W internecie jest ich wielu. Odważni, bezkompromisowi, nieustępliwi. Potrafią ocenić człowieka, jego wygląd, pracę, rodzinę, zarobki, poglądy, sposób mówienia i właściwie wszystko, co da się zmieścić w kilku zdaniach komentarza.
Jest tylko jeden drobiazg.
Najczęściej robią to zza nicka, zdjęcia pieska, samochodu, kwiatu albo profilu, na którym trudno znaleźć cokolwiek więcej niż kilka udostępnionych memów.
Odważni inaczej. Z literką „H”. Hejterzy.
Tomasz Strzelczyk, twórca znany z kanału kulinarnego „Oddaszfartucha”, wpadł ostatnio na pomysł tyleż prosty, co przewrotny. Zaprosił hejterów przed kamerę.
Nie po to, żeby urządzić publiczny lincz. Przeciwnie.
Chciałby pokazać ich zwyczajny dzień.
Kim są? Gdzie pracują? Ile zarabiają? Z kim się spotykają? Jak wygląda ich tydzień? Kiedy znajdują czas na pisanie komentarzy? Jak wybierają ludzi, których za chwilę nazwą idiotą, złodziejem, pajacem albo jeszcze czymś bardziej wyszukanym?
I przede wszystkim:
co robi hejter, kiedy akurat nie hejtuje?
Proszę wyjść zza nicka
Pomysł jest znakomity dlatego, że zmienia kierunek światła.
Normalnie reflektor skierowany jest na osobę atakowaną.
To ona ma się tłumaczyć.
Dlaczego powiedziała to? Dlaczego zrobiła tamto? Dlaczego zarabia tyle? Dlaczego wygląda właśnie tak? Dlaczego prowadzi firmę? Dlaczego występuje publicznie? Dlaczego w ogóle ośmieliła się mieć zdanie?
A komentujący pozostaje w wygodnym półmroku.
Jedno zdanie. „Wyślij”.
I gotowe.
Strzelczyk proponuje coś zupełnie odwrotnego:
dobrze, teraz opowiedzmy o tobie.
Nie o twoim nicku.
O tobie.
Dzień z życia hejtera
Wyobraźmy sobie taki reportaż.
Godzina 6.30. Pobudka.
7.10. Kawa.
7.34. Pierwszy komentarz: „Ale pajac”.
8.00. Praca.
10.17. Przerwa. Facebook. „Co za debil”.
12.46. Obiad.
14.03. YouTube. „Kto tego kretyna ogląda?”.
17.00. Powrót do domu.
Kolacja, rodzina, pies, zakupy, telewizja.
A wieczorem jeszcze kilka minut bohaterskiej walki o poprawę świata.
Oczywiście obraz jest przerysowany. I właśnie dlatego prowadzi do poważniejszego pytania.
Czy człowiek, który pisze takie rzeczy w internecie, zachowuje się tak samo poza internetem?
Czy wchodzi rano do piekarni i mówi sprzedawczyni:
„Ale pani dziś fatalnie wygląda”?
Czy podchodzi do sąsiada:
„Masz beznadziejny samochód i pewnie jesteś idiotą”?
Czy zatrzymuje człowieka na ulicy i oznajmia:
„Nie znam cię, ale po zdjęciu stwierdziłem, że jesteś zerem”?
Raczej nie.
Bo internet dał nam szczególny wynalazek.
Odległość od konsekwencji własnych słów.
Bohater klawiatury
Ekran jest niezwykle wygodną tarczą.
Nie widzimy twarzy drugiego człowieka.
Nie widzimy jego reakcji.
Nie słyszymy ciszy, która zapada po chamskim zdaniu.
Nie musimy patrzeć komuś w oczy.
Wystarczy kliknąć.
To prawdopodobnie jeden z powodów, dla których w internecie ludzie potrafią zachowywać się zupełnie inaczej niż podczas rozmowy twarzą w twarz.
Niektórzy zdobywają wręcz nadzwyczajną odwagę.
Odległość pomiędzy człowiekiem a ekranem wynosi trzydzieści centymetrów.
Odległość pomiędzy ekranem a odpowiedzialnością — czasami kilka kilometrów świetlnych.
Najciekawsze pytanie brzmi jednak inaczej
Nie: dlaczego ludzie hejtują?
To pytanie zadawaliśmy już setki razy.
Ciekawsze jest:
kim jest człowiek pięć minut przed napisaniem hejterskiego komentarza i pięć minut później?
Być może zupełnie zwyczajnym człowiekiem.
Ojcem.
Matką.
Pracownikiem.
Przedsiębiorcą.
Urzędnikiem.
Nauczycielem.
Emerytem.
Kimś, kto pomaga sąsiadowi wnieść zakupy.
Kimś, kto kocha swoje dzieci.
Kimś, kto płacze na filmach.
A następnie wyciąga telefon i pisze do nieznajomego człowieka:
„Ty debilu”.
I odkłada telefon.
To właśnie jest najciekawsze.
Nie potwór.
Zwyczajny człowiek zachowujący się w niezwyczajnie podły sposób.
Hejt lokalny ma jeszcze inną twarz
W małych społecznościach sytuacja staje się szczególnie interesująca.
Tutaj bardzo często wszyscy są od siebie oddaleni nie o tysiące kilometrów, lecz o dwie ulice.
Komentujący może spotkać bohatera swojego wpisu następnego dnia w sklepie.
Na festynie.
W urzędzie.
W szkole.
Na parkingu.
I wtedy internetowy wojownik bardzo często przechodzi niezwykłą przemianę.
Nie krzyczy.
Nie obraża.
Nie wygłasza swoich internetowych tyrad.
Czasami nawet mówi:
„Dzień dobry”.
Internetowy lew po opuszczeniu Facebooka potrafi zadziwiająco szybko odzyskać naturę kota domowego.
A może należałoby kiedyś zaprosić hejtera?
Pomysł Strzelczyka jest więc znacznie ciekawszy, niż początkowo wygląda.
Nie chodzi przecież o urządzenie polowania na komentujących.
Chodzi o pokazanie człowieka po drugiej stronie komentarza.
Dlatego takie zaproszenie można skierować również lokalnie.
Jeżeli ktoś uważa, że media kłamią — zapraszamy.
Jeżeli ktoś uważa, że dziennikarz jest idiotą — również zapraszamy.
Jeżeli ktoś od miesięcy wie wszystko najlepiej — tym bardziej.
Przyjdź.
Usiądź przed mikrofonem.
Pokaż twarz.
Powiedz dokładnie to samo, co napisałeś.
Bez blokowania komentarza.
Bez kasowania wypowiedzi.
Bez zemsty.
Rozmowa.
Być może okazałoby się, że po piętnastu minutach można już ze sobą normalnie rozmawiać.
A być może nie.
To również byłby interesujący materiał.
Jest tylko jeden problem
Podejrzewamy, że kolejka chętnych nie będzie długa.
Bo niezwykle łatwo jest zostać bohaterem, kiedy bohaterstwo kończy się na przycisku „Opublikuj”.
Znacznie trudniej powiedzieć:
„Tak. To ja napisałem. Tak uważam. A teraz jestem gotów powiedzieć ci to w twarz i wyjaśnić dlaczego”.
I dlatego być może powinniśmy trochę ostrożniej używać słowa „odwaga”.
Nie każdy, kto głośno krzyczy zza ekranu, jest odważny.
Niektórym po prostu dobrze działa Wi-Fi.
A jeśli kiedyś znajdzie się ktoś, kto zechce naprawdę pokazać dzień z życia hejtera, mikrofon warto włączyć.
To mógłby być jeden z ciekawszych reportaży o współczesnym internecie.
Bo najważniejsze pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi:
Kiedy nie jesteś hejterem — kim właściwie jesteś?
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.



