8516 zł brutto miesięcznie – tyle wyniosło przeciętne wynagrodzenie w administracji samorządu terytorialnego w 2024 roku. Tak wynika z Rocznika Statystycznego Pracy 2025 opublikowanego przez Główny Urząd Statystyczny. Liczba wygląda solidnie. Nawet bardzo. Problem w tym, że – jak to zwykle bywa – średnia nie opowiada całej historii.
Bo za tym jednym wskaźnikiem kryją się różnice regionalne, strukturalne i systemowe, które warto rozłożyć na czynniki pierwsze. Zwłaszcza dziś, gdy samorządy są przeciążone zadaniami, a mieszkańcy coraz częściej pytają: dlaczego w urzędzie wszystko trwa tak długo?
Średnia, czyli kto faktycznie podbija wynik?
Zacznijmy od podstaw. 8516,11 zł brutto to średnia arytmetyczna. Oznacza to, że:
do jednego worka wrzucono referenta w małej gminie i dyrektora departamentu w urzędzie marszałkowskim,
kilka tysięcy wysokich wynagrodzeń kadry kierowniczej automatycznie zawyża wynik.
W praktyce oznacza to, że znaczna część pracowników merytorycznych – inspektorów, podinspektorów, referentów – zarabia wyraźnie mniej niż podawana „przeciętna”. Statystyka jest poprawna, ale jej odbiór bywa mylący.
Wzrost płac: realny czy tylko na papierze?
GUS wskazuje, że w 2024 roku wynagrodzenia w JST wzrosły średnio o 1108,44 zł brutto w porównaniu z rokiem 2023. Brzmi jak solidna podwyżka. Tyle że:
była to w dużej mierze reakcja na wcześniejsze zamrożenia płac,
wynikała z konieczności dostosowania stawek do inflacji i płacy minimalnej,
często miała charakter wyrównań, a nie faktycznego „skoku jakościowego”.
Po uwzględnieniu kosztów życia, energii, mieszkań i usług publicznych – realna siła nabywcza wielu urzędników wzrosła nieznacznie, a czasem wcale.
Mapa Polski A i B. Również w urzędach
Dane regionalne pokazują wyraźnie, że administracja samorządowa nie jest jednolita:
Mazowieckie – 9342,97 zł brutto,
Dolnośląskie – 8996,87 zł,
Lubelskie – 7651,01 zł,
Świętokrzyskie – 7752,78 zł.
Różnica między Mazowszem a Lubelszczyzną to niemal 1700 zł brutto miesięcznie. Przy tym samym prawie, podobnych obowiązkach i identycznej odpowiedzialności administracyjnej.
Efekt?
odpływ kadr do większych miast,
problemy z obsadą stanowisk specjalistycznych w mniejszych JST,
rotacja i „łatanie” urzędów nowymi, niedoświadczonymi pracownikami.
To już nie tylko kwestia płac, ale jakości funkcjonowania państwa w terenie.
Zatrudnienie rośnie… symbolicznie
W 2024 roku w administracji publicznej pracowało – w przeliczeniu na etaty – 445 753 osób, z czego 260 914 w samorządach. To 58,5 proc. całej administracji publicznej.
Samorządy są więc kręgosłupem systemu, a nie jego dodatkiem.
Tyle że:
wzrost zatrudnienia jest niewielki,
największy przyrost (598 etatów) odnotowano w woj. mazowieckim,
w części regionów zmiany są niemal symboliczne.
Tymczasem zadań przybywa: fundusze unijne, KPO, cyfryzacja, nowe obowiązki sprawozdawcze. Liczba dokumentów rośnie szybciej niż liczba ludzi, którzy mają je obsłużyć.
Czego GUS nie pokazuje, a co ma znaczenie
Rocznik Statystyczny nie odpowiada na kilka kluczowych pytań:
jaka jest mediana wynagrodzeń, a nie tylko średnia,
ile osób pracuje na umowach czasowych,
jak wygląda rotacja kadr,
ile zarabia „szeregowy” urzędnik w gminie wiejskiej,
jak płace w JST wypadają na tle radnych, spółek komunalnych czy administracji rządowej.
A to właśnie te dane decydują o tym, czy urząd jest stabilny, czy funkcjonuje na granicy wydolności.
Podsumowanie
Dane GUS nie pokazują obrazu „rozpieszczonej administracji”. Pokazują raczej:
próbę nadrobienia wieloletnich zaniedbań płacowych,
silne nierówności regionalne,
system, który robi coraz więcej – często tymi samymi rękami.
Statystyka mówi: wzrost.
Codzienność urzędów mówi: ciągła presja i coraz mniej marginesu błędu.
A pytanie, które powinno paść dziś głośno, brzmi nie: ile zarabiają urzędnicy,
ale: czy w tych warunkach samorząd jest w stanie działać sprawnie i uczciwie wobec mieszkańców?
Źródło: Rocznik Statystyczny Pracy 2025, Główny Urząd Statystyczny







