Państwo polskie ma do alkoholu stosunek… ambiwalentny. Z jednej strony moralizuje, straszy, poucza. Z drugiej – liczy wpływy z akcyzy z dokładnością co do grosza. Alkohol jest legalny, wszechobecny, promowany kulturowo i społecznie. Na stacjach benzynowych, w marketach, na weselach, chrzcinach, imieninach, sylwestrach, grillach i „po ciężkim dniu pracy”. Pijemy „bo wszyscy piją”. Bo to normalne. Bo to przecież nie problem – dopóki problemem się nie stanie.
A kiedy się stanie, wtedy nagle pojawia się pytanie: dlaczego społeczeństwo ma za to płacić?
ZUS w swojej odpowiedzi mówi jasno: w 2024 roku około 2,5 tysiąca osób pobierało renty z tytułu niezdolności do pracy spowodowanej schorzeniami związanymi z alkoholem. Łączny koszt: 61,4 mln zł. To nie jest margines. To nie są „jednostkowe przypadki”. To jest system.
I teraz kluczowe pytanie, które zadaje wiele osób – całkiem uczciwie:
Czy osoby pobierające tzw. rentę alkoholową są w trakcie leczenia?
Odpowiedź brzmi: prawo tego nie wymaga.
Jak to działa naprawdę – bez emocji, ale bez złudzeń
W polskim systemie prawnym nie istnieje świadczenie o nazwie „renta alkoholowa”. To skrót myślowy. W praktyce chodzi o rentę z tytułu niezdolności do pracy, przyznawaną wtedy, gdy:
doszło do trwałego lub długotrwałego uszczerbku na zdrowiu,
osoba jest niezdolna do wykonywania pracy zarobkowej,
spełnia warunki ubezpieczeniowe,
a schorzenie zostało potwierdzone przez lekarza orzecznika ZUS.
Jeżeli przyczyną tej niezdolności są choroby związane z alkoholem – marskość wątroby, zaburzenia psychiczne, toksyczne uszkodzenia organizmu – świadczenie przysługuje na takich samych zasadach, jak w każdej innej chorobie.
I tu pojawia się punkt zapalny:
leczenie odwykowe nie jest warunkiem przyznania renty.
Tak samo jak abstynencja.
Tak samo jak „poprawa stylu życia”.
ZUS nie jest terapeutą. Jest instytucją ubezpieczeniową. Ocena dotyczy skutku zdrowotnego, nie moralności.
Fundusz przeciwdziałania alkoholizmowi i… renta. Zgrzyt, który słychać
I teraz dochodzimy do największego paradoksu.
Państwo:
pobiera akcyzę od alkoholu,
z tej akcyzy tworzy fundusze profilaktyki i leczenia uzależnień,
deklaruje walkę z alkoholizmem,
a jednocześnie finansuje renty dla osób, których zdrowie alkohol zniszczył.
Czy to absurd?
Nie do końca.
Czy to hipokryzja?
Już bliżej.
Bo w praktyce wygląda to tak:
najpierw system nie przeszkadza pić, potem nie potrafi skutecznie leczyć, a na końcu płaci za konsekwencje.
I nie – to nie jest atak na osoby uzależnione. Alkoholizm to choroba. Prawdziwa, ciężka, często śmiertelna. Problem leży gdzie indziej.
Gdzie jest logika? I dlaczego jej nie widać
Logika się urywa w momencie, gdy:
alkohol jest dostępny wszędzie i zawsze,
kultura picia jest społecznie akceptowana,
presja „napij się” jest silniejsza niż ostrzeżenia,
a odpowiedzialność rozmywa się między „wolnym wyborem” a „chorobą”.
Jednego dnia mówimy: „każdy odpowiada za siebie”.
Drugiego dnia składamy się wszyscy – poprzez podatki – na leczenie i świadczenia.
I znów: to nie jest zarzut wobec chorego.
To pytanie do systemu.
Znieść renty? Nie. Ale udawać, że problemu nie ma – też nie
Czy renty powinny być zniesione?
Nie. Bo to karałoby ludzi za chorobę.
Czy powinny być powiązane z realnym procesem leczenia i terapii?
To pytanie już jest zasadne.
Czy państwo powinno poważnie zastanowić się nad:
ograniczeniem dostępności alkoholu,
realną profilaktyką,
wsparciem zanim dojdzie do zniszczenia zdrowia,
a nie dopiero wtedy, gdy rachunek jest najwyższy?
Bez wątpienia.
Bo dziś sytuacja wygląda tak, jakbyśmy wszyscy grali w grę:
„Pij, ile chcesz. A jak się złamiesz – system cię poskłada. Jakoś.”
I to nie jest ani mądre, ani uczciwe. Ani wobec uzależnionych. Ani wobec tych, którzy na to wszystko się składają.
Alkohol nie jest tylko „dla inteligentnych i kulturalnych”.
On nie wybiera.
Upadla każdego tak samo – tylko tempo bywa różne.
A państwo, które na tym zarabia, a potem udaje zdziwienie, patrząc na skutki, powinno wreszcie spojrzeć w to lustro bez uśmiechu.
Bo rachunek – jak widać – już leży na stole.
Autor: Rafał Chwaliński








