To nie jest zwykła urzędowa korespondencja. To seria dokumentów, które – czytane jeden po drugim – zaczynają układać się w coś znacznie poważniejszego. W pytanie, które pada coraz częściej w Oborniki Śląskie:
czy przewodnicząca rady działa jeszcze jako radna… czy już jako urzędnik blokujący dostęp do informacji?
Najpierw fakty. I jest ich sporo
9 kwietnia 2026 roku do radnego Marka Mańczaka trafia cała seria pism. Jedno za drugim. Różne tematy – identyczna konstrukcja.
Każde zaczyna się niemal tak samo:
„wzywam Pana do przedstawienia stanu faktycznego oraz istotnego problemu do gminy…”
I dalej: termin 7 dni. Bez tego – brak dalszego procedowania.
Tematy? Z pozoru różne, ale wszystkie niewygodne:
- inwestycje drogowe
- brak przetargu na rozbudowę szkoły
- sprzedaż działek i ich przeznaczenie
- konflikty interesów
- organizacja jarmarku
- inwestycje infrastrukturalne
Sześć, siedem… osiem tematów. Jednego dnia.
To już nie jest przypadek. To mechanizm.
Mechanizm, który budzi pytania
Radny zadaje pytanie – to standard w każdej gminie.
Ale tu pojawia się filtr:
👉 najpierw „udowodnij”, że masz powód, by pytać.
Problem w tym, że…
prawo tego nie wymaga.
Radny:
- nie musi uzasadniać, dlaczego pyta,
- nie musi udowadniać „istotnego problemu”,
- nie musi pisać elaboratu, żeby dostać odpowiedź.
Ma prawo pytać. Kropka.
A przewodnicząca?
Tu zaczyna się najciekawsza – i najbardziej kontrowersyjna – część.
Przewodnicząca rady:
- prowadzi obrady,
- organizuje pracę rady,
- dba o procedury.
Ale nie jest:
❌ cenzorem pytań radnych
❌ recenzentem ich zasadności
❌ „bramkarzem” informacji
A z dokumentów wynika coś zupełnie innego.
Zamiast kontroli – blokada?
Zamiast odpowiedzi na pytania pojawia się:
- wezwanie,
- termin,
- warunek.
I dopiero potem – być może – odpowiedź.
To zmienia logikę działania samorządu.
Bo rada ma kontrolować urząd.
Reklama

Reklama
g(26124802)a(3459702))
Reklama
g(25882096)a(3459702))
Reklama

A tu?
👉 wygląda, jakby ktoś próbował kontrolować… radnego.
Jeszcze jedna rzecz, która nie daje spokoju
W każdym piśmie pojawia się ten sam przepis:
art. 24 ust. 5 ustawy o samorządzie gminnym.
Problem?
Nie dotyczy on trybu zadawania pytań przez radnych.
Nie daje też podstaw do:
- żądania „uzupełnień”,
- ani wstrzymywania odpowiedzi.
Więc pojawia się kolejne pytanie:
na jakiej podstawie prawnej działa przewodnicząca?
Radna… czy obrońca urzędu?
To chyba najmocniejszy wątek tej sprawy.
Bo przewodnicząca to nie tylko funkcja.
To też mandat radnej.
A radny powinien:
- interesować się problemami mieszkańców,
- wspierać ich wyjaśnianie,
- patrzeć władzy na ręce.
Tymczasem z dokumentów można odnieść wrażenie odwrotne:
👉 jakby ważniejsze było ograniczenie pytań niż uzyskanie odpowiedzi.
I tu pojawia się trudne, ale konieczne pytanie:
czy mamy do czynienia z próbą ochrony urzędu i burmistrza przed niewygodnymi tematami?
To już nie jest drobny spór
To zaczyna wyglądać jak lokalna sensacja.
Bo jeśli:
- radny nie może swobodnie zadawać pytań,
- odpowiedzi są uzależniane od dodatkowych warunków,
- a przewodnicząca wchodzi w rolę „filtra” informacji…
to problem przestaje być personalny.
👉 staje się systemowy.
Na końcu zostaje jedno pytanie
I ono będzie wracać.
Na sesjach. W rozmowach. Wśród mieszkańców.
Czy przewodnicząca rady reprezentuje mieszkańców… czy urząd?
Bo od odpowiedzi na to pytanie zależy coś więcej niż polityczny spór.
Zależy zaufanie.