Jest dopiero początek października, ale w największych polskich miastach Boże Narodzenie już właściwie się zaczęło. Nie na ulicach, lecz w umowach, przetargach, projektach i harmonogramach. Warszawa przygotowuje ponad 900 elementów świetlnych, Kraków zamówił iluminację na kolejne sezony, Poznań zapowiada jarmark już od połowy listopada, a Wrocław szykuje kolejną edycję imprezy, na której miasto nie tylko udostępnia Rynek, ale również zarabia. Świąteczny klimat jest efektowny. I coraz bardziej profesjonalny. Tyle że profesjonalizm ma swoją cenę.
Miasta sprzedają nam święta przede wszystkim obrazem.
Choinka. Lampki. Drewniane domki. Grzane wino. Karuzela. Gotyckie ornamenty w Krakowie, warszawskie legendy zapisane światłem, pachnące przyprawami jarmarki i miejsca przygotowane specjalnie po to, żeby zrobić zdjęcie i wrzucić je do mediów społecznościowych.
To wszystko rzeczywiście może być ładne.
Tyle że za każdym świecącym reniferem znajduje się faktura.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Warszawa: prawie 47 milionów złotych na trzy sezony
Skalę zjawiska najlepiej pokazuje Warszawa.
Zarząd Dróg Miejskich podpisał umowę dotyczącą nowej iluminacji na kolejne trzy sezony, do 2029 roku. Według ZDM jej wartość to niemal 46,8 mln zł.
To oczywiście nie oznacza, że Warszawa wydaje blisko 47 mln zł na jedne święta. Kontrakt jest wieloletni i obejmuje znacznie więcej niż samo rozwieszenie lampek.
Firma ma przygotować projekt, wyprodukować elementy, dostarczyć je, zamontować, uruchomić, utrzymywać, później zdemontować i obsługiwać całą instalację.
A instalacja nie będzie mała.
Warszawa zapowiada około 2,9 mln punktów LED oraz ponad 900 elementów i zestawów dekoracyjnych. Mają pojawić się choinki, figury przestrzenne, bramy, karuzele, fotopunkty i instalacje reagujące na obecność mieszkańców.
Do tego dochodzi opowieść.
Maria Skłodowska-Curie, Fryderyk Chopin, warszawskie legendy, Wisła, Stare Miasto i współczesne centrum stolicy.
Światła przestają więc być tylko dekoracją.
Stają się produktem.
Miasto nie kupuje już lampek. Kupuje doświadczenie
I tutaj dochodzimy do sedna.
Jeszcze kilkanaście lat temu można było patrzeć na miejską iluminację jak na zwykłe świąteczne ozdoby. Dziś to coraz częściej profesjonalnie zaprojektowane widowisko przestrzenne.
Ma być nie tylko widoczne.
Ma być fotografowane.
Udostępniane.
Komentowane.
Ma przyciągnąć mieszkańca na spacer, turystę do centrum, rodzinę na jarmark i klienta do restauracji.
Świąteczna iluminacja stała się jednym z elementów marketingu miejsca.
Warszawa nie wydaje więc pieniędzy wyłącznie na światło. Kupuje określony obraz miasta.
Kraków robi dokładnie to samo.
Kraków będzie gotycki
Kraków wybrał wykonawcę dekoracji na lata 2026–2029.
Koncepcja ma odwoływać się do gotyckiej architektury miasta. Inspiracją są Bazylika Mariacka, maswerki, pinakle, roślinne ornamenty oraz detale ołtarza Wita Stwosza.
Brzmi efektownie.
I właśnie ma tak brzmieć.
Bo miejskie dekoracje świąteczne coraz częściej są projektowane dokładnie tak jak kampanie reklamowe: posiadają temat przewodni, język wizualny i element rozpoznawalności.
Na realizację krakowskiego zamówienia miasto przewidywało budżet sięgający około 9 mln zł brutto.
Znów nie jest to cena jednej choinki ani nawet jednego sezonu. To wieloletni projekt obejmujący projektowanie, montaż, utrzymanie i demontaż dekoracji.
Ale właśnie dlatego warto patrzeć na te liczby.
Pokazują bowiem, jak bardzo zmieniła się skala miejskich świąt.
A może te pieniądze wcale nie są wyrzucane?
Najłatwiejszy artykuł można byłoby napisać tak:
„Miliony na lampki, podczas gdy brakuje pieniędzy na drogi, szkoły albo komunikację”.
Tylko że byłby to tekst efektowny i jednocześnie zbyt prosty.
Bo miasto nie jest wyłącznie administratorem kanalizacji, chodników i szkół.
Jest również przestrzenią społeczną.
Ludzie chcą wydarzeń, dekoracji, koncertów i miejsc, w których dobrze spędza się czas.
Co więcej, atrakcyjna świąteczna przestrzeń może przynosić konkretne korzyści ekonomiczne.
Turysta, który przyjeżdża zobaczyć jarmark, nie ogląda przecież miasta przez szybę autokaru, po czym natychmiast wraca do domu.
Kupuje jedzenie. Pije kawę. Rezerwuje hotel. Korzysta z komunikacji. Wchodzi do sklepów.
Pieniądz zaczyna krążyć.
Problem zaczyna się gdzie indziej.
Miasta bardzo chętnie pokazują nam liczbę lampek i wysokość choinki, znacznie rzadziej pokazują rachunek ekonomiczny całego przedsięwzięcia.
Wrocław pokazuje ciekawy model
Dobrym przykładem jest Wrocław.
Tutejszy Jarmark Bożonarodzeniowy jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń sezonowych w mieście.
Rynek zamienia się na wiele tygodni w gigantyczną przestrzeń handlowo-gastronomiczną.
Ale Wrocław nie tylko udostępnia przedsiębiorcy jedną z najcenniejszych przestrzeni publicznych miasta.
Wrocław na tym zarabia.
Umowa z operatorem obejmuje trzy edycje jarmarku: 2024/25, 2025/26 i 2026/27.
Operator płaci za zajmowaną powierzchnię, a dodatkowo gmina otrzymuje część przychodu z wynajmu domków.
W pierwszym sezonie udział miasta wynosił 5 proc., później 7 proc., a w sezonie 2026/27 ma wynosić już 10 proc.
Według informacji organizatora wystawcy ponoszą również opłatę dla gminy w wysokości 2,14 zł netto za metr kwadratowy dziennie.
To bardzo ważna różnica.
W przypadku jarmarku nie możemy mówić wyłącznie o „kosztach świąt”.
Mamy także przychody.
I właśnie dlatego należałoby oczekiwać od miast coraz dokładniejszych rozliczeń takich wydarzeń.
Ile naprawdę kosztują święta?
Bo sam rachunek za iluminację również nie pokazuje wszystkiego.
Dochodzi energia.
Transport.
Montaż i demontaż.
Magazynowanie.
Ochrona.
Sprzątanie.
Toalety.
Zabezpieczenie przeciwpożarowe.
Organizacja ruchu.
Obsługa medyczna.
W zależności od modelu część tych kosztów pokrywa miasto, część operator wydarzenia, część wystawcy.
I właśnie tutaj prosty obraz choinki zaczyna przypominać całkiem skomplikowany arkusz kalkulacyjny.
Dlatego porównywanie miast na zasadzie: „Warszawa wydaje tyle, Kraków tyle” również może być mylące.
Jedno miasto wynajmuje dekoracje.
Drugie kupuje.
Trzecie podpisuje kontrakt obejmujący magazynowanie i serwis.
Czwarte korzysta z elementów kupionych wcześniej.
Piąte organizuje jarmark samodzielnie, a szóste przekazuje wydarzenie operatorowi komercyjnemu.
Ta sama choinka może więc w księgowości wyglądać zupełnie inaczej.
Święta zaczynają się coraz wcześniej
Zmienia się również kalendarz.
Poznański jarmark na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich ma rozpocząć się już 14 listopada.
Wrocławskie wydarzenie ruszy w listopadzie.
W innych miastach sezon trwa aż do początku stycznia.
Bo „okres świąteczny” nie oznacza już dwóch tygodni wokół Bożego Narodzenia.
To pełnoprawny sezon gospodarczy trwający nawet półtora miesiąca.
Podobny proces obserwowaliśmy wcześniej w handlu.
Teraz przejęły go miasta.
Listopad staje się grudniem, zanim zdążymy schować znicze po Wszystkich Świętych.
Można się z tego śmiać, ale ekonomicznie ma to swoją logikę: im dłużej działa jarmark, tym dłużej pracują gastronomia, handel i turystyka.
Rybnik próbuje włączyć w święta lokalny biznes
Ciekawą drogą idzie Rybnik.
Miasto nie ogranicza świątecznego programu do rynku i dekoracji. W tym roku zapowiada dwa jarmarki, a dodatkowo powrót Festiwalu Grzańca.
Do przedsięwzięcia mają zostać włączone lokalne restauracje, kawiarnie i bary.
Miasto oferuje oznakowane beczki, kubki i promocję uczestników w swoich kanałach informacyjnych.
To już nie jest tylko miejskie wydarzenie.
To próba użycia świątecznego ruchu do skierowania klientów również do lokalnych przedsiębiorców poza samym jarmarkiem.
I właśnie tutaj pojawia się kryterium, według którego warto oceniać takie imprezy.
Nie tylko:
ile kosztowały?
Ale również:
co po nich zostało w lokalnej gospodarce?
Najdroższa lampka może być ta, której nikt nie policzył
Nie ma nic złego w tym, że miasto chce być piękne.
Nie każda publiczna złotówka musi kończyć jako metr asfaltu albo kolejny segregator w urzędzie.
Przestrzeń publiczna również wpływa na jakość życia.
Światło, wydarzenia, dekoracje i możliwość wspólnego spędzenia czasu mają wartość, choć trudniejszą do zapisania w tabeli budżetowej.
Ale jeśli świąteczna oprawa staje się przedsięwzięciem liczonym w milionach złotych, mieszkańcy mają prawo wiedzieć o niej więcej niż to, że będzie „magicznie”.
Powinni wiedzieć:
ile kosztuje jeden sezon,
ile kosztuje energia,
ile miasto otrzymuje od operatora jarmarku,
ile płacą wystawcy,
ilu przyjeżdża turystów,
ile zostawiają pieniędzy,
ile kosztuje sprzątanie i zabezpieczenie wydarzenia,
a wreszcie — czy cały ten mechanizm przynosi miastu więcej niż tylko efektowne zdjęcia.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi:
czy świąteczne iluminacje są potrzebne?
Pytanie brzmi:
ile jesteśmy gotowi zapłacić za to, żeby miasto przez kilka tygodni było piękniejsze — i czy ktoś później sprawdza, czy ten wydatek rzeczywiście się opłacił?
W grudniu odpowiedź przykryją miliony lampek.
W budżecie światło już nie oślepia.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.





