Kiedy w latach osiemdziesiątych, w cieniu szarego PRL-u, marzyliśmy o wolności, wydawała się ona skarbem, który raz zdobyty, pozostanie z nami na zawsze. Młodość moja i mojego pokolenia pulsowała nadzieją – strajki, „Solidarność”, ulotki drukowane w piwnicach. To był czas, gdy wierzyliśmy, że wolność to nie tylko brak cenzury, ale możliwość decydowania o sobie i swoim świecie. Po 1989 roku, gdy runął mur komunizmu, wydawało się, że oto nadszedł nowy czas – czas wolnych ludzi, wolnych wyborów, wolnych marzeń. Jakże byłem naiwny.
Dziś, jako dziennikarz, obserwuję świat, który zszedł na psy. Nie, nie mówię o politycznych przepychankach czy kryzysach gospodarczych. Mówię o tchórzostwie. Tchórzostwie obywatelskim, które jak rdza toczy nasze społeczeństwo. Ludzie, którzy kiedyś z odwagą stawiali czoła systemowi, dziś dobrowolnie zakładają sobie złote klatki. Telewizory plazmowe, wakacje all-inclusive, nowe auta na kredyt – oto nowe bożki, którym oddajemy cześć. Wolność? Zamieniliśmy ją na raty w banku, na błyszczące gadżety i ułudę stabilności. Kredyt stał się smyczą, którą sami sobie zakładamy, a banki i korporacje ciągną za nią, gdy tylko zechcą.
Najgorsze jest to, że to tchórzostwo przenika nie tylko jednostki, ale i całe społeczności. Weźmy stowarzyszenia – te, które miały być solą ziemi, głosem lokalnych wspólnot. Bez dotacji rządowych czy samorządowych są jak ptaki bez skrzydeł. Żebrzą o każdy grosz, by działać „za darmo” dla ludzi, którzy raz docenią, a raz spluną, nie zdając sobie sprawy, ile to kosztuje. Samorządy? Te trzymają smycz finansową i kaganiec. Jeśli stowarzyszenie „podskoczy”, skrytykuje wójta czy burmistrza, może pożegnać się z grantem. Oto logika pańska: bądź posłuszny, kłaniaj się nisko, a może coś ci skapnie. Nie podskakuj, bo nie dostaniesz nic.
To przypomina mi starą przypowieść o wsi, która zbiera owoce dla plemienia. Pracują wszyscy, ale 90 procent plonów zgarnia król, jego świta, szamani i starszyzna. Wsi zostaje marne 10 procent. I co robi wieś? Cieszy się, że w ogóle coś ma. A gdy owoce się kończą, klęka przed panem, błaga o więcej, o okruchy z jego stołu. Pan, jeśli ma dobry humor, rzuci coś łaskawie – ale nie każdemu. Nie temu, kto się nie kłania, kto ma „ale”, kto ośmiela się powiedzieć: „To nasze wspólne!”. Taki dostaje po łapach, bo przecież „pan” wie lepiej.
Gdzie podziała się ta wolność, o którą walczyliśmy? Gdzie duch lat osiemdziesiątych, gdy wierzyliśmy, że razem możemy zmieniać świat? Zastąpił go strach. Strach przed utratą kredytu, pracy, dotacji. Strach, który każe milczeć, gdy lokalny kacyk robi, co chce. Strach, który sprawia, że wolimy złotą klatkę od niewygodnej wolności.
Nie jestem kaznodzieją, nie mam recepty na wszystko. Ale wiem jedno: wolność to nie tylko prawo do głosowania czy pisania, co się chce. To odwaga, by powiedzieć „nie” – bankowi, wójtowi, systemowi. To świadomość, że budżet gminy to nie łaska pana, ale nasze wspólne dobro. To solidarność, która każe nam działać razem, a nie kłaniać się po okruchy.
Może czas przypomnieć sobie tamte ideały? Może czas zerwać smycz i przestać bać się, że bez „pana” nie przeżyjemy? Bo wolność, prawdziwa wolność, nie jest na kredyt. Ona jest w nas – jeśli tylko ośmielimy się ją odnaleźć.
Autor: Rafał Chwaliński






