Felieton: „Przemoc cicha, przemoc głośna”
Są takie chwile, kiedy człowiek ma ochotę opuścić ręce, zrobić herbatę z nadzieją, że świat choć na pięć minut przestanie pękać w szwach — i wtedy nadchodzi kolejny wyrok. Kolejna sprawa z DPS-u. Kolejna historia, w której ktoś, kto miał być opiekunem, staje się oprawcą. Jordanów. Gdańsk. I wiele miejsc pomiędzy, o których nikt jeszcze nie napisał, bo zabrakło odwagi albo sygnalista nie wytrzymał ciśnienia.
I my mamy udawać, że to wyjątki?
„Zachowania jednostkowe”?
„Incydenty, które nie definiują instytucji”?
Oczywiście — tak długo, jak nie dotyczy to nas, naszych bliskich, naszych słabszych, naszych cichych.
Świeccy. Zakonni. Codzienni.
W Jordanowie to zakonnice. W Gdańsku świeccy. W Obornikach Śląskich — urzędnicy, którzy potrafili przymknąć oko tak mocno, że zgubili człowieka między papierami, jak za dużą skarpetkę w pralce.
Nie ma jednej grupy winnych.
Jest jedna wspólna cecha: brak odpowiedzialności, który kiełkuje tam, gdzie nikt nie patrzy.
Bo przemoc nie rodzi się z hukiem.
Ona wchodzi po cichu, w kapciach, z uśmiechem. Najpierw jedna niestosowna uwaga. Potem zimne spojrzenie. Potem przywiązana ręka. Potem mop. Potem krzyk. I w końcu zupełna obojętność — ostatni stopień przemocy, najbrutalniejszy ze wszystkich.
Jak to możliwe, że znów dochodzi do tego samego?
Można tłumaczyć systemem. Przepracowaniem. Niedofinansowaniem.
Ale jest coś jeszcze: społeczna zgoda na „nicnierobienie”.
W Jordanowie dzieci z niepełnosprawnościami wiązano pasami.
W Gdańsku radio przez wiele miesięcy śledziło DPS, bo nikt inny nie miał odwagi zajrzeć za drzwi, gdzie pachniało upokorzeniem.
W Obornikach Śląskich pan Andrzej został wypchnięty z opieki jak niechciany karton, bo instytucje miały „inne priorytety”.
A w tym samym czasie władze, dyrekcje, osoby decyzyjne robiły to, w czym czują się najlepiej: kolędowały, debatowały, składały życzenia i zapewniały o wrażliwości społecznej, która najwyraźniej wyparowuje przy pierwszym kontakcie z realnym problemem.
Media jako ostatnia izba przyjęć sumienia
To paradoks — ale dziennikarz nie powinien ratować systemu.
A jednak ratuje.
To dziennikarze nagłośnili Jordanów.
To dziennikarze tropili Gdańsk.
To dziennikarze potrafili dostrzec człowieka w Obornikach Śląskich, gdy MGOPS-u bardziej zajmowała tabelka niż życie.
Świat wywrócił się tak bardzo, że media stały się jedyną instytucją, która jeszcze reaguje na ból.
Czy społeczeństwo naprawdę boi się pustego talerza na stole?
A może chodzi o to, że puste miejsce dla wędrowca jest romantyczne tylko wtedy, gdy mamy pewność, że zjawiskiem wigilijnym będzie co najwyżej spóźniony wujek, a nie ktoś naprawdę potrzebujący?
Może boimy się, że jeśli przyjmiemy jedną osobę w potrzebie, zaraz przyjdą kolejne.
Może boimy się, że system, który nosimy w głowie — system, który mówi: „u nas takich rzeczy nie ma” — zacznie się kruszyć.
Może boimy się prawdy bardziej niż przemocy.
A prawda jest jak zawsze brutalnie prosta:
Instytucje zawodzą, bo mogą.
Ludzie krzywdzą, bo nikt ich nie kontroluje.
A przemoc nie odróżnia habitu od eleganckiego garnituru — wystarczy jej chwila nieludzkiego milczenia.
I tylko jedno pytanie pozostaje aktualne:
Czy chcemy o tym pisać dopiero wtedy, gdy zapadnie kolejny wyrok?
Bo jeśli tak, to za rok znów przeczytamy o kolejnym DPS-ie, kolejnym panie Andrzeju, kolejnej zakonnicy, kolejnym urzędniku i kolejnej społeczności, która wiedziała, ale nie widziała.
Autor: Rafał Chwaliński






