W „Czarnej Księdze wydatków publicznych 2026” Warsaw Enterprise Institute pokazuje nie tylko spektakularne absurdy, ale też coś znacznie groźniejszego i bardziej znajomego z polskich samorządów: inwestycje, które przez lata żyją w planach, wizualizacjach, dokumentacjach i komunikatach, a znacznie słabiej w realnym świecie. To właśnie ten mechanizm zasługuje na szczególną uwagę, bo nie zawsze pachnie skandalem. Częściej pachnie papierem, pieczątką i obietnicą.
Raport WEI nie jest dokumentem kontrolnym państwa, takim jak ustalenia NIK czy RIO. To publikacja think tanku o wyraźnie wolnorynkowym profilu, który sam pisze o sobie jako o środowisku wierzącym w efektywność wydatków publicznych, analizy kosztów i transparentność. Właśnie dlatego warto czytać ten raport jednocześnie uważnie i krytycznie: nie jako wyrok, lecz jako zbiór mocnych przykładów i pytań, których lokalne władze często nie lubią.
I tu zaczyna się temat najciekawszy. Bo „inwestycja na papierze” nie zawsze oznacza oszustwo. Czasem oznacza coś gorszego: system, w którym łatwiej ogłosić niż zbudować, łatwiej rozpisać niż dowieźć, łatwiej pokazać wizję niż przyznać, że pieniędzy, planu albo odwagi do realizacji po prostu nie ma. W „Czarnej Księdze” ten mechanizm wraca w różnych odsłonach: od lotniska, z którego nie poleciał żaden pasażerski samolot, po centrum kultury, które pochłonęło miliony na przygotowania, lecz nie wyszło poza etap marzeń i papierów.
WEI już we wstępie zaznacza, że w tegorocznej edycji znalazły się zarówno lokalne przykłady, jak i wielkie projekty państwowe, a największe miasta dostarczyły najwięcej materiału. To ważne, bo pokazuje skalę zjawiska: nie chodzi o pojedynczy wypadek przy pracy, tylko o sposób myślenia obecny od małych ośrodków po duże metropolie.
Kiedy inwestycja istnieje głównie w komunikacie
Najbardziej podręcznikowym przykładem z raportu jest „Planeta na widmowej orbicie” w Krakowie. Miał powstać wyjątkowy kompleks poświęcony twórczości Stanisława Lema: z biblioteką cyfrową, przestrzenią wystawienniczą, edukacją i multimediami. Brzmi ambitnie, nowocześnie, wręcz wdzięcznie dla urzędowej prezentacji. Problem w tym, że — jak odnotowuje raport — pieniądze wydano na konkurs architektoniczny, dokumentację, analizy urbanistyczne i promocję, ale sama budowa nie ruszyła. Miasto ostatecznie projekt porzuciło, tłumacząc to brakiem pieniędzy. WEI opisuje to jako sytuację, w której przez długi czas podtrzymywano nadzieję, choć realizacja coraz wyraźniej oddalała się od rzeczywistości.
To właśnie sedno problemu. Nie chodzi tylko o stratę konkretnych milionów. Chodzi o wytworzenie politycznej iluzji, że „coś się dzieje”, bo przecież są konsultacje, wizualizacje, mapy, koncepcje i konferencje. Mieszkaniec słyszy o inwestycji, widzi projekt, czyta zapowiedzi — i zakłada, że sprawa jest w toku. Tymczasem w praktyce często w toku jest wyłącznie obieg dokumentów.
W raporcie pada tu wyjątkowo celna diagnoza, choć ubrana w publicystyczny ton. Autorzy piszą o „milionach złotych na prace projektowe, ekspertyzy, opinie, przygotowanie map”, a zarazem o projekcie, którego nie udało się dowieźć. To już nie jest zwykłe opóźnienie. To model zarządzania, w którym etap przygotowawczy potrafi żyć własnym życiem, nawet gdy realizacja zamienia się w coraz bardziej mglistą obietnicę.
Lotnisko, z którego nie odleciał sens
Drugi przykład jest jeszcze bardziej brutalny, bo pokazuje inwestycję zrealizowaną materialnie, ale martwą funkcjonalnie. W rozdziale „Port widmo” WEI opisuje lotnisko Gdynia-Kosakowo. Za ponad 91 mln zł publicznych środków powstała infrastruktura oparta na ambicji stworzenia drugiego lotniska pasażerskiego dla Trójmiasta. Tyle że rzeczywistość rozjechała się z planem. Komisja Europejska zakwestionowała pomoc publiczną, spółka upadła, a — jak odnotowuje raport — z tego miejsca nie wystartował ani jeden regularny pasażerski samolot.
To już wyższy poziom „inwestycji na papierze”. Bo tu papier nie służył tylko do podtrzymywania marzenia. Tu papier, decyzje i publiczne uzasadnienia doprowadziły do zbudowania czegoś, co miało funkcjonować inaczej, niż funkcjonuje w praktyce. Innymi słowy: obiekt powstał, ale obiecywana funkcja nie. I dla podatnika różnica jest dość ponura. Nie płaci przecież za sam beton. Płaci za cel, który miał zostać osiągnięty.
Ten przypadek dobrze pokazuje jeszcze jedną rzecz: inwestycja może wyglądać na realną, bo da się ją sfotografować, przeciąć wstęgę, wpisać do sprawozdania. A jednak nadal może być inwestycją „na papierze”, jeśli w rzeczywistości nie spełnia podstawowej obietnicy, dla której ją finansowano.
Toaleta stoi. I to właściwie wszystko
Trzeci przykład z raportu jest niemal groteskowy, ale dlatego właśnie tak celny. Krakowska automatyczna toaleta publiczna na osiedlu Widok kosztowała prawie 600 tys. zł. Problem w tym, że przez długi czas była nieczynna: najpierw z powodu problemów z przyłączem energetycznym i dokumentacją, potem dlatego, że nie było podpisanej umowy na obsługę. Obok stanął zwykły toi toi. Trudno o lepszy symbol inwestycji, w której formalnie „wszystko jest”, tylko nie działa to, co miało działać.
W tym fragmencie raportu pobrzmiewa ironia, ale trudno się dziwić. Autorzy opisują sytuację, w której łatwiej było wydać setki tysięcy złotych niż uruchomić gotowy obiekt. To bardzo samorządowa historia. Nie o wielkiej korupcji, nie o sensacyjnych zatrzymaniach, tylko o tym, że inwestycję można doprowadzić do punktu fotograficznej gotowości, a potem rozbić się o przyłącze, procedurę, podpis albo brak umowy. I wtedy budżetowo wszystko się zgadza, tylko obywatel dalej stoi w kolejce do toi toia. Państwo poważne? Raczej państwo z kartki A4.
Węzeł, który nie spiął obietnicy z wykonaniem
Raport przywołuje też przykład węzła integracyjnego Gdynia Karwiny. Sama idea była sensowna, dlatego WEI klasyfikuje ją jako „pomysł dobry, wykonanie złe”. Chodziło o inwestycję transportową za prawie 100 mln zł. Problem polegał na tym, że zrealizowano ją częściowo i w sposób, który wywołał śledztwo oraz pytania o jakość i logikę realizacji. To kolejny ważny trop: inwestycja nie musi zostać całkowicie porzucona, by stać się przykładem rozdźwięku między obietnicą a efektem. Wystarczy, że gotowy produkt nie odpowiada temu, co obiecywano mieszkańcom.
W praktyce samorządowej to szczególnie niebezpieczne. Bo częściowa realizacja pozwala ogłosić sukces, a niedostatki rozmywają się w technicznych tłumaczeniach. Mieszkańcy słyszą, że inwestycja została wykonana, urzędnicy pokazują liczby, a dopiero po czasie wychodzi, że efekt użytkowy jest co najmniej dyskusyjny. Papier znów wygrywa z codziennością.
Gdzie kończy się plan, a zaczyna fikcja
W „Czarnej Księdze” jest jeszcze jeden ciekawy rys tego zjawiska: przypadki, w których inwestycja latami trwa bardziej w sferze uzgodnień, sporów i rozmów niż realnych działań. Dobrym przykładem jest opisana w raporcie kamienica przy Nowym Świecie w Warszawie. Miasto szykowało przetarg na dzierżawę, potem pojawiło się zainteresowanie ministerstwa, przetarg wstrzymano, a na koniec zostały „rozmowy” i rosnące koszty utrzymania pustego budynku. To nie jest klasyczny rozdział o budowie drogi czy hali, ale bardzo dobrze pokazuje, jak państwo i samorząd potrafią zamrozić wartość na lata.
I właśnie tu dochodzimy do kwestii najważniejszej z punktu widzenia czytelnika. Wydatki publiczne nie marnują się wyłącznie wtedy, gdy ktoś stawia złoty sedes albo kupuje coś jawnie absurdalnego. Marnują się także wtedy, gdy instytucje miesiącami albo latami produkują proces bez efektu. Kiedy nieruchomość stoi pusta, projekt nie wychodzi poza dokumentację, obiekt jest gotowy, ale nieczynny, a odpowiedzialność rozpływa się między wydziałami, zarządami i kolejnymi kadencjami.
Co ten raport naprawdę podnosi
Najmocniejszy wniosek z tego wątku nie brzmi: „wszędzie jest skandal”. Brzmi raczej: w Polsce wyjątkowo łatwo finansuje się sam proces inwestowania, a dużo trudniej rozlicza się efekt końcowy. WEI pisze o braku analiz koszt-korzyść, priorytetyzacji i transparentności. I nawet jeśli ktoś nie podziela ideologii autorów, to z samym pytaniem trudno polemizować: dlaczego tak często umiemy zapłacić za koncepcję, a nie umiemy dowieźć rezultatu?
To pytanie powinno wybrzmiewać także lokalnie. W każdej gminie, powiecie i mieście, gdzie radni dostają do głosowania kolejne wieloletnie prognozy, korekty budżetu, przesunięcia środków i listy „zadań w przygotowaniu”. Bo inwestycja na papierze nie zawsze wygląda groźnie. Czasem wygląda wręcz elegancko: render, opis, źródło finansowania, termin, konsultacje. Dopiero po dwóch, trzech, pięciu latach okazuje się, że z tych wszystkich warstw została głównie teczka. A teczką trudno przejść po chodniku, dojechać do pracy, skorzystać z toalety czy wejść do centrum kultury.
Czytelnik ma prawo pytać
Dlatego z tego raportu warto wynieść nie tylko emocję, ale i zestaw prostych pytań do każdej lokalnej władzy. Ile wydano na przygotowanie inwestycji? Ile na promocję? Ile na dokumentację? Jaki był harmonogram? Ile razy go zmieniano? Co już działa? Co pozostaje wyłącznie w fazie planu? Kto odpowiada za to, że obietnica nie przeszła w realizację? I wreszcie: czy mieszkańcom uczciwie powiedziano, że coś jest jeszcze tylko koncepcją, czy już sprzedano to jako sukces w toku?
Bo prawdziwy problem z inwestycjami „na papierze” nie polega na tym, że samorząd planuje. Planować musi. Problem zaczyna się wtedy, gdy plan staje się produktem politycznym samym w sobie. Gdy można nim przez lata zarządzać wizerunkowo, choć nie przekłada się na codzienne życie mieszkańca. Wtedy budżet przestaje być mapą działania, a zaczyna być opowieścią o działaniu. A z opowieści, jak wiadomo, drogi się same nie budują. Niestety. To jeszcze nie ten poziom magii urzędniczej.
Źródła:
Raport „Czarna Księga wydatków publicznych. Edycja 2026” – Warsaw Enterprise Institute; materiały źródłowe wskazane przez autorów raportu na stronie publikacji.
