Żyjemy w świecie, w którym niemal każdy ma coś do pokazania, udowodnienia albo ukrycia. W pracy odgrywamy profesjonalistów, w rodzinie odpowiedzialnych dorosłych, w internecie ludzi szczęśliwych i spełnionych. Czasami robimy to świadomie, innym razem nawet nie zauważamy, że występujemy przed publicznością. Czy jednak za tymi wszystkimi rolami pozostaje jeszcze człowiek, którym naprawdę jesteśmy?
Teatr, z którego nie można wyjść
Wyobraźmy sobie zwyczajny dzień.
Rano człowiek wychodzi z domu. Przed przełożonym stara się być kompetentny i opanowany. Podczas rozmowy z klientem pozostaje uprzejmy, nawet jeżeli jest zmęczony. Wśród znajomych żartuje, pozwala sobie na swobodę. W domu może wreszcie przyznać, że czegoś się boi, że nie ma już siły, że nie wszystko układa się zgodnie z planem.
Czy w którejś z tych sytuacji był bardziej sobą?
A może w każdej był sobą, tylko ujawniał inną część własnej osobowości?
To pytanie stanowi znakomity punkt wyjścia do rozważań Ervinga Goffmana, jednego z najważniejszych socjologów XX wieku.
W książce „Człowiek w teatrze życia codziennego”, opublikowanej po raz pierwszy w 1956 roku, a w rozszerzonej wersji amerykańskiej w 1959 roku, Goffman przedstawił niezwykle interesującą koncepcję ludzkiego zachowania.
Porównał życie społeczne do przedstawienia teatralnego.
Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy oszustami. Dlatego, że w obecności innych ludzi nieustannie przedstawiamy siebie, komunikujemy swoją pozycję, budujemy określone wrażenia i reagujemy na oczekiwania otoczenia.
Jesteśmy aktorami, ale jednocześnie pozostajemy widzami występów innych ludzi.
I nie zawsze potrafimy rozpoznać, kiedy przedstawienie zaczyna wpływać na nasze własne przekonania.
Maska nie zawsze oznacza kłamstwo
Warto od razu rozprawić się z jednym nieporozumieniem.
Człowiek, który zachowuje się inaczej w pracy niż w domu, nie musi być fałszywy.
Lekarz może ukrywać własny niepokój, aby spokojnie przekazać pacjentowi trudną informację. Nauczyciel może powstrzymywać zdenerwowanie, ponieważ odpowiada za atmosferę w klasie. Rodzic może zachowywać opanowanie, choć sam nie wie jeszcze, jak rozwiązać rodzinny problem.
W takich przypadkach kontrolowanie emocji nie musi być przejawem obłudy. Może oznaczać odpowiedzialność, takt i szacunek wobec innych.
Role społeczne pozwalają nam żyć razem. Ułatwiają współpracę, komunikację i przewidywanie zachowań.
Problem pojawia się wówczas, gdy człowiek przestaje odróżniać rolę od własnych przekonań.
Gdy nie potrafi już przyznać, że czegoś nie wie, ponieważ przez lata przedstawiał siebie jako nieomylnego.
Gdy boi się okazać słabość, ponieważ otoczenie przyzwyczaiło się do jego siły.
Gdy nie może zmienić zdania, ponieważ wcześniej zbudował publiczny wizerunek człowieka zawsze przekonanego o własnej racji.
Wtedy rola, która miała pomagać funkcjonować w społeczeństwie, może stać się ograniczeniem.
Człowiek, który uwierzył we własne przedstawienie
Goffman zwrócił uwagę na rozróżnienie między ludźmi wierzącymi w przedstawiany przez siebie obraz a tymi, którzy świadomie posługują się nim bez takiego przekonania.
To niezwykle interesujący mechanizm.
Wyobraźmy sobie osobę, która obejmuje kierownicze stanowisko. Początkowo może odczuwać niepewność, korzystać z porad współpracowników i obawiać się popełnienia błędów.
Z czasem przyzwyczaja się jednak do szczególnego traktowania.
Inni zaczynają ustępować jej miejsca, zgadzać się z wypowiedziami, podkreślać osiągnięcia. Podwładni mogą unikać krytyki. W oficjalnych komunikatach dominują sukcesy, a niepowodzenia przedstawiane są jako przejściowe trudności.
Czy taka osoba może stopniowo uwierzyć, że rzeczywiście ma rację częściej niż inni?
Może. Nie jest to jednak nieuchronne ani nie dotyczy wyłącznie osób sprawujących władzę.
Podobne procesy mogą pojawiać się w rodzinach, przedsiębiorstwach, środowiskach zawodowych i grupach towarzyskich.
Istotne staje się bowiem nie tylko to, co człowiek mówi o sobie, ale również to, jaki obraz jego osoby codziennie potwierdzają inni.
Czasami największym zagrożeniem dla naszej samooceny nie jest krytyka.
Jest nim świat, w którym nikt nie odważa się nas skrytykować.
Publiczność również bierze udział w przedstawieniu
W teatrze publiczność zwykle siedzi naprzeciw sceny.
W życiu codziennym jest inaczej.
Obserwatorzy wpływają na zachowanie aktora. Potrafią wzmacniać jego pewność siebie, kwestionować wypowiedzi, akceptować określone role albo odmawiać ich uznania.
Czasami świadomie pomagają podtrzymywać przedstawienie.
Przemilczają niezręczność, nie komentują błędu, udają, że nie zauważyli sprzeczności. Robią to z uprzejmości, dla zachowania dobrych relacji albo z obawy przed konfliktem.
Nie zawsze jest w tym coś złego.
Gdybyśmy bez przerwy ujawniali każdą słabość drugiego człowieka, codzienne życie stałoby się nieznośne.
Ale istnieje granica między taktem a przyzwoleniem.
Między szacunkiem dla człowieka a bezkrytycznym potwierdzaniem jego wyobrażeń o sobie.
Między unikaniem niepotrzebnego konfliktu a milczeniem wobec rzeczywistego problemu.
I właśnie tutaj teoria Goffmana spotyka się z jednym z najważniejszych pytań współczesnego społeczeństwa.
Czy chcemy poznawać rzeczywistość, czy wolimy uczestniczyć w przedstawieniu, które daje nam poczucie bezpieczeństwa?
Media społecznościowe. Scena czynna całą dobę
Goffman pisał swoją książkę w czasach, kiedy nie istniały media społecznościowe.
Nie potrzebował jednak Facebooka ani Instagrama, aby zauważyć, jak wielką wagę ludzie przywiązują do sposobu, w jaki są postrzegani.
Dzisiaj możemy obserwować te mechanizmy w znacznie większej skali.
Zdjęcia z udanych wakacji. Uśmiechnięte twarze. Zawodowe sukcesy. Szczęśliwe związki. Piękne domy. Doskonałe posiłki.
Wiele z tych obrazów przedstawia prawdziwe wydarzenia.
Nie muszą być fałszywe.
Problem polega na tym, że pokazują tylko wybrany fragment życia.
Nie widzimy kłótni sprzed wykonania zdjęcia, zmęczenia po pracy, niepewności, samotności czy rozczarowań. Nie zawsze dlatego, że ktoś próbuje nas oszukać. Często po prostu nie chce ujawniać całego swojego życia.
To zrozumiałe.
Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy odbiorcy zaczynają porównywać swoją codzienność z cudzą starannie dobraną prezentacją.
Własne problemy zestawiają z sukcesami innych. Własne porażki z cudzymi osiągnięciami. Własną przeciętność z obrazem nieustannej wyjątkowości.
W ten sposób możemy stworzyć społeczne środowisko, w którym coraz więcej osób czuje potrzebę udowadniania, że radzi sobie lepiej, niż rzeczywiście sobie radzi.
Nie jest to jednak los wszystkich użytkowników internetu. Media społecznościowe umożliwiają również autentyczne wsparcie, ujawnianie trudności i budowanie wartościowych relacji.
Problemem nie jest samo publikowanie własnego życia.
Problemem jest utrata świadomości, że oglądamy jedynie jego fragment.
Kiedy człowiek zaczyna żyć dla publiczności?
Wyobraźmy sobie kogoś, kto podejmuje ważną życiową decyzję.
Wybiera zawód, sposób spędzania wolnego czasu, znajomych, partnera albo miejsce zamieszkania.
Czy rzeczywiście kieruje się wyłącznie własnymi potrzebami?
A może zastanawia się również, co powiedzą rodzice, przyjaciele, sąsiedzi i współpracownicy?
Co wypada?
Co zostanie dobrze przyjęte?
Co podniesie jego prestiż?
Co wywoła zazdrość?
Co spotka się z krytyką?
Nie jesteśmy całkowicie niezależni od innych. Nasze potrzeby i tożsamość rozwijają się także dzięki relacjom społecznym.
Nie sposób zatem oddzielić człowieka od jego otoczenia grubą kreską.
Można jednak zapytać, w którym momencie potrzeba akceptacji zaczyna ograniczać samodzielność.
Kiedy człowiek rezygnuje z własnych przekonań nie dlatego, że zostały podważone argumentami, lecz dlatego, że obawia się społecznej oceny?
Kiedy zgadza się na coś wbrew sobie, ponieważ nie chce rozczarować grupy?
Kiedy stara się za wszelką cenę utrzymać wizerunek, którego sam już nie akceptuje?
Wtedy teatr życia codziennego przestaje być jedynie sposobem porządkowania relacji.
Może stać się przestrzenią wewnętrznego konfliktu.
Czy autentyczność oznacza życie bez maski?
Współczesna kultura często zachęca nas do bycia sobą.
Brzmi to pięknie, ale co właściwie oznacza?
Czy człowiek autentyczny powinien zawsze mówić wszystko, co myśli?
Okazywać każdą emocję?
Ignorować zasady społeczne?
Nie przejmować się konsekwencjami własnego zachowania?
Trudno byłoby uznać taki sposób życia za ideał.
Autentyczność nie musi oznaczać nieustannego ujawniania całego swojego wnętrza.
Można być autentycznym i jednocześnie dyskretnym. Szczerym, ale taktownym. Stanowczym, lecz uprzejmym.
Być może ważniejsza od rezygnacji ze społecznych ról jest zgodność między nimi a naszymi podstawowymi wartościami.
Człowiek może pełnić wiele funkcji, a mimo to zachowywać uczciwość, odpowiedzialność i szacunek dla innych.
Nie musi być identyczny w każdej sytuacji, żeby pozostawać wiarygodny.
A co zostaje, kiedy opada kurtyna?
Spróbujmy na chwilę odebrać człowiekowi wszystko, czym zwykle przedstawia się innym.
Stanowisko.
Tytuł zawodowy.
Pieniądze.
Samochód.
Popularność.
Liczbę obserwujących.
Znajomości.
Symbole prestiżu.
Co pozostaje?
Nie chodzi o to, że wszystkie te elementy są pozbawione znaczenia. Praca, osiągnięcia i społeczna pozycja mogą być ważną częścią ludzkiej tożsamości.
Ale nie wyczerpują odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy.
Człowiek pozostaje również z tym, jak traktował innych, jakie podejmował decyzje, czy potrafił przyznać się do błędu, czy był gotów pomagać i czy zachował własne przekonania w sytuacjach, kiedy ich obrona wymagała odwagi.
Nie zawsze publiczność dostrzega te rzeczy.
Nie wszystkie dają się efektownie pokazać.
A przecież właśnie one mogą mieć największe znaczenie dla ludzi, którzy naprawdę nas znają.
Najtrudniejsza rola: być sobą
Erving Goffman nie pozostawił nam prostego przepisu na autentyczne życie.
Jego socjologia nie polegała na nakazywaniu ludziom zdejmowania masek. Pomagała zrozumieć, dlaczego je zakładamy, jak podtrzymujemy społeczne role i co dzieje się w relacjach z innymi.
Z tej perspektywy możemy jednak wyprowadzić własną refleksję.
Nie jest problemem to, że człowiek zachowuje się inaczej jako rodzic, pracownik, przyjaciel czy obywatel.
Problem zaczyna się wtedy, gdy nie potrafi już samodzielnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego postępuje w określony sposób.
Czy dlatego, że naprawdę uważa coś za słuszne?
Czy dlatego, że oczekują tego inni?
Czy dlatego, że boi się stracić uznanie?
A może dlatego, że tak długo odgrywał daną rolę, iż nie wyobraża sobie już innego życia?
Nie chodzi o życie pozbawione publiczności. Takie życie byłoby nie tylko trudne, lecz także uboższe o relacje, które współtworzą naszą tożsamość.
Chodzi raczej o umiejętność zachowania pewnej niezależności wobec cudzych ocen.
O odwagę przyznania, że nie zawsze mamy rację.
O gotowość zmiany zdania.
O prawo do niedoskonałości.
I o świadomość, że nasza wartość nie sprowadza się do wrażenia, które potrafimy wywołać.
Bo być może najważniejszym problemem współczesnego człowieka nie jest to, że musi grać wiele ról. Jest nim ryzyko, że poświęci całe życie na doskonalenie swojego występu, a zbyt mało czasu pozostawi na zastanowienie się, kim właściwie chciałby być.
W teatrze po zakończeniu przedstawienia opada kurtyna.
W życiu codziennym nie zawsze wiadomo, kiedy kończy się spektakl.
I może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby od czasu do czasu przestać myśleć o publiczności.
A zacząć słuchać samego siebie.
Radio DTR — cykl „Społeczeństwo masek. Człowiek, władza i teatr codzienności”. Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy






