Dlaczego program OŚKA miał być nowoczesny, a wygląda jak relikt z epoki modemów? I co poszło nie tak już na starcie?
Kiedy rabat staje się iluzją?
Nowoczesne karty mieszkańca w polskich miastach oferują ekosystem usług: komunikację miejską, powiadomienia kryzysowe, zniżki podatkowe, integrację z kulturą, parkingami, edukacją. A w Obornikach Śląskich? No cóż. Gmina dorobiła się systemu, który w najlepszym razie przypomina program lojalnościowy z taniego marketu sprzed dwóch dekad — tylko bez nagrody w postaci tostera.
Władze gminy opowiadają narrację o „zachęcaniu do płacenia podatków”, ale robią to bez podsuwania choćby najmniejszego powodu, by mieszkaniec pomyślał: „O, warto”. Brakuje modułów bezpieczeństwa, integracji z sieciami energetycznymi, alertów, powiadomień o sesjach rady, kalendarza kulturalnego — krótko mówiąc, brakuje wszystkiego, co w XXI wieku definiuje kartę mieszkańca.
Czy to naprawdę miało tak wyglądać?
W felietonach lubię zadawać proste pytania. Choćby takie: czy ktoś w urzędzie sprawdził, jak działają karty w innych miastach? A może ktoś naprawdę uwierzył, że mieszkańcy zrezygnują z części podatków na rzecz gminy, bo dostaną 5% rabatu na pizzę albo manicure?
Na sesji rady — jak pamiętasz — panowała cisza. Żadnych wątpliwości. Żadnych dociekliwych pytań. Burmistrz deklarował, że „to ma zachęcić do płacenia PIT-u tutaj”, ale nie wyjaśnił, jak, skoro system nie przewiduje żadnej ulgi podatkowej. Tego typu marketing działa tylko w teorii. I to w teorii bardzo dziecinnej.
„Zobaczymy, jak to zadziała” — brzmiało zapewnienie. To właśnie moment, w którym człowiek zaczyna się bać, bo publiczne pieniądze nie służą eksperymentom, tylko wdrażaniu przemyślanych rozwiązań.
Dla kogo więc jest ta karta?
Najprostsza odpowiedź brzmi: dla firmy wdrożeniowej. To ona zyskuje najwięcej.
System wygląda jak typowy prefabrykat: zrobić layout, wkleić logo, dodać listę rabatów od partnerów, którzy sami muszą się zgłosić — i wystawić fakturę. To nie jest smart city. To nie jest nawet smart village. To jest smart-sprzedam-i-zapomnę.
Mieszkańcy nie zyskali niczego, czego nie mieli już wcześniej — informacji z Facebooka, rabatów z lokalnych ulotek czy kalendarza wydarzeń, który każdy i tak śledzi w mediach społecznościowych.
To nie jest integracja. To nie jest innowacja.
To jest system pozorów za publiczne pieniądze.
Po co więc była ta karta?
A tutaj robi się ciekawie. Bo w sezonie przedwyborczym karta daje władzom możliwość ogłoszenia sukcesu. „Oddajemy mieszkańcom nowe narzędzie! Nowoczesne rozwiązania dla lokalnej społeczności!”. Tyle że narzędzie jest puste, a „nowoczesność” ogranicza się do kolorowych ikon w aplikacji.
W praktyce:
– nie ma powiadomień kryzysowych,
– nie ma integracji podatkowej,
– nie ma informacji o sesjach i uchwałach,
– nie ma modułów bezpieczeństwa,
– nie ma narzędzi do zgłaszania usterek,
– nie ma nawet kalendarza imprez gminnych.
Są rabaty. Wątpliwe, losowe, symboliczne.
Gdybyśmy byli w roku 2003 — powiedziałbym: „świetna robota”.
W roku 2026 — to kpina z inteligentnych rozwiązań.
A co z mieszkańcami, którzy naprawdę płacą podatki w gminie?
Nic. Absolutnie nic.
Nie mają żadnej ulgi, żadnego przywileju, żadnej nagrody za to, że finansują funkcjonowanie samorządu.
Zamiast tego dostają aplikację, która w teorii „ma zachęcać”, a w praktyce — zniechęca, bo trudno traktować poważnie narzędzie, które samo siebie nie traktuje poważnie.
Jak powiedział pewien lokalny przedsiębiorca (zachowuję anonimowość):
„Rafał, to jest zabawka. Ładna, kolorowa, ale kompletnie nieprzydatna. Ja nie mam czasu bawić się rabatami.”
Czyli diagnoza jest prosta.
Czy da się to jeszcze uratować?
Tak — ale pod jednym warunkiem: trzeba przestać udawać, że mamy gotowy system. Bo nie mamy.
System trzeba zbudować od nowa — zaczynając od realnych potrzeb mieszkańców, a nie od folderu promocyjnego.
Czego potrzeba naprawdę?
integracji z systemami kryzysowymi,
informacji o sesjach, uchwałach i konsultacjach,
kalendarza wydarzeń i bazy usług publicznych,
modułu zgłoszeń drogowych,
powiązania z podatkami,
systemu ulg za faktyczne rozliczanie PIT w gminie,
API dla instytucji kultury i sportu,
przejrzystości finansowej projektu,
- komunikacja lokalna.
Bez tego karta pozostanie gminną wydmuszką — atrakcyjną tylko dla firmy, która ją sprzedała.
Podsumowanie — czyli felietonowy gwóźdź do tej szafy z rabatami
Władza lubi proste narzędzia: stworzyć aplikację, dać kilka zniżek, wstawić zdjęcia uśmiechniętych ludzi i ogłosić sukces. Tylko że mieszkańcy już dawno nie są naiwni. Wiedzą, że smart city to nie jest kolorowy kafelek w telefonie, tylko system, który rozwiązuje problemy.
A OŚKA problemów nie rozwiązuje. Ona je zasłania.
Ładnym zdjęciem. Ładnym hasłem. Ładną narracją.
Ale za tą fasadą nie ma niczego.
I to jest największa wada tego projektu.
Autor: Rafał Chwaliński






