Felieton:
Są teksty, które się nie starzeją.
„Bal w Operze” Tuwima jest jednym z nich — bo nie opowiada o konkretnym rządzie, partii czy epoce. Opowiada o mechanizmie. O chwili, gdy władza przestaje być odpowiedzialnością, a staje się dekoracją.
I trudno dziś nie mieć wrażenia, że ten bal trwa także w skali powiatu, gminy i urzędu z plastikowym godłem na ścianie.
Tuwim pisał o salonach, które same siebie uznały za elitę. O ludziach przekonanych, że stanowisko jest dowodem kompetencji, a nie tylko wynikiem wyborczego przypadku. W jego wizji „bal” był miejscem, gdzie pozory zastępowały rzeczywistość, a język godności maskował zwykłą małość.
Brzmi znajomo.
Wystarczy wejść na sesję rady, konferencję prasową starostwa albo obejrzeć urzędowy materiał promocyjny, by zobaczyć podobny spektakl. Garnitury są, mikrofony są, poważne miny są. Czasem nawet slajdy z PowerPointa. Brakuje tylko odpowiedzialności za decyzje — ale to już detal, który nie psuje scenografii.
Demokracja ma jedną wadę: zakłada, że wyborcy wybierają ludzi zdolnych do rozumienia państwa i wspólnoty. Nie przewiduje sytuacji, w której mandat staje się dla kogoś dowodem wyższości, a nie zobowiązaniem.
I wtedy zaczyna się lokalny bal.
Radny, który myli funkcję kontrolną z funkcją towarzyską.
Starosta, który myli promocję z pracą.
Urzędnik, który myli stanowisko z własnością.
To nie są patologie spektakularne. To raczej powolne osuwanie się standardów — tak ciche, że często niezauważalne dla mieszkańców zajętych własnym życiem.
Najgroźniejsze jest jednak coś innego: przekonanie, że skoro zostali wybrani, to wszystko im wolno.
Tuwim szydził z elit, które uważały się za lepsze z samego faktu istnienia. Dziś lokalna wersja tej postawy wygląda bardziej prowincjonalnie, ale mechanizm pozostaje identyczny. Wystarczy kilka lat przy władzy, kilka zdjęć z uroczystości, kilka artykułów w finansowanej przez urząd gazetce — i rodzi się poczucie nietykalności.
Bal trwa.
Czasem ktoś próbuje go przerwać — dziennikarz, mieszkaniec, radny zadający niewygodne pytania. Wtedy reakcja jest niemal zawsze taka sama: oburzenie. Jakby ktoś naruszył świętość, a nie zwykły urząd publiczny.
Bo władza lokalna bardzo lubi, gdy traktuje się ją jak dwór.
Tyle że demokracja nie jest operą. Nie ma loży honorowej ani arystokracji z definicji. Są tylko funkcje publiczne, które można pełnić dobrze albo źle.
I dlatego „Bal w Operze” nadal działa jak lustro. Pokazuje, że degeneracja życia publicznego rzadko zaczyna się od wielkich afer. Najczęściej zaczyna się od małego przekonania, że urząd należy do urzędnika, a nie do obywatela.
A potem już gra orkiestra.







