Stanisław Szukalski, powołując się na francuskiego historyka Jules’a Micheleta, przypominał, że „talent” był kiedyś miarą wartości. Człowiek posiadał umiejętność, dzięki której mógł zarabiać: grał, rzeźbił, budował, pisał, malował. Talent nie był aureolą przymocowaną do głowy wybrańca. Był zdolnością potwierdzoną pracą.
Dziś talent coraz częściej mierzy się inaczej. Liczbą obserwujących, wyświetleń, serduszek i komentarzy. Nie trzeba już umieć grać na instrumencie. Wystarczy nagrać trzydzieści sekund filmu, w którym udaje się, że instrument właśnie odkryto.
Platformy cyfrowe nie stworzyły ludzi pozbawionych umiejętności. Tacy istnieli zawsze. Dały im jednak scenę, mikrofon, reflektor i możliwość codziennego ogłaszania premiery samych siebie.
Widzialność została pomylona z wartością
Największym oszustwem epoki platform nie jest fałszywe zdjęcie ani reklamowany cudowny kosmetyk. Jest nim przekonanie, że skoro ktoś jest widoczny, to musi być wartościowy.
Nie musi.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Algorytm nie ocenia wiedzy, warsztatu, prawdy ani jakości. Ocenia reakcję. Nie odróżnia zachwytu od oburzenia, informacji od bzdury ani dzieła od wygłupu. Liczy, czy człowiek zatrzymał palec na ekranie.
Dla platformy wybitny esej i awantura o źle pokrojonego ogórka są równoprawnymi treściami. Wygrywa ta, przy której użytkownik pozostanie dłużej. Cywilizacja może przegrać, byle zgadzał się czas oglądania.
W ten sposób popularność stała się atrapą kompetencji. Człowiek, którego jeszcze wczoraj nikt nie pytał o zdanie, dzisiaj poucza lekarzy, nauczycieli, ekonomistów i prawników, ponieważ jeden z jego filmów obejrzało pół miliona osób. Nie zdobył wiedzy. Zdobył zasięg. Różnicy często nie zauważa ani on, ani jego publiczność.
ilustracja do artykulu platformowe beztaleciaPraca przestała być fotogeniczna
Prawdziwa umiejętność rodzi się w ciszy. W powtarzaniu tych samych ruchów, poprawianiu błędów, czytaniu, ćwiczeniu, odrzucaniu nieudanych prób. To proces długi, monotonny i niewdzięczny dla kamery.
Platformy kochają natomiast rezultat pozbawiony historii.
Pokazują sukces bez lat przygotowań, ciało bez codziennego wysiłku, książkę bez miesięcy pisania, utwór bez tysięcy godzin ćwiczeń. Wszystko ma wyglądać tak, jakby powstało podczas jednego inspirującego poranka między kawą a współpracą reklamową.
W ten sposób powraca mit talentu jako tajemniczego daru. Jedni „mają to coś”, inni podobno nie. To wygodne kłamstwo. Pozwala publiczności podziwiać efekt bez zastanawiania się nad ceną, a platformowym gwiazdom przedstawiać zwykły produkt marketingowy jako przejaw wyjątkowości.
Najczęściej nie widzimy talentu. Widzimy montaż, światło, makijaż, sponsora, agencję, filtr i dobrze dobrany fragment piosenki.
Warsztat pozostaje poza kadrem, bo często zwyczajnie go nie ma.
Beztalencie jako model biznesowy
Platformowe beztalencie nie oznacza człowieka, który niczego jeszcze nie potrafi. Każdy kiedyś zaczynał. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś brak umiejętności czyni podstawą własnej pozycji, a ignorancję przedstawia jako autentyczność.
Nie umiem śpiewać, ale zrobię z tego serię.
Nie znam tematu, ale wypowiem się pewnie.
Nie przeczytałem książki, lecz ją ocenię.
Nie rozumiem wydarzenia, jednak nagram reakcję.
Nie mam nic do powiedzenia, więc powiem to głośniej.
To już nie jest brak talentu. To przemysłowe zarządzanie własną pustką.
W dawnych czasach człowiek bez przygotowania musiał przynajmniej przekonać redaktora, wydawcę, właściciela sceny albo publiczność zgromadzoną w jednym miejscu. Dziś wystarczy telefon i odrobina bezwstydu. Algorytm resztę załatwi sam, zwłaszcza gdy materiał jest wystarczająco głupi, agresywny albo poniżający.
Kiedyś błazen musiał rozśmieszyć króla. Dzisiaj wystarczy, że rozdrażni statystykę.
Najważniejszym talentem stało się udawanie talentu
Współczesna platforma nagradza nie tyle umiejętność, ile zdolność do stworzenia jej wizerunku.
Można wyglądać jak pisarz, nie pisząc niczego istotnego. Można występować w roli dziennikarza, nie weryfikując żadnej informacji. Można pozować na artystę, produkując wyłącznie warianty cudzych pomysłów. Można uchodzić za eksperta, powtarzając trzy zdania zasłyszane u innych ekspertów.
Najlepiej radzą sobie nie zawsze ci, którzy najwięcej potrafią, lecz ci, którzy najsprawniej opakowują przeciętność.
Platformy nauczyły ludzi jednej szczególnej sztuki: prezentowania siebie jako wydarzenia.
Śniadanie jest wydarzeniem. Nowa fryzura jest wydarzeniem. Wyjazd do sklepu jest wydarzeniem. Zdanie wypowiedziane bez wiedzy i namysłu również jest wydarzeniem — pod warunkiem że zostanie opatrzone dramatyczną muzyką i napisem: „Nikt wam tego nie powie”.
Najczęściej nikt tego nie mówił, ponieważ nie było warto.
Publiczność także ponosi odpowiedzialność
Łatwo wyśmiewać twórców, trudniej przyznać, że platformowe beztalencia nie istnieją bez widowni.
To odbiorcy nagradzają banał uwagą. To oni komentują absurd, przesyłają głupotę znajomym i oglądają do końca materiał, który podobno ich oburza. Każde szyderstwo jest dla algorytmu sukcesem. Każda awantura stanowi formę finansowania kolejnej awantury.
Platformy nie pytają, czy kochamy danego twórcę. Wystarczy, że nie potrafimy przestać na niego patrzeć.
W ten sposób człowiek pozbawiony warsztatu może osiągnąć większą widoczność niż ktoś, kto przez trzydzieści lat rozwijał rzeczywistą umiejętność. Nie dlatego, że jest lepszy. Dlatego, że łatwiej go skonsumować.
Wiedza wymaga skupienia. Głupota przychodzi w pionowym formacie i trwa piętnaście sekund.
Talent nie potrzebuje cudu
Nie chodzi o to, by odebrać ludziom prawo do tworzenia. Przeciwnie. Każdy ma prawo zacząć, próbować, mylić się i rozwijać. Demokracja publikowania jest jednym z największych osiągnięć internetu.
Trzeba jednak przywrócić znaczenie słowom.
Początkujący nie jest jeszcze mistrzem. Popularny nie znaczy wybitny. Rozpoznawalny nie oznacza kompetentny. A człowiek, który codziennie pokazuje swoją twarz, nie staje się przez to artystą.
Talent nie spada z nieba. Nie rodzi się także w algorytmie. Powstaje z pracy, dyscypliny, ciekawości i gotowości do wielokrotnego poprawiania tego, co na początku było słabe.
Platformy próbują nas przekonać, że wystarczy być widocznym. Tymczasem widoczność jest jedynie światłem. Może oświetlić dzieło, ale równie dobrze pustą scenę.
A pusta scena, choćby zebrała milion wyświetleń, nadal pozostaje pusta.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
