można pytać o te pieniądze.

Jeżeli coś obiecałeś — można przypomnieć ci tę obietnicę.

Jeżeli popełniłeś błąd — można go wskazać.

Jeżeli odpowiedź jest niewystarczająca — można pytać ponownie.

A jeżeli mieszkaniec napisze, że jego zdaniem decyzja była fatalna, kompromitująca albo niegospodarna, sama ostrość tej oceny nie wystarcza jeszcze, by nazwać ją hejtem.

Czternaście podpisów to dopiero początek

Stanowisko podpisane przez czternaścioro radnych można potraktować jako deklarację przyzwoitego standardu debaty.

I oby właśnie tym było.

Bo zdanie:

„Nie zgadzamy się na groźby, pomówienia, poniżanie i zaszczuwanie ludzi”

powinno łączyć mieszkańców, radnych, urzędników i media.

Ale równie ważne powinno być inne zdanie:

„Nie będziemy nazywali hejtem krytyki tylko dlatego, że jest dla nas niewygodna”.

Tego drugiego zabezpieczenia potrzeba szczególnie wtedy, gdy po stanowisku mają nastąpić „dalsze działania”.

Dlatego jako redakcja będziemy pytać Radę Gminy Czernica, co było bezpośrednią przyczyną przygotowania dokumentu, jakie konkretnie działania są planowane, jakie instytucje zostaną w nie zaangażowane, czy będą wiązały się z wydatkami z budżetu oraz — przede wszystkim — według jakich kryteriów zostanie odróżniony hejt od dozwolonej krytyki władzy.

Bo demokracja nie wymaga od obywatela, żeby lubił władzę.

Nie wymaga nawet, żeby ją chwalił.

Wymaga natomiast, żeby człowieka nie poniżać i nie oskarżać bez podstaw.

Od władzy wymaga czegoś jeszcze: żeby potrafiła odróżnić atak na człowieka od kontroli własnych działań.

I właśnie ta granica będzie najważniejszym testem stanowiska podpisanego w Czernicy.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.