Są piosenki, które po pięćdziesięciu latach powinny brzmieć staro.
A jednak nie brzmią.
„Chodź, pomaluj mój świat” zespołu 2 plus 1 jest jedną z nich. Kiedy słucha się jej dzisiaj uważniej, trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś dawno temu napisał piosenkę o naszej współczesności, choć nie znał smartfonów, mediów społecznościowych, komunikatorów, algorytmów ani świata, który dziś coraz częściej nazywamy Matrixem.
W tej piosence pada deszcz.
Mokną kwiaty.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Trawa, drzewa i niebo tracą kolory.
Zegar odmierza czas, który przestaje być potrzebny.
A gdzieś daleko przesuwa się blade słońce, oświetlające równie wyblakłych ludzi.
I nagle pojawia się prośba skierowana do drugiego człowieka:
przyjdź i przywróć temu światu kolory.
Nie popraw gospodarki.
Nie zwiększ zasięgów.
Nie rozwiąż wszystkich problemów.
Po prostu bądź.
Człowiek, który przynosi kolor
W tej piosence jest coś, czego dzisiaj coraz częściej nie zauważamy.
Świat nie staje się piękniejszy dlatego, że zmienia się świat.
Zmienia się dlatego, że pojawia się w nim ktoś drugi.
To ogromna różnica.
Możemy przecież mieć dokładnie to samo mieszkanie, ten sam widok z okna, tę samą pracę i te same problemy. A mimo to jednego dnia wszystko jest szare, a drugiego nabiera koloru.
Dlaczego?
Bo ktoś zadzwonił.
Bo ktoś przyszedł.
Bo ktoś usiadł przy stole.
Bo ktoś zapytał:
— Co u ciebie?
I naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź.
Nie jest przypadkiem, że w piosence pojawiają się farby, kredki, pejzaże, kolory.
Drugi człowiek nie usuwa rzeczywistości.
On ją przemalowuje.
Ten sam świat może być popielaty albo żółty i niebieski.
Zależy czasem od tego, czy przeżywamy go sami.
Dzisiaj mamy wszystkie kolory. A świat robi się coraz bardziej szary
To chyba największy paradoks współczesności.
Nigdy wcześniej świat nie był tak kolorowy.
Ekrany świecą milionami barw. Zdjęcia poprawiają filtry. Zachody słońca mają większe nasycenie niż prawdziwe zachody słońca. Jedzenie na Instagramie wygląda czasami lepiej niż smakuje, a ludzie potrafią wyglądać w internecie szczęśliwiej niż są.
Technologia pomalowała wszystko.
Tylko że coraz częściej zapomniała pomalować człowieka.
Siedzimy przy stołach podobnie jak bohaterka tej starej piosenki.
Tyle że zamiast wyciągać farby, wyciągamy telefon.
Otwieramy okno.
Ale nie to prawdziwe.
Cyfrowe.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Facebook.
Instagram.
TikTok.
Wiadomości.
Poczta.
Kolejna aplikacja.
Jeszcze jedna wiadomość.
Jeszcze jedno powiadomienie.
Jeszcze ktoś czegoś od nas chce.
I nagle mija wieczór.
Byliśmy bardzo zajęci.
Tylko trudno powiedzieć czym.
Zegarek nadal szepcze
W tekście piosenki pojawia się niezwykły obraz zegarka, który w ciszy przypomina o czasie.
O czasie, który staje się niepotrzebny.
To chyba jeden z najmocniejszych fragmentów całej piosenki.
Bo samotność bardzo często nie jest brakiem ludzi.
Jest nadmiarem czasu, którego nie ma z kim dzielić.
Minuta spędzona z kimś bliskim potrafi minąć natychmiast.
Godzina samotności potrafi ciągnąć się przez pół dnia.
A przecież dzisiejszy świat zrobił wszystko, żebyśmy nigdy nie musieli zostać sami ze swoim czasem.
Kiedy robi się pusto — włączamy ekran.
Kiedy robi się cicho — zakładamy słuchawki.
Kiedy pojawia się nuda — przesuwamy palcem.
Kiedy przychodzi smutek — algorytm natychmiast proponuje nam następny film.
Matrix ma jedną niezwykle skuteczną właściwość:
nie pozwala nam poczuć pustki.
Tylko że przez to czasem nie pozwala również zrozumieć, czego nam brakuje.
Można być otoczonym ludźmi i nie mieć nikogo
Jeszcze nigdy nie mieliśmy tylu kontaktów.
Setki numerów telefonów.
Setki znajomych w mediach społecznościowych.
Grupy.
Czaty.
Komentarze.
Obserwujący.
Polubienia.
Reakcje.
Cały cyfrowy tłum.
A jednak być może nigdy wcześniej tak wiele osób nie miało problemu z odpowiedzią na bardzo proste pytanie:
do kogo zadzwonisz, kiedy naprawdę będzie źle?
Nie żeby coś załatwić.
Nie żeby o coś poprosić.
Nie żeby przesłać mem.
Do kogo zadzwonisz i powiesz:
— Posiedź ze mną.
I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć różnicę między kontaktem a bliskością.
Kontakt można zapisać w telefonie.
Bliskości nie.
Najbardziej boimy się stracić to, czego nie doceniamy
Jest jeszcze coś okrutnego w ludzkiej naturze.
Najbardziej oczywiste rzeczy zaczynamy doceniać zwykle wtedy, kiedy przestają być oczywiste.
Czyjaś obecność.
Czyjś głos.
Czyjeś pytanie zadawane codziennie o tej samej porze.
Czyjaś irytująca uwaga.
Drugi kubek stojący na stole.
Buty pozostawione nie tam, gdzie trzeba.
Światło zapalone w drugim pokoju.
Telefon:
— Kiedy wrócisz?
To wszystko bywa banalne.
Czasami nawet męczące.
A potem któregoś dnia tego nie ma.
I człowiek oddałby bardzo wiele, żeby jeszcze raz usłyszeć pytanie, które wcześniej go drażniło.
Bo bliskość najczęściej nie wygląda jak scena z filmu.
Nie gra muzyka.
Nie ma zachodu słońca.
Nie padają wielkie deklaracje.
Bliskość częściej mówi:
— Zrobić ci herbatę?
I może właśnie dlatego tak łatwo ją przeoczyć.
Matrix nauczył nas patrzeć dalej, zamiast patrzeć obok
Dzisiejszy świat nieustannie przekonuje nas, że coś ciekawszego znajduje się gdzie indziej.
Następna wiadomość.
Następny film.
Następny profil.
Następne miejsce.
Następna rzecz do kupienia.
Następna osoba.
Jeszcze jedno przesunięcie palcem i być może pojawi się coś lepszego.
To bardzo niebezpieczny mechanizm, kiedy przenosimy go z ekranu do życia.
Bo człowiek znajdujący się obok zawsze będzie miał jakieś wady.
Będzie czasem zmęczony.
Będzie powtarzał historie.
Będzie miał gorszy dzień.
Będzie się starzał.
Czasem będzie nudny.
Czasem niesprawiedliwy.
Czasem nieznośny.
Człowiek nie jest przecież aplikacją, której możemy zainstalować aktualizację.
I właśnie dlatego bliskość wymaga czegoś, czego współczesny świat bardzo nas oducza:
cierpliwości.
Wyblakłe twarze
W piosence 2 plus 1 jest obraz, który dzisiaj brzmi wręcz niepokojąco współcześnie: blade słońce przesuwa się nad światem i oświetla wyblakłe ludzkie twarze.
Popatrzmy kiedyś na ludzi w autobusie.
W poczekalni.
Na dworcu.
W restauracji.
Czasami nawet przy rodzinnym stole.
Głowy pochylone.
Twarze oświetlone ekranem.
Każdy w swoim świecie.
Kilka osób siedzi pół metra od siebie i żadnej z nich naprawdę tam nie ma.
To chyba właśnie jest Matrix.
Nie maszyna.
Nie sztuczna inteligencja.
Nie wielki komputer.
Matrix zaczyna się wtedy, kiedy świat wirtualny zajmuje nam tyle miejsca, że dla człowieka obok zostają resztki uwagi.
A może jeszcze nikogo obok nie ma?
Jest także inny rodzaj tęsknoty.
Tęsknota nie za kimś utraconym, ale za kimś, kto jeszcze nie przyszedł.
Za drugą osobą.
Za zwyczajnym „my”.
Można przecież mieć dobre życie.
Pracę.
Pasję.
Pieniądze.
Podróże.
Znajomych.
Plany.
Można nauczyć się świetnie funkcjonować samemu.
I mimo wszystko któregoś wieczoru patrzeć przez okno i czuć, że czegoś brakuje.
Nie kolejnego sukcesu.
Nie kolejnej rzeczy.
Nie kolejnego celu.
Kogoś.
Człowiekowi wmówiono ostatnio, że powinien być całkowicie samowystarczalny.
Masz odnaleźć siebie.
Kochać siebie.
Rozwijać siebie.
Realizować siebie.
Dbać o siebie.
I wszystko to jest ważne.
Tylko że człowiek nie został skonstruowany wyłącznie do oglądania własnego odbicia.
Potrzebuje drugiego człowieka.
Nie po to, żeby bez niego nie potrafił istnieć.
Po to, żeby istnienie miało z kim dzielić.
Pomaluj mi życie
Najpiękniejsze w tej starej piosence jest chyba to, że nie pada w niej prośba:
„daj mi lepszy świat”.
Jest inna.
Przyjdź i pomaluj ten, który już mam.
Ze wszystkimi jego problemami.
Deszczem.
Szarością.
Czasem.
Samotnością.
Nie trzeba przecież przemalowywać całego świata.
Czasami wystarczy jeden człowiek.
Ktoś, kto sprawi, że zwyczajny spacer stanie się wspomnieniem.
Ktoś, komu pokażemy księżyc, choć przecież widział go tysiące razy.
Ktoś, przy kim milczenie nie będzie niezręczne.
Ktoś, kto zna naszą twarz bez filtrów.
Ktoś, komu nie trzeba udowadniać, że jesteśmy ciekawi, silni, skuteczni i szczęśliwi.
Ktoś, przy kim można po prostu być.
Może właśnie za tym najbardziej tęsknimy, choć tak rzadko potrafimy to nazwać.
Za światem, którego nie musimy przeżywać sami.
I być może warto czasem odłożyć telefon.
Spojrzeć na człowieka siedzącego obok.
Albo pomyśleć o tym, którego już obok nie ma.
Albo o tym, którego wciąż mamy nadzieję spotkać.
Bo któregoś dnia możemy odkryć coś bardzo niewygodnego:
mieliśmy dostęp do całego świata, ale zabrakło nam kogoś, z kim chcielibyśmy ten świat oglądać.
I wtedy wszystkie ekrany, wszystkie wiadomości, wszystkie zdjęcia i wszystkie cyfrowe kolory mogą nagle okazać się zadziwiająco blade.
Bo może 2 plus 1 już pół wieku temu powiedzieli coś, czego Matrix bardzo nie chce nam przypominać:
światu nie zawsze potrzeba więcej kolorów.
Czasem potrzeba drugiego człowieka, który pomoże nam je zobaczyć.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
