„Ich” zbrodniarz pozostaje zbrodniarzem. „Nasz” zbrodniarz dostaje pomnik. „Ich” ofiara staje się statystyką. „Nasza” trafia na wyborczy sztandar. Historia coraz częściej nie służy poznaniu prawdy, lecz zdobywaniu współczesnego poparcia. Zmarli nie mogą zaprotestować, dlatego tak łatwo przemawiać w ich imieniu.
Pamięć o ofiarach powinna oznaczać przywrócenie im nazwisk, życiorysów i godności. Powinna prowadzić do poznania prawdy, wskazania sprawców, pochowania szczątków oraz stworzenia warunków, w których podobna zbrodnia nie będzie mogła się powtórzyć.
W praktyce pamięć coraz częściej staje się narzędziem politycznym. W rocznicę pojawiają się przemówienia, wieńce, sztandary i kamery. Padają wielkie słowa o narodzie, honorze i sprawiedliwości. Nierzadko brakuje jednak najważniejszego — zainteresowania samymi zamordowanymi.
Ofiara zostaje ponownie wykorzystana. Najpierw odebrano jej życie. Później odbiera się jej własną historię, aby umieścić ją w wygodnej narracji.
Nie wszystkie ofiary są równie przydatne
Polityczna pamięć działa wybiórczo. Chętnie przypomina ludzi zamordowanych przez przeciwników, a znacznie ciszej mówi o ofiarach własnego środowiska, narodu, wojska, organizacji czy Kościoła.
Polskie ofiary zbrodni wołyńskiej są przywoływane w sporach dotyczących współczesnej Ukrainy. Żydowskie ofiary Jedwabnego stają się przedmiotem walki o dobre imię Polski. Zamordowani w Katyniu byli przez dziesięciolecia zakładnikami sowieckiego kłamstwa, a później również ich pamięć zaczęła uczestniczyć w bieżących sporach politycznych.
Jednocześnie znacznie rzadziej przypomina się ukraińskie ofiary polskich akcji odwetowych, cywilów zamordowanych przez niektóre oddziały powojennego podziemia, ofiary pogromu kieleckiego czy ludzi objętych odpowiedzialnością zbiorową podczas akcji „Wisła”.
Nie dlatego, że ich śmierć była mniej tragiczna. Są po prostu mniej przydatni dla opowieści, w której „my” mamy pozostać wyłącznie niewinni.
Tymczasem uznanie polskich ofiar Wołynia nie wymaga przemilczania ukraińskich ofiar polskich akcji. Uznanie bohaterstwa części powojennego podziemia nie oznacza konieczności ukrywania zbrodni popełnionych przez konkretne oddziały. Pamięć o niemieckich i sowieckich zbrodniach nie zwalnia z badania przypadków, w których sprawcami, współsprawcami albo biernymi świadkami byli Polacy.
Prawda nie działa na zasadzie wymiany. Jedna zbrodnia nie unieważnia drugiej.
ilustracja do artykulu pamiec wybiorcza
Religia wyrosła z pamięci o ofierze
Chrześcijaństwo powstało wokół pamięci o człowieku osądzonym, torturowanym i straconym przez rzymską władzę. Jezus jest fundamentalną ofiarą tej religii. Krzyż pozostaje symbolem niewinnego cierpienia, poświęcenia i odkupienia.
Historia przyniosła jednak gorzki paradoks. Pamięć o ukrzyżowanym przez stulecia wykorzystywano do obciążania Żydów zbiorową odpowiedzialnością za jego śmierć. Członkowie kolejnych pokoleń mieli odpowiadać za wydarzenie, którego nie mogli być uczestnikami.
Fałszywe oskarżenia o rzekome mordowanie chrześcijańskich dzieci i wykorzystywanie ich krwi prowadziły do pogromów, procesów oraz egzekucji Żydów. W 1475 roku w Trydencie wymuszono torturami zeznania na przedstawicielach miejscowej społeczności żydowskiej, a następnie ich stracono. Wokół śmierci dziecka powstał kult, który zniesiono dopiero w XX wieku.
Ten sam mit pojawił się po Holocauście. W 1946 roku fałszywe oskarżenie o porwanie dziecka stało się bezpośrednim impulsem do pogromu kieleckiego, podczas którego zamordowano 42 Żydów.
Kościół i chrześcijańscy władcy mają również w swojej historii wyprawy krzyżowe, prześladowania heretyków, inkwizycję, wojny wyznaniowe oraz uczestnictwo w tworzeniu systemu społecznego, w którym innowierca stawał się człowiekiem podejrzanym i pozbawianym części praw.
Nie oznacza to odpowiedzialności każdego katolika ani nie pozwala przypisywać jednemu Kościołowi wszystkich ofiar europejskich konfliktów. Procesy o czary prowadziły również sądy świeckie oraz instytucje państw protestanckich. W wojnach religijnych wiara mieszała się z walką o władzę, ziemię i wpływy.
Nie wolno jednak udawać, że religia była zawsze wyłącznie ofiarą przemocy. Bywała także jej uzasadnieniem, sztandarem i językiem. Sam Kościół katolicki uznał potrzebę oczyszczenia pamięci oraz prosił o przebaczenie win związanych między innymi z krucjatami, inkwizycją, prześladowaniem Żydów i podziałami między chrześcijanami.
Wiara w niewinnie zamordowanego nie uchroniła ludzi przed mordowaniem kolejnych niewinnych.
Od Katynia do Srebrenicy
Czytaj dalej
Powiązany temat
Mechanizm politycznego przejmowania ofiar nie jest polskim wynalazkiem.
Niemcy hitlerowskie przedstawiały siebie jako ofiarę międzynarodowego spisku i rzekomej agresji. Propaganda pozwalała zamienić napastnika w obrońcę, a prześladowanych ludzi w zagrożenie, które należało usunąć. Nawet getto w Terezinie wykorzystano jako dekorację propagandową, mającą oszukać zagranicznych obserwatorów.
Związek Sowiecki przez dziesięciolecia zaprzeczał odpowiedzialności NKWD za mord katyński. Zamordowanym zabrano nie tylko życie i możliwość pochówku przez rodziny. Odebrano im także prawdę o okolicznościach śmierci.
Podobny spór trwa wokół ludobójstwa w Srebrenicy. W lipcu 1995 roku zamordowano co najmniej 8372 bośniackich muzułmanów. Międzynarodowe sądy uznały tę zbrodnię za ludobójstwo, a jednak samo jej nazwanie nadal wywołuje sprzeciw części polityków i środowisk narodowych.
Nie chodzi już o ustalenie faktów. Chodzi o to, czy przyznanie prawdy zaszkodzi zbiorowemu wizerunkowi „naszych”.
W ten sposób naród, partia albo religia stają się ważniejsze od zamordowanego człowieka.
Cmentarz jako mównica wyborcza
Ofiary są dla polityków wyjątkowo wygodnymi uczestnikami kampanii. Nie zadają pytań. Nie prostują wypowiedzi. Nie proszą o pokazanie dokumentów. Nie mogą odmówić swojego wizerunku ani zaprotestować przeciwko temu, kto składa kwiaty na ich grobie.
Można przemówić w ich imieniu, wskazać współczesnego wroga i wyprowadzić emocje zgromadzonych spod pomnika prosto do urny wyborczej.
Najbardziej rozpoznawalne mechanizmy takiej manipulacji to:
- wybieranie wyłącznie ofiar potwierdzających aktualną narrację;
- przemilczanie ludzi zamordowanych przez „naszych”;
- przenoszenie winy sprawców na całe współczesne narody;
- wykorzystywanie drastycznych opisów do wyłączenia racjonalnej dyskusji;
- zastępowanie badań, ekshumacji i identyfikacji uroczystościami;
- budowanie pomników bez przedstawienia całego życiorysu patrona;
- nadawanie każdemu przeciwnikowi roli spadkobiercy dawnych zbrodniarzy;
- domaganie się pamięci tylko wtedy, gdy można ją wykorzystać politycznie.
W takiej narracji zamordowany człowiek staje się rekwizytem. Jego życie nie jest ważne. Ważna jest możliwość użycia jego śmierci.
Pamięć nie może być zemstą
Dojrzała pamięć nie wymaga dziedziczenia nienawiści. Odpowiedzialność za zbrodnię należy do sprawców, organizatorów, pomocników oraz instytucji, które ją umożliwiały lub ukrywały. Nie przechodzi automatycznie na dzieci, wnuki i całe współczesne narody.
Nie oznacza to rezygnacji z prawdy. Przeciwnie — wymaga jeszcze dokładniejszego ustalania faktów, nazwisk i odpowiedzialności. Bez odpowiedzialności zbiorowej, ale także bez narodowego wybielania.
Ofiary nie powinny należeć do partii, Kościoła, rządu ani opozycji. Nie są własnością polityka, który akurat stoi przed pomnikiem. Nie są argumentem do zdobycia kilku punktów poparcia.
Najbardziej cyniczna polityka nie próbuje przekonać ludzi własnymi osiągnięciami. Pożycza głosy od umarłych — od tych, którzy nie mogą już powiedzieć, że nie zgadzają się na udział w kampanii.
„Ich” zbrodniarz pozostaje zbrodniarzem. „Nasz” zostaje bohaterem i dostaje pomnik. „Ich” ofiara jest statystyką. „Nasza” staje się wyborczym sztandarem.
W obu przypadkach człowiek znika.
Magazynu Radio DTR 7/2026
, 30+ materiałów z regionu w jednym miejscu
Kup wydanie za 10 zł →
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.



