Przez kilkanaście dni jesienią 2023 roku kierowca widział na pylonie Orlenu liczbę, która wyglądała jak dobra wiadomość: 5,99 zł za litr. Trzy lata później pięciu byłych i obecnych menedżerów koncernu usłyszało zarzuty. Według Prokuratury Krajowej ceny nie były wynikiem zwykłej walki rynkowej, lecz polityki oderwanej od ekonomicznych realiów i prowadzonej z naruszeniem procedur. Wyliczona przez biegłych szkoda przekracza 4,1 mld zł. Ale w tej historii jest jeszcze drugi, znacznie poważniejszy wątek: zapasy paliwa, których zadaniem jest chronić rynek w sytuacji zagrożenia, a nie ratować atrakcyjną cenę na pylonie.
5 października 2026 roku funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymali pięciu byłych i obecnych menedżerów Orlenu. Dzień później Prokuratura Krajowa ujawniła skalę zarzutów.
Wśród podejrzanych są były członek zarządu koncernu z lat 2018–2024, dyrektor wykonawczy, dwóch dyrektorów biur oraz kierownik działu. Według prokuratury byli odpowiedzialni między innymi za handel hurtowy, politykę cenową i ustalanie cen paliw.
Śledczy zarzucają im działanie wspólnie i w porozumieniu, przekroczenie uprawnień oraz niedopełnienie obowiązków menedżerskich.
Najbardziej działa jednak liczba:
ponad 4,1 miliarda złotych.
Taką szkodę miał ponieść Orlen w związku z badaną polityką cenową.
Podejrzani nie przyznali się do zarzucanych czynów. O ich odpowiedzialności może przesądzić dopiero sąd.
Cena, którą wszyscy pamiętają
Jesień 2023 roku.
Na świecie ropa nie zachowuje się tak, jakby właśnie rozpoczął się sezon wielkich promocji. W Polsce dzieje się jednak coś niezwykłego.
Na stacjach Orlenu paliwo kosztuje 5,99 zł za litr.
Cena działa znakomicie również psychologicznie. Nie sześć złotych. Jeszcze pięć z przodu.
Prokuratura nie twierdzi dziś jednak po prostu, że Orlen sprzedawał paliwo tanio.
Według oficjalnego komunikatu zasadniczym celem realizowanej wówczas polityki było utrzymywanie ceny paliw płynnych na poziomie 5,99 zł za litr przynajmniej od 1 do 15 października 2023 roku.
15 października odbyły się wybory parlamentarne.
Śledczy określają tę cenę jako nierynkową i oderwaną od realiów cenotwórczych. Twierdzą również, że polityka cenowa była prowadzona z rażącym naruszeniem procedur obowiązujących menedżerów spółki.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Firma może obniżać ceny. Może prowadzić promocje. Może czasowo rezygnować z części marży.
Sama niska cena nie jest przestępstwem.
Problem zaczyna się wówczas, gdy osoby zarządzające spółką miałyby świadomie podejmować decyzje sprzeczne z jej interesem, naruszać obowiązki i powodować wielomiliardową szkodę.
I właśnie to — według prokuratury — miało wydarzyć się w Orlenie.
Nie tylko detal. Najpierw wydarzyło się coś w hurcie
Żeby zrozumieć tę sprawę, trzeba zejść z pylonu stacji o poziom niżej.
Do hurtu.
Jesienią 2023 roku ceny hurtowe oferowane przez Orlen znalazły się na poziomach, które zaczęły wyraźnie odbiegać od tego, co działo się na europejskim rynku paliw.
Na początku października cena hurtowa benzyny Pb95 w Orlenie wynosiła około 4741 zł za metr sześcienny netto, a oleju napędowego około 4748 zł.
Pod koniec miesiąca było to już odpowiednio około 5189 i 5171 zł.
Różnica to ponad 400 zł na metrze sześciennym — około 40–45 groszy netto na litrze.
Nie nastąpiło więc magiczne odkrycie nowej technologii produkcji paliwa.
Zmieniła się polityka cenowa.
Co więcej, sam Orlen w opublikowanej później dokumentacji dla inwestorów przyznał, że ceny paliw w Polsce zaczęły w tamtym okresie znacząco odbiegać zarówno od poziomów obserwowanych w Europie Środkowej, jak i od notowań giełdowych, z którymi wcześniej były silnie powiązane.
To już nie jest komentarz polityka ani publicystyczna interpretacja wydarzeń.
To informacja zawarta w oficjalnej dokumentacji samej spółki.
Tanie paliwo może przestać być tanie dla rynku
Tu zaczyna działać ekonomia, której nie da się oszukać równie łatwo jak pylonu cenowego.
Polski rynek paliw nie opiera się wyłącznie na produktach pochodzących z rafinerii Orlenu. Część paliwa dostarczają importerzy.
Importer kupuje paliwo za granicą, płaci cenę rynkową, transport, finansowanie i pozostałe koszty, a potem musi sprzedać produkt w Polsce.
Jeżeli dominujący krajowy dostawca obniża ceny hurtowe do poziomu, przy którym sprowadzanie paliwa z zagranicy przestaje się opłacać, importer ma bardzo prosty wybór:
nie importować.
I właśnie taki mechanizm wskazywali w 2023 roku uczestnicy rynku i analitycy.
Powstaje paradoks.
Im bardziej atrakcyjna staje się cena dla klienta, tym mniej opłacalne może być dostarczanie dodatkowego paliwa na rynek.
A jednocześnie niska cena zwiększa popyt.
Polacy tankują więcej. Firmy kupują więcej. Do tego dochodzą kierowcy zza granicy, dla których polskie stacje stają się wyjątkowo atrakcyjne.
Przy zachodniej granicy różnica między cenami w Polsce i Niemczech była na tyle duża, że tankowanie w Polsce zaczęło się zwyczajnie opłacać.
Cena przyciąga więc nowych klientów dokładnie w chwili, w której część dostaw zewnętrznych traci ekonomiczny sens.
To nie wymaga wielkiej teorii ekonomicznej.
Wystarczy kalkulator.
A potem zaczęły psuć się dystrybutory
W pierwszej połowie października 2023 roku kierowcy zaczęli trafiać na stacje, na których nie można było zatankować określonego rodzaju paliwa.
Pojawiały się kartki:
„awaria dystrybutora”.
Problem polegał na tym, że czasami awaria dotyczyła wielu urządzeń jednocześnie, a po przyjeździe cysterny sprzęt odzyskiwał sprawność z godną pozazdroszczenia szybkością.
Media już wtedy zaczęły sprawdzać sytuację w różnych regionach kraju.
Okazało się, że problem nie jest pojedynczym przypadkiem.
Późniejsze ustalenia i informacje przedstawiane przez obecne kierownictwo Orlenu mówią nawet o kilkuset stacjach, które w szczycie problemów miały doświadczać niedostępności określonych paliw.
Dziś minister sprawiedliwości Waldemar Żurek twierdzi, że stosowanie komunikatów o awarii było elementem mechanizmu maskowania niedoborów.
To jednak wciąż twierdzenie przedstawiciela prokuratury i wymaga procesowego udowodnienia.
Sam fakt problemów z dostępnością paliwa jesienią 2023 roku nie jest natomiast szczególnie sporny. Był dokumentowany na bieżąco.
Do gry weszło wojsko
W tym samym czasie przy części stacji zaczęły pojawiać się wojskowe cysterny.
Orlen potwierdził wówczas współpracę z wojskiem w zakresie logistyki.
I tutaj trzeba oddzielić dwa zupełnie różne fakty.
Wojsko pomagało w transporcie paliwa.
Nie oznacza to automatycznie, że Orlen korzystał z wojskowych rezerw paliwowych.
Nie ma podstaw, aby te dwa pojęcia utożsamiać.
Sam fakt, że największa polska firma paliwowa potrzebowała dodatkowego wsparcia logistycznego w okresie wyjątkowo niskich cen, jest jednak elementem układanki, którego trudno nie zauważyć.
Najważniejszy wątek: zapasy
I właśnie w tym miejscu historia 5,99 zł przestaje być zabawną opowieścią o wyborczej promocji.
Pojawiają się zapasy paliw.
ABW w oficjalnych materiałach dotyczących prowadzonych czynności wskazywała nie tylko na badanie sposobu ustalania cen.
Agencja analizowała również interwencyjne wyłączanie przez Orlen zapasów oleju napędowego i benzyny.
Sam Orlen poszedł jeszcze dalej.
W oficjalnej nocie informacyjnej sporządzonej w 2026 roku spółka napisała o wcześniejszym obniżaniu cen paliw poniżej poziomu rynkowego oraz o bezprawnym uwolnieniu zapasów strategicznych.
Według audytów spółki działania te miały doprowadzić do straty przekraczającej 3,5 mld zł.
Obecnie biegli działający na potrzeby śledztwa prokuratury wyliczają już szkodę na ponad 4,1 mld zł.
Tylko jakie zapasy?
To pytanie jest niezwykle ważne.
W medialnych skrótach często pojawia się określenie „rezerwy strategiczne”. Problem w tym, że system zabezpieczenia paliwowego państwa jest znacznie bardziej skomplikowany.
Prawo rozróżnia między innymi zapasy obowiązkowe utrzymywane przez przedsiębiorstwa oraz zapasy agencyjne pozostające w systemie państwowym.
Dlatego nie można dziś uczciwie napisać:
„Orlen opróżnił państwowe magazyny RARS”.
Nie mamy publicznego materiału dowodowego pozwalającego postawić taką tezę.
Możemy natomiast stwierdzić, że zarówno ABW, jak i sam Orlen potwierdzają istnienie wątku uwalniania zapasów paliwa.
A to rodzi pytanie znacznie większe niż cena na stacji.
Po co państwo utrzymuje zapasy paliwa?
Nie po to, żeby benzyna wyglądała ładniej na przedwyborczym pylonie.
System zapasów interwencyjnych istnieje przede wszystkim po to, aby państwo mogło przetrwać poważne zakłócenia dostaw.
Wojnę.
Katastrofę.
Nagłe przerwanie łańcuchów logistycznych.
Kryzys międzynarodowy.
Brak dostępności ropy lub produktów paliwowych.
Jeśli więc okaże się, że zapasy należące do tego systemu zostały uruchomione nie dlatego, że Polska znalazła się w sytuacji zagrożenia paliwowego, ale dlatego, że trzeba było podtrzymać niezwykle niską cenę, ciężar tej sprawy staje się zupełnie inny.
Nie pytamy już wtedy:
czy Orlen mógł sprzedać paliwo taniej?
Pytamy:
czy instrument bezpieczeństwa energetycznego państwa został wykorzystany do podtrzymania decyzji cenowej?
Na to pytanie śledztwo ma dopiero dać pełną odpowiedź.
Kto podjął decyzję?
To może być najważniejsze pytanie w całym postępowaniu.
Pięciu zatrzymanych odpowiadało za handel, ceny i ich wykonanie.
Ale decyzja o polityce cenowej na taką skalę w największej polskiej spółce nie musi kończyć się na poziomie kierownika działu czy dyrektora biura.
Prokuratura przeanalizowała liczne skrzynki poczty elektronicznej. Przesłuchała ponad 150 osób.
Nie tylko pracowników Orlenu.
Także ludzi związanych z PERN-em i Ministerstwem Klimatu.
To bardzo istotna informacja.
PERN odpowiada za kluczową infrastrukturę przesyłu i magazynowania ropy oraz paliw. Jeżeli prokuratura rekonstruuje przepływ paliwa, stan zapasów i podejmowane wówczas decyzje logistyczne, zeznania osób związanych z PERN-em mogą mieć fundamentalne znaczenie.
Ministerstwo Klimatu z kolei pojawia się tam, gdzie zaczynają się pytania dotyczące państwowego systemu bezpieczeństwa paliwowego.
Kto wiedział?
Kto zatwierdzał?
Kto wydał polecenie?
Na podstawie jakich danych?
I przede wszystkim — dlaczego?
Daniel Obajtek nie ma w tej sprawie zarzutów
To również trzeba powiedzieć bardzo jasno.
Były prezes Orlenu Daniel Obajtek nie został zatrzymany w obecnym postępowaniu dotyczącym polityki cenowej.
Nie przedstawiono mu w tej sprawie zarzutu.
Minister sprawiedliwości publicznie mówi wprawdzie o „ręcznym sterowaniu” cenami i wskazuje Obajtka, ale jest to stanowisko prokuratora generalnego, a nie prawomocne ustalenie sądu.
Sam Obajtek odrzuca zarzuty dotyczące polityki cenowej z 2023 roku.
Twierdzi, że menedżerowie zostali zatrzymani za to, że Polacy mieli tanie paliwo, a działania koncernu miały charakter biznesowy.
Przypomina również, że wówczas nie stwierdzono naruszeń przez UOKiK.
To będzie prawdopodobnie jedna z głównych linii sporu, jeśli sprawa trafi na salę sądową.
4,1 miliarda. Tylko za co dokładnie?
Na razie także tutaj pozostaje istotna luka.
Wiemy, że szkoda została oszacowana przez biegłych na ponad 4,1 mld zł.
Nie znamy natomiast publicznie pełnej metodologii obliczenia tej kwoty.
A to ma znaczenie.
Czy biegli policzyli różnicę między ceną faktycznie zastosowaną a ceną, która według modeli powinna obowiązywać?
Czy uwzględnili utraconą marżę?
Czy również koszt wykorzystania zapasów?
Koszty logistyki?
Konsekwencje ograniczenia importu?
Sprzedaż hurtową?
I jaki dokładnie okres objęto kalkulacją?
Wcześniejsze audyty Orlenu mówiły o ponad 3,5 mld zł straty. ABW wskazywała około 4 mld. Teraz prokuratura mówi o ponad 4,1 mld zł.
Ta ewolucja kwoty może wynikać z kolejnych opinii i coraz pełniejszego materiału dowodowego, ale warto będzie poznać rachunek stojący za najbardziej spektakularną liczbą w całym śledztwie.
Układanka zaczyna wyglądać inaczej
Kiedy połączymy wydarzenia z jesieni 2023 roku, pojawia się mechanizm znacznie ciekawszy niż hasło „paliwo wyborcze”.
Cena zostaje obniżona.
Popyt rośnie.
Paliwo w Polsce staje się atrakcyjne również dla kierowców zza granicy.
Import części produktów przestaje być ekonomicznie konkurencyjny.
Na stacjach zaczynają pojawiać się problemy z dostępnością.
Dystrybutory dostają kartki o awarii.
Logistykę wspierają dodatkowe cysterny.
W tle pojawiają się zapasy paliw.
A po wyborach ceny zaczynają wracać w stronę poziomów wynikających z warunków rynkowych.
Trzy lata później pięciu menedżerów słyszy zarzuty, a biegli mówią o ponad czterech miliardach złotych szkody.
Każdy z tych elementów z osobna może mieć swoje ekonomiczne albo logistyczne wyjaśnienie.
Dopiero ich połączenie powoduje, że sprawa wymaga odpowiedzi znacznie poważniejszej niż polityczny slogan.
Najtańszy litr może czasem kosztować bardzo dużo
W 2023 roku kierowca widział tylko ostatni element całego systemu.
Pylon.
Na nim 5,99 zł.
Jeżeli prokuratura udowodni swoje zarzuty, okaże się, że rzeczywista cena tego litra nie kończyła się jednak przy kasie na stacji.
Część rachunku mogła zostać przeniesiona na spółkę, której współwłaścicielem jest państwo.
Być może również na mechanizm bezpieczeństwa paliwowego kraju.
I właśnie dlatego ta historia nie powinna sprowadzać się do pytania, czy kierowcy cieszyli się z taniej benzyny.
Oczywiście, że się cieszyli.
Pytanie brzmi zupełnie inaczej:
kto zdecydował, że paliwo ma kosztować 5,99 zł, na podstawie jakich przesłanek, kto za tę decyzję faktycznie zapłacił i czy dla utrzymania tej ceny wykorzystano mechanizmy, które powinny chronić państwo w sytuacji prawdziwego kryzysu?
Dopiero odpowiedź na te pytania pokaże, czy jesienią 2023 roku mieliśmy do czynienia z wyjątkowo skuteczną polityką handlową, jak twierdzą jej obrońcy, czy z wielomiliardową niegospodarnością, jak zarzuca dziś prokuratura.
Na razie jedno jest pewne.
5,99 zł było ceną widoczną na pylonie. Rachunek za to, co działo się za nim, dopiero zaczynamy poznawać. Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy





