Są filmy, które można krytykować za pomysł. Są takie, które zawodzą aktorsko. A są też produkcje, które rozpadają się na naszych oczach, bo nie działa w nich prawie nic — ani fabuła, ani montaż, ani reżyseria. „Baśka 2” jest właśnie takim przypadkiem.
To film, który wygląda jak projekt złożony z pomysłów wymyślanych podczas zdjęć. Sceny nie wynikają z siebie, dialogi często brzmią jak szkice, a montaż sprawia wrażenie, jakby ktoś próbował poskładać historię z materiału, który nigdy nie był historią.
I to czuć niemal od początku.
Film bez kręgosłupa
Motyw rozwodu mógłby być osią opowieści. W końcu to temat społeczny, emocjonalny, uniwersalny. Problem w tym, że film nie wie, czy chce być:
komedią,
romansem,
obyczajowym dramatem,
czy lekką historią o zaczynaniu życia od nowa.
W efekcie nie jest żadnym z nich.
Narracja rozpływa się w scenach, które bardziej przypominają telewizyjne etiudy niż elementy większej konstrukcji. Nie ma napięcia, nie ma rozwoju bohaterów, nie ma konsekwencji.
Jest ciąg zdarzeń.
Montaż, który obnaża chaos
Najbardziej film rozpada się w montażu. Widać brak rytmu i logiki przejść między scenami. Widz ma momentami wrażenie, że ogląda fragmenty różnych produkcji.
Montaż nie ukrywa słabości materiału — on je podkreśla.
To zwykle znak, że problem zaczął się dużo wcześniej: w scenariuszu albo w samej reżyserii.
Aktorzy jako dekoracja
Polscy aktorzy są dobrzy. To nie jest odkrycie. Problem polega na tym, że tutaj część z nich pełni rolę figurantów dekorujących sceny, a nie bohaterów opowieści.
Wygląda to trochę jak tort z katalogu cukierni:
ładny,
kolorowy,
dopieszczony wizualnie,
ale w środku pusty.
Aktorzy nie są w stanie obronić filmu, bo nie mają czego grać.
Scena z zielonym napojem — metafora filmu
Jest w tym filmie scena, która paradoksalnie najlepiej opisuje całość. Bohaterka próbuje zielonego napoju i mówi, że to „gówno”. Po chwili pojawia się właścicielka lokalu — i nagle opinia się zmienia.
Może to miało być zabawne. Może „typowo polskie”.
Ale jako scena filmowa nie działa.
I trochę tak wygląda cały film — coś, co ma wyglądać dobrze, bo ktoś mówi, że jest dobre, choć widz czuje coś zupełnie innego.
Kino produkcyjne
„Baśka 2” nie jest tragedią kina. Jest czymś gorszym — filmem obojętnym. Produkcją, która powstała, bo mogła powstać.
Wszystko się zgadza:
obsada,
lokacje,
kolory wnętrz,
muzyka,
kamera.
Tylko opowieści brak.
Film nie broni się ani wizualnie, ani aktorsko, ani dramaturgicznie. Wygląda jak gotowy produkt, który nie przeszedł testu smaku.
Marazm zamiast wyobraźni
Najbardziej przygnębiające jest to, że takie filmy powstają bez większego oporu systemu. Produkcja działa, pieniądze się zgadzają, aktorzy pracują, platformy mają nowy tytuł.
Kinematografia trwa.
Ale wyobraźnia stoi w miejscu.
I właśnie dlatego największym problemem nie jest „Baśka 2”.
Największym problemem jest to, że takie filmy przestają nas dziwić.







