Warszawa, marzec 2026. W Sądzie Okręgowym na Pradze za kilka tygodni rozpocznie się jeden z największych procesów o piramidę finansową w historii Polski. Na ławie oskarżonych zasiądzie 72 osoby – w tym matka i syn, którzy przez lata sprzedawali marzenie o sztuce i szybkim zysku. Obiecywali 18–30 proc. zwrotu w pół roku. Zamiast tego tysiące ludzi straciło oszczędności życia. A rzeźby? Często w ogóle nie istniały.
Joanna S., lat 50+, pochodzi z Wadowic. Zwykła kobieta, która w Szwecji otworzyła galerię Galleri New Form. Z synem Mikaelem stworzyli sieć salonów w Gdańsku, Gdyni, Warszawie i Białymstoku. Na wizytówkach – eleganckie rzeźby czeskich artystów. W umowach – gwarancja odkupu z sowitym zyskiem. Klient wpłacał pieniądze, dostawał certyfikat własności dzieła sztuki i… czekał. Na początku naprawdę dostawał wypłaty. To był haczyk.
„Zawsze pragnęłam, by pokochali sztukę…” – napisała Joanna z aresztu w Białymstoku w 2022 roku. „Żyliśmy w skrajnej nędzy i biedzie, ale ja byłam szczęśliwa, że mogłam do końca płacić klientom.” Brzmi jak spowiedź. Tylko że prokuratura widzi co innego: klasyczną piramidę Ponziego w artystycznym przebraniu. Nowe wpłaty spłacały stare. A gdy dopływ pieniędzy się skończył – wszystko runęło.
„Kupiłem rzeźbę, której nie było”
Prokuratura Regionalna w Białymstoku policzyła wszystko co do grosza. W latach 2016–2017 na konta Galleri New Form wpłynęło ponad 630 mln zł i 4,5 mln euro. Pokrzywdzonych jest 1735 osób. Straty? Minimum 513,4 mln zł, plus prawie 3,6 mln euro i 44,5 tys. dolarów. Największe kwoty – nawet po kilka milionów od jednej osoby. Wielu brało kredyty, zastawiało mieszkania, oddawało oszczędności emerytalne.
Jeden z poszkodowanych, ksiądz, stracił milion złotych – pieniądze „z własnych oszczędności”. W komentarzach pod artykułami ludzie pisali: „Idioci sami się pchali z pieniędzmi”. Ale dla większości to nie była chciwość. To była wiara w „pewny interes” opakowany w sztukę. Rzeźby pokazywano na zdjęciach. Certyfikaty wyglądały jak z muzeum. Tylko że trzech czeskich artystów, których prace rzekomo sprzedawano, zeznało przed prokuraturą jednoznacznie: nigdy nie poznali Joanny S., nigdy nie sprzedali jej żadnej rzeźby, a certyfikaty musiały być sfałszowane.
To nie był handel sztuką. To był handel marzeniem.
Matka i syn na celowniku
Joanna i Mikael S. ukrywali się latami. Czerwona nota Interpolu, europejski nakaz aresztowania, listy gończe w 190 krajach. Zatrzymano ich w Hiszpanii w 2021 roku. Ekstradowani do Polski. Od 2022 siedzą w areszcie. Akt oskarżenia, który liczy ponad 5500 stron i waży tyle, że trzeba go wozić wózkami, trafił do sądu w grudniu 2025. Początkowo w Białymstoku, ale w lutym 2026 Sąd Apelacyjny przeniósł sprawę do Warszawy – bo tu mieszka zdecydowana większość świadków.
Oprócz matki i syna na ławie oskarżonych zasiądzie 70 agentów i koordynatorów – ludzi, którzy chodzili od drzwi do drzwi, od salonu do salonu i sprzedawali „inwestycję życia”. Dostawali prowizje. Niektórzy zarobili miliony. Jeden z agentów – jak podawały media – „zarobił” 20 mln zł.
Gdzie są pieniądze?
To pytanie zadają sobie nie tylko pokrzywdzeni, ale i śledczy. Część środków trafiła na konta na Cyprze. Część – na wypłaty dla pierwszych inwestorów. Reszta? Prokuratura zabezpieczyła nieruchomości i rachunki, ale odzyskano zaledwie ułamek. „Gdzie zniknęło pół miliarda?” – pyta tytuł reportażu w dzisiejszym Dużym Formacie Gazety Wyborczej. I nie ma na to prostej odpowiedzi.
Joanna S. w listach z aresztu podkreślała, że „w oczach wszystkich jestem potworem, który oszukiwał ludzi”. Twierdzi, że nigdy nie chciała, by ktokolwiek stracił. Że sama żyła skromnie. Ale prokuratorzy nie mają wątpliwości: prowadziła działalność bez zezwolenia KNF, wprowadzała w błąd co do realności obrotu sztuką i czyniła sobie „stałe źródło dochodu z popełniania przestępstwa”.
Największa afera sztuki w Polsce
Porównują ją czasem do Amber Gold. Tylko że zamiast złota – rzeźby. Zamiast biurowców – galerie z eleganckimi witrynami. Zamiast celebrytów na billboardach – szeptana reklama na salonach: „Znam kogoś, kto zarobił 30 proc. w pół roku”. I działało. Aktorzy, dziennikarze, przedsiębiorcy, lekarze, nawet duchowni – wszyscy uwierzyli.
Teraz, po ośmiu latach śledztwa prowadzonego przez ABW i Prokuraturę Regionalną w Białymstoku, sprawa wchodzi na salę sądową. Proces będzie długi. Tomów akt jest 263 główne + 1100 załączników. Świadków – setki. Ofiary chcą usłyszeć prawdę. Chcą zobaczyć, jak „potwór” z Wadowic i jej sieć tłumaczą się przed sądem.
A rzeźby? Te, których nigdy nie było, nadal wiszą tylko na starych certyfikatach. Jak dowód winy. Albo jak smutne przypomnienie, że najdroższa sztuka to czasem ta, której nigdy nie zobaczysz na własne oczy.
Proces rusza niebawem. Będziemy relacjonować. Bo ta historia dopiero się zaczyna.




