Przejdź do treści
poniedziałek 12 października 2026
Imieniny: Maksymilian, Witold
12/10/2026Autor

Donald Tusk zwrócił uwagę na niebezpieczną fascynację przemocą wśród młodych ludzi i środowiska internetowe, które mogą ją podsycać. W dyskusji pojawił się również Minecraft. Ale czy odpowiedzi na pytanie o źródła agresji rzeczywiście należy szukać przede wszystkim w komputerze? A może znacznie trudniej przyznać, że dziecko uczy się świata również wtedy, gdy obserwuje rodziców, nauczycieli i innych dorosłych?

Gdy dochodzi do tragedii, zaczynamy szukać winnego

Po serii brutalnych zdarzeń w polskich szkołach, w tym śmiertelnym ataku w Leszczydole-Nowinach, powróciła dyskusja o agresji młodzieży. Premier Donald Tusk podczas wypowiedzi 11 października mówił o internetowej fascynacji przemocą, gloryfikowaniu sprawców brutalnych czynów i niebezpiecznych środowiskach cyfrowych. Przywołał także popularne gry komputerowe, między innymi Minecraft.

Policja informowała o zatrzymaniach, groźbach i niepokojących zachowaniach nieletnich. Wśród przywoływanych przypadków znalazł się nastolatek, który miał odwzorować własną szkołę na platformie Roblox i symulować ataki na uczniów.

Reklama

To poważny sygnał ostrzegawczy. Nie można lekceważyć fascynacji rzeczywistymi sprawcami masowej przemocy ani zachowań wskazujących na przygotowywanie ataku. Nie oznacza to jednak, że każde dziecko grające w Minecrafta znajduje się na drodze do agresji.

Właśnie w tym miejscu potrzebna jest ostrożność.

Kiedy dochodzi do tragedii, społeczeństwo oczekuje prostych odpowiedzi. Chcemy znaleźć przyczynę, wskazać zagrożenie i odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Gra komputerowa jest łatwym celem. Można ją nazwać, pokazać na ekranie, ograniczyć albo zakazać.

Znacznie trudniej zbadać, co działo się w życiu młodego człowieka przez wcześniejsze lata. Jakie miał relacje z rodzicami? Czy doświadczał odrzucenia? Czy ktoś traktował poważnie jego problemy? Jak reagował na konflikty? Czy potrafił rozmawiać o własnych emocjach?

I czy w ogóle miał z kim?

Co nauka mówi o agresji wywoływanej przez gry?

Badania nie dają podstaw do prostego stwierdzenia, że gry komputerowe są przyczyną brutalnych przestępstw młodzieży.

Nie oznacza to jednak, że wszystkie gry są obojętne dla zachowania.

W 2018 roku opublikowano metaanalizę 24 badań podłużnych, obejmujących ponad 17 tysięcy uczestników. Jej autorzy wykazali niewielki, ale statystycznie istotny związek między korzystaniem z gier zawierających przemoc a późniejszymi zachowaniami agresywnymi.

Z kolei metaanaliza z 2020 roku, obejmująca 28 prób badawczych i ponad 21 tysięcy uczestników, przyniosła odmienną interpretację. Autorzy wskazywali, że obserwowane zależności są bardzo słabe, a w badaniach o wyższej jakości metodologicznej nie stwierdzono przekonujących dowodów na długoterminowy wpływ brutalnych gier na agresję.

W następnych latach ukazywały się kolejne analizy wskazujące na pewne niewielkie związki, zwłaszcza we wczesnym okresie dojrzewania.

Spór naukowy nie dotyczy więc wyłącznie tego, czy istnieje jakikolwiek związek. Dotyczy także jego wielkości, metod pomiaru, wieku badanych i znaczenia innych czynników.

Przede wszystkim trzeba odróżnić agresję od ciężkiej przemocy.

Zdenerwowanie po przegranej, agresywna wypowiedź, popchnięcie kolegi, wielomiesięczne prześladowanie rówieśnika i zaplanowany atak z użyciem noża nie są jednym zjawiskiem. Nie można wyciągać wniosków dotyczących najcięższych przestępstw wyłącznie na podstawie badań mierzących ogólną skłonność do agresji.

Minecraft jest grą pozwalającą budować, eksplorować i współpracować. Zawiera elementy fantastycznej walki, ale sprowadzanie jej do symulatora przemocy byłoby zniekształceniem obrazu.

Inna sprawa to społeczności graczy, rozmowy, prywatne serwery i treści tworzone przez użytkowników. Tam mogą pojawiać się nękanie, groźby, niebezpieczne ideologie czy gloryfikowanie przemocy.

To jednak nie to samo co mechanika samej gry.

Czy problemem jest więc to, w co dziecko gra, czy również to, z kim przebywa, czego szuka w internecie i dlaczego właśnie tam szuka akceptacji?

Dobry dom. Tylko dla kogo?

Przy rozmowach o trudnych zachowaniach dzieci często pojawia się określenie „rodzina patologiczna”.

W powszechnym wyobrażeniu oznacza ono dom z alkoholem, przemocą fizyczną, biedą i zaniedbaniem. Tymczasem zaburzone relacje rodzinne nie są przypisane do jednego środowiska społecznego.

Można mieszkać w pięknym domu, mieć stabilną sytuację finansową, zapewniać dziecku zagraniczne wyjazdy, korepetycje, sprzęt elektroniczny i zajęcia dodatkowe, a jednocześnie nie umieć z nim rozmawiać.

Można być rodzicem wymagającym, ambitnym i przekonanym o własnym zaangażowaniu, a nie zauważać, że dziecko coraz bardziej boi się przyznać do porażki.

Można kontrolować oceny, obecność w szkole i czas spędzony przed komputerem, ale nie wiedzieć, czego młody człowiek się wstydzi, komu zazdrości, kto go poniża i dlaczego od tygodni nie chce wychodzić z pokoju.

Nie każda emocjonalnie chłodna relacja prowadzi do agresji. Nie każda kłótnia oznacza przemoc. Jednak badania konsekwentnie pokazują, że jakość relacji rodzinnych ma znaczenie dla rozwoju emocjonalnego i zachowania dzieci.

Surowe metody wychowawcze, poniżanie, brak konsekwencji, konflikty rodzinne oraz niedostateczne wsparcie emocjonalne należą do czynników powiązanych z większym ryzykiem problemów behawioralnych.

Nie chodzi więc o przeciwstawienie dobrych i złych rodziców.

Chodzi o znacznie trudniejsze pytanie: czy rodzic, który zapewnia dziecku wszystko, potrafi również zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego?

Bo dziecko może mieć wszystko, a jednocześnie nie mieć komu powiedzieć, że jest nieszczęśliwe.

Dzieci patrzą. Nawet wtedy, gdy dorośli myślą, że nie widzą

W dyskusji o grach często pytamy, jakich zachowań dziecko uczy się na ekranie.

Rzadziej zadajemy to samo pytanie w odniesieniu do rodziców.

A przecież dziecko obserwuje codzienne sytuacje. Widzi, jak ojciec rozmawia z matką. Jak matka reaguje na błąd ojca. Jak dorośli traktują człowieka, od którego niczego nie potrzebują. Jak zachowują się wobec osób słabszych, zależnych albo mających inne zdanie.

Słyszy komentarze o nauczycielach, sąsiadach, politykach i współpracownikach. Widzi agresję na drodze. Obserwuje poniżanie innych, pogardę, kpinę i demonstrację przewagi.

Dziecko słyszy: „Nie wolno nikogo obrażać”.

Po chwili ten sam dorosły wyzywa innego kierowcę.

Słyszy: „Konflikty rozwiązuje się rozmową”.

A później obserwuje, jak rodzic zdobywa posłuszeństwo krzykiem, zastraszaniem albo upokorzeniem.

Co ma z tego zapamiętać? Słowa czy zachowanie?

Psychologia od dawna opisuje mechanizm uczenia się przez obserwację. Dziecko nie musi być bezpośrednim uczestnikiem przemocy, aby przyswajać określone wzorce rozwiązywania konfliktów.

Ale naśladowanie nie jest automatyczne. Jedne dzieci mogą powtarzać poznane zachowania. Inne wycofują się, unikają konfliktów albo świadomie odrzucają wzorce, których doświadczyły.

W obu przypadkach dorosły pozostaje istotnym punktem odniesienia.

Jest tu również niewygodny społecznie paradoks.

Dorośli potrafią wymagać od dzieci szacunku, nie zawsze okazując im szacunek. Potrafią karać za agresję, sami wykorzystując agresję jako narzędzie wychowawcze.

Trudno oczekiwać, żeby taki komunikat był dla młodego człowieka jednoznaczny.

Dorosły potrafi krzywdzić bardziej elegancko

Kiedy mówimy o agresywnym dziecku, wyobrażamy sobie krzyk, bójkę, wyzwiska czy niszczenie przedmiotów.

Tymczasem agresja dorosłych bywa znacznie mniej widowiskowa.

Może polegać na systematycznym podważaniu wartości drugiej osoby, ośmieszaniu, wymuszaniu posłuszeństwa, manipulowaniu poczuciem winy czy wykorzystywaniu zależności.

Dorosły dysponuje zwykle większym doświadczeniem, przewagą materialną i autorytetem. Potrafi także lepiej ukrywać intencje.

Nie znaczy to, że każde przykre słowo albo konflikt jest przemocą psychiczną. Oceniając zachowanie, trzeba uwzględnić jego charakter, okoliczności, częstotliwość i skutki.

Ale przemoc nie przestaje być przemocą tylko dlatego, że nie pozostawia siniaków.

Dziecko, które obserwuje uporczywe upokarzanie innych, może uznać dominację za normalny sposób budowania relacji.

Gdy podobnie zachowa się wobec słabszego kolegi, dorośli mogą być zdumieni.

Skąd ono się tego nauczyło?

To pytanie warto czasem skierować nie do komputera, lecz do własnego otoczenia.

Czterdzieści siedem procent milczenia

W polskiej dyskusji mamy również dane, które powinny szczególnie zainteresować rodziców.

Z raportu NASK „Nastolatki”, opublikowanego w 2025 roku, wynika, że 47 procent badanych nastolatków, którzy doświadczyli agresji cyfrowej, nie powiedziało o tym nikomu.

Niemal połowa milczała.

Nie wiemy, czy wszystkie te osoby bały się reakcji rodziców. Powodów może być wiele: wstyd, obawa przed eskalacją konfliktu, brak zaufania, przekonanie, że nikt nie pomoże, albo chęć samodzielnego rozwiązania problemu.

Ale skala milczenia jest ważnym sygnałem.

Ten sam raport pokazuje, że przeciętny czas korzystania z internetu przez nastolatków w dni powszednie wynosił 4 godziny i 59 minut dziennie.

To nie jest automatycznie czas stracony ani dowód uzależnienia. Internet służy także nauce, rozmowom i rozrywce.

Jednak trudno mówić o wychowaniu młodego człowieka bez zainteresowania znaczną częścią jego codziennego życia.

I tu powraca pytanie: czy rodzice wiedzą, co dzieje się w cyfrowym świecie ich dzieci?

Nie tylko jakie aplikacje mają zainstalowane.

Czy wiedzą, kto je upokarza? Czego się boją? Co je cieszy? Z kim rozmawiają? Jak reagują, gdy przegrywają, są odrzucane albo stają się obiektem internetowego żartu?

A przede wszystkim: czy dziecko samo chce im o tym powiedzieć?

A jeśli komputer nie jest początkiem problemu?

Wyobraźmy sobie nastolatka, który w szkole czuje się odrzucony. W domu słyszy głównie pytania o oceny. Każda próba rozmowy kończy się pouczeniem. Nie ma poczucia, że jest wystarczająco dobry.

Włącza komputer.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

W świecie gry może coś zbudować, wygrać, zdobyć uznanie, spotkać ludzi podzielających jego zainteresowania. Nikt nie pyta o ocenę z matematyki. Jego pomysł zostaje doceniony.

Zaczyna tam spędzać coraz więcej czasu.

Czy komputer spowodował jego wycofanie?

A może stał się miejscem, do którego wycofał się już wcześniej?

To nie jest opis konkretnego sprawcy ani uniwersalna historia wszystkich graczy. To przykład pokazujący problem interpretacji przyczyny i skutku.

Badania nad korzystaniem z ekranów wskazują, że zależność między aktywnością cyfrową a problemami emocjonalnymi może działać w obie strony. Trudności mogą sprzyjać intensywniejszemu korzystaniu z technologii, które z kolei w pewnych okolicznościach może pogłębiać problemy.

Nie oznacza to, że gry są zawsze zdrową ucieczką. Mogą stać się sposobem unikania rzeczywistych trudności, ograniczać sen, wypierać inne aktywności albo prowadzić do utraty kontroli nad czasem.

Jednak samo odebranie komputera nie rozwiąże automatycznie problemu, który istniał przed jego włączeniem.

Można zabrać dziecku grę. Znacznie trudniej przywrócić mu zaufanie do rodzica.

Szkoła również jest częścią tego świata

Nie wszystkie problemy młodych ludzi zaczynają się w domu.

Istnieje także przemoc rówieśnicza, wykluczenie, zawstydzanie i długotrwałe prześladowanie. Dziecko może doświadczać przykrości w szkole, a po powrocie do domu spotykać te same osoby w internecie.

Granica między światem rzeczywistym a cyfrowym nie jest już tak wyraźna jak dawniej.

Dlatego profilaktyka agresji nie może kończyć się na kontroli gier. Potrzebna jest również szkoła, w której uczeń może zgłosić przemoc bez obawy przed wyśmianiem, zlekceważeniem czy odwetem.

Nie każda osoba doświadczająca prześladowania zaczyna później krzywdzić innych. Takie uproszczenie byłoby niesprawiedliwe i niezgodne z wiedzą o przemocy.

Ważniejsze jest rozpoznawanie niepokojących zachowań oraz reagowanie, zanim konflikt zamieni się w realne zagrożenie.

Amerykańskie analizy dotyczące przemocy szkolnej podkreślają, że nie istnieje jeden wiarygodny profil potencjalnego sprawcy. Nie wystarczy więc wskazać samotnego nastolatka, gracza czy ucznia mającego trudności w kontaktach społecznych.

Potrzebna jest ocena konkretnych zachowań, gróźb, okoliczności oraz możliwości uzyskania pomocy.

Czy Tusk postawił właściwe pytanie?

Premier Donald Tusk zwrócił uwagę na realny problem: internetowe gloryfikowanie przemocy i środowiska, w których brutalność bywa przedstawiana jako coś godnego podziwu.

W jego wypowiedziach pojawiła się także potrzeba większego zaangażowania rodziców i nauczycieli w cyfrowe życie dzieci. Nie byłoby więc rzetelne twierdzenie, że premier całkowicie pominął wychowanie.

Ale publiczna debata wymaga jeszcze jednego rozróżnienia.

Niebezpieczna społeczność internetowa gloryfikująca rzeczywistych zabójców nie jest tym samym co popularna gra, w której dzieci budują domy z wirtualnych klocków.

Oczywiście również popularne gry i platformy mogą być wykorzystywane do rozpowszechniania szkodliwych treści. Nie dowodzi to jednak, że ich zwykłe użytkowanie prowadzi do przemocy.

Jeżeli państwo chce ograniczać zagrożenia, powinno wskazywać konkretne mechanizmy i przedstawiać dowody. Inaczej ryzykujemy, że w dyskusji o przemocy zaczniemy zwalczać symbole, a nie przyczyny.

Nawet najbardziej zdecydowana kontrola internetu nie zastąpi przecież rozmowy z dzieckiem.

Nie rozwiąże konfliktów rodzinnych.

Nie nauczy dorosłego szacunku do słabszego.

Nie zapewni uczniowi poczucia bezpieczeństwa w klasie.

Nie pomoże też automatycznie nastolatkowi, który od miesięcy zmaga się z odrzuceniem albo samotnością.

Czy przemocy przybywa, czy tylko częściej o niej słyszymy?

To kolejne pytanie, którego nie wolno pominąć.

Seria dramatycznych wydarzeń budzi zrozumiały niepokój. Jednak kilka głośnych przypadków nie wystarcza, aby stwierdzić, że całe pokolenie staje się coraz bardziej agresywne.

Potrzebne są porównywalne statystyki dotyczące czynów popełnianych przez nieletnich, ich rodzaju, wieku sprawców oraz zmian w zgłaszaniu zdarzeń.

Trzeba również uwzględnić rolę mediów społecznościowych i tradycyjnych, które mogą sprawić, że informacje o przemocy docierają do milionów osób niemal natychmiast.

Nie oznacza to, że zagrożenie jest pozorne. Oznacza jedynie, że diagnoza społeczna powinna opierać się na danych, a nie wyłącznie na liczbie dramatycznych nagłówków.

Tym bardziej że błędna diagnoza prowadzi zwykle do błędnych działań.

Kto wychowuje dorosłych?

Dochodzi tutaj jeszcze jedna kwestia, szczególnie niewygodna.

Żyjemy w świecie, w którym agresywny język bywa nagradzany uwagą. Publiczne upokorzenie przeciwnika może przynieść popularność. Brutalna wypowiedź staje się internetowym przebojem. Demonstracja dominacji uchodzi czasem za oznakę siły.

Nie można na tej podstawie stwierdzić, że ostra debata publiczna powoduje przemoc w szkołach. Takiego automatycznego związku nauka nie potwierdza.

Ale można zapytać o wzorce społeczne.

Czego uczymy dzieci, kiedy mówimy im o szacunku, a jednocześnie sami nie potrafimy prowadzić sporu bez pogardy?

Czego uczymy, kiedy poniżenie człowieka uznajemy za skuteczny argument?

Czego uczymy, kiedy zamiast rozwiązać konflikt, próbujemy przede wszystkim pokazać, kto ma władzę?

Dziecko nie przestaje obserwować świata po wyłączeniu komputera.

Być może właśnie wtedy zaczyna się najważniejsza lekcja.

Nie jeden winny, lecz wspólna odpowiedzialność

Współczesna wiedza o agresji młodzieży pokazuje, że zwykle nie istnieje jedna przyczyna prowadząca do przemocy.

Znaczenie mają indywidualne predyspozycje, rozwój emocjonalny, doświadczenia rodzinne, relacje rówieśnicze, środowisko szkolne, aktywność internetowa oraz dostępność wsparcia.

Nie można powiedzieć, że każdy agresywny nastolatek pochodzi z domu, w którym występuje przemoc. Nie można też uznać, że wszystkie dzieci z trudnych rodzin będą w przyszłości agresywne.

To samo dotyczy gier.

Wiele dzieci gra intensywnie i prawidłowo funkcjonuje społecznie. Inne mogą mieć poważne trudności mimo niewielkiej aktywności cyfrowej.

Nie należy więc szukać jednego winnego, ale nie należy również rozmywać odpowiedzialności.

Rodzice odpowiadają za wychowanie i bezpieczeństwo dziecka stosownie do swoich możliwości oraz obowiązków. Szkoły odpowiadają za reagowanie na zagrożenia w swoim środowisku. Platformy internetowe mają obowiązki związane z bezpieczeństwem użytkowników. Państwo powinno tworzyć skuteczny system profilaktyki, pomocy i ochrony.

A młodzi ludzie, odpowiednio do wieku, stopnia rozwoju i okoliczności, również ponoszą odpowiedzialność za własne zachowania.

Zrozumienie przyczyn agresji nie jest usprawiedliwianiem przemocy.

Jest warunkiem skutecznego jej ograniczania.

Najtrudniejsze pytania są skierowane do nas

Po ostatnich dramatycznych wydarzeniach warto przyjrzeć się temu, co dzieje się w internecie. Należy reagować na groźby, fascynację masowymi zabójcami, pochwały przemocy i rzeczywiste przygotowania do przestępstw.

Warto również znać gry, w które grają dzieci.

Ale może należałoby zadać sobie jeszcze kilka pytań.

Czy wiemy, dlaczego nasze dziecko jest szczęśliwe albo nieszczęśliwe?

Czy potrafimy wysłuchać jego problemu bez natychmiastowego oceniania?

Czy umiemy przyznać się przed nim do błędu?

Czy dziecko widzi, że potrafimy rozwiązać konflikt bez upokarzania drugiego człowieka?

Czy interesujemy się jego życiem dlatego, że chcemy je zrozumieć, czy wyłącznie wtedy, gdy przestaje spełniać nasze oczekiwania?

I wreszcie: czy potrafimy odróżnić rodzicielski autorytet od potrzeby nieustannej kontroli?

Być może największe nieporozumienie współczesnego wychowania polega na przekonaniu, że skoro zapewniliśmy dziecku odpowiednie warunki materialne, to zapewniliśmy mu również wszystko, czego potrzebuje.

Tymczasem bliskości nie da się kupić. Zaufania nie da się nakazać. Szacunku nie da się wymusić strachem.

Nie oznacza to, że relacje rozwiązują każdy problem ani że odpowiedzialność za przemoc można przerzucić na rodziców. Oznacza, że bez relacji nie sposób zrozumieć całego obrazu.

Donald Tusk zwrócił uwagę na niebezpieczeństwa obecne w świecie cyfrowym. Jest powód, aby traktować je poważnie.

Ale równie poważnie powinniśmy traktować świat, który dorośli tworzą dzieciom każdego dnia.

Bo Minecraft nie wychowuje dzieci samodzielnie. A jeśli przyjmiemy, że to gra odpowiada za wszystko, możemy nie zauważyć ludzi i relacji, które rzeczywiście kształtują młodego człowieka.

I wtedy najważniejsze pytanie pozostanie bez odpowiedzi:

Czy próbujemy zrozumieć, skąd bierze się agresja dzieci, czy po prostu szukamy kogoś, komu można przypisać odpowiedzialność, aby nie przyglądać się sobie?

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *