To jeden z tych punktów obrad, które na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie.
Bez emocji. Bez sporów. Bez kamer.
Ot – zmiana uchwały, korekta sformułowań, porządkowanie dokumentów.
Ale właśnie w takich momentach administracja pokazuje swoją prawdziwą twarz.
Chodzi o uchwałę zmieniającą wcześniejsze stanowisko Rady Miejskiej w sprawie skargi na bezczynność burmistrza. Skargi, która – przypomnijmy – nie wzięła się z powietrza, lecz z realnego braku działania organu wykonawczego.
Nie badamy faktów. Poprawiamy język
W uzasadnieniu nowej uchwały pada kluczowe zdanie – niezwykle wygodne dla władzy:
„Zmiana uchwały ma charakter formalny i dostosowujący do uwag Wojewody”.
Czyli:
nie analizujemy ponownie zachowania burmistrza,
nie sprawdzamy, czy bezczynność miała miejsce,
nie odnosimy się do meritum skargi.
Zmieniamy tylko… słowa.
Bo Wojewoda zwrócił uwagę nie na to, czy burmistrz działał,
lecz jak rada opisała swoje stanowisko.
Efekt końcowy? Idealny dla władzy
Po korekcie:
skarga zostaje uznana za bezzasadną,
sprawa zostaje zamknięta,
odpowiedzialność rozmyta,
konflikt administracyjnie wygaszony.
Bez odpowiedzi na najważniejsze pytanie:
czy burmistrz faktycznie był bezczynny?
Bo tego rada już nie sprawdza.
To nie jest rozstrzygnięcie. To jest zabieg proceduralny
W normalnym, uczciwym trybie:
uwagi Wojewody powinny skłonić radę do ponownej, pogłębionej analizy skargi,
do sprawdzenia dokumentów, terminów, obowiązków burmistrza,
do jasnego wskazania: była bezczynność albo jej nie było – i dlaczego.
Tymczasem w Obornikach Śląskich wybrano inną drogę:
👉 zmieniamy narrację, nie rzeczywistość.
Administracyjne wygaszenie konfliktu
To klasyczny mechanizm znany z administracji:
Skarga pojawia się – bo ktoś widzi problem.
Sprawa robi się niewygodna – bo dotyczy burmistrza.
Wojewoda wskazuje błąd formalny – nie w zachowaniu, lecz w uchwale.
Rada poprawia uchwałę.
Skarga znika z porządku obrad.
Problem… też znika. Przynajmniej na papierze.
Tyle że papier nie rozwiązuje realnych problemów.
A gdzie interes mieszkańca?
Mieszkaniec, który złożył skargę:
nie dostaje odpowiedzi na swoje zarzuty,
nie dowiaduje się, czy burmistrz działał prawidłowo,
widzi jedynie, że rada zamknęła sprawę.
Nie dlatego, że wszystko wyjaśniono.
Dlatego, że zmieniono sformułowania.
Milczenie radnych – znowu
I znów powtarza się ten sam schemat:
brak pytań na sesji,
brak dociekań,
brak refleksji.
Radni, także ci z wieloletnim stażem:
nie domagają się ponownego rozpatrzenia skargi,
nie pytają, czy burmistrz wyciągnął wnioski,
nie bronią mieszkańca, który odważył się złożyć skargę.
Zagłosują.
I przejdą dalej.
To nie jest dobra administracja
Dobra administracja:
rozwiązuje problemy,
odpowiada na zarzuty,
bierze odpowiedzialność.
To, co widzimy tutaj, to:
zarządzanie kryzysem wizerunkowym,
zamykanie spraw bez ich rozliczenia,
proceduralne wygaszanie konfliktów.
Pytania, które zostają – mimo uchwały
Czy burmistrz był bezczynny – tak czy nie?
Jeśli nie – dlaczego rada nie wyjaśniła tego wprost?
Jeśli tak – dlaczego nikt nie poniósł odpowiedzialności?
Czy każda niewygodna skarga będzie „korygowana językowo”?
Po co mieszkańcom rada, która nie broni ich praw, lecz wygasza sprawy?
Puenta, która boli najbardziej
Ta uchwała nie rozwiązuje konfliktu.
Ona go zamyka administracyjnie.
Nie przynosi odpowiedzi.
Przynosi ciszę.
A cisza w samorządzie nigdy nie oznacza, że problem zniknął.
Oznacza tylko, że ktoś zdecydował, by przestać o nim mówić.
I to jest dziś największy problem Obornik Śląskich.






