Biedny Jemen, bogata wojna. Jak Huti stali się graczem, którego świat nie może ignorować

Oceń materiał

Jemen jest jednym z najbiedniejszych państw świata. Miliony jego mieszkańców nie wiedzą, czy będą miały co jeść. Dzieci cierpią z powodu niedożywienia, gospodarka została zdewastowana przez ponad dekadę wojny, a znaczna część infrastruktury ledwo funkcjonuje.

A jednak właśnie stamtąd startują drony i rakiety zdolne uderzać setki kilometrów dalej. Stamtąd można zagrozić tankowcom, kontenerowcom i instalacjom naftowym. I właśnie tam znajduje się jeden z punktów, od których może zależeć cena ropy, koszt transportu z Azji do Europy, a pośrednio także rachunek płacony przez kierowcę na polskiej stacji paliw.

Jak to możliwe?

Reklama

Odpowiedź na to pytanie prowadzi przez kilkanaście lat wojny, Iran, Arabię Saudyjską, amerykańskie i brytyjskie bombardowania oraz historię ruchu, który miał zostać zniszczony, a zamiast tego nauczył się prowadzić nowoczesną wojnę.

Dwie cieśniny i jedna bardzo niebezpieczna mapa

Żeby zrozumieć znaczenie Huti, trzeba najpierw spojrzeć na mapę.

Na północnym wschodzie Półwyspu Arabskiego znajduje się Cieśnina Ormuz. To brama z Zatoki Perskiej na Ocean Indyjski i jeden z najważniejszych szlaków eksportu ropy oraz LNG na świecie.

Po przeciwnej stronie Półwyspu Arabskiego znajduje się Morze Czerwone. Jego południową bramą jest Bab al-Mandab — wąska cieśnina pomiędzy Jemenem a Afryką.

Za nią prowadzi droga przez Morze Czerwone i Kanał Sueski do Europy.

Iran może wywierać presję na Ormuz.

Huti znajdują się przy Bab al-Mandab.

To dlatego wojna w jednym z najbiedniejszych państw świata może stać się problemem największych gospodarek.

We wrześniu 2026 roku znaczenie tej geografii jeszcze wzrosło. Huti przeprowadzili gwałtowną ofensywę wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego. Reuters informuje, że zdobyli tereny górujące nad Bab al-Mandab oraz wyspy znajdujące się przy wejściu do cieśniny. Dla Arabii Saudyjskiej jest to jedno z największych niepowodzeń w Jemenie od lat.

To już nie jest wyłącznie wojna domowa.

To walka o miejsce, przez które przepływa światowy handel.

Kim właściwie są Huti?

Nazwa pochodzi od rodziny al-Huti, ale sami określają swój ruch jako Ansar Allah — „Pomocnicy Boga”.

Ruch wyrósł w północnym Jemenie wśród zajdytów, należących do jednej z gałęzi szyizmu. Początkowo miał charakter przede wszystkim religijny i polityczny. Sprzeciwiał się marginalizacji zajdyckiej społeczności oraz rosnącym wpływom saudyjskiego salafizmu.

Potem przyszła wojna.

W latach 2004–2010 jemeńskie władze prowadziły przeciwko Huti kolejne kampanie wojskowe. Miały rozwiązać problem.

Nie rozwiązały.

Dały natomiast ruchowi coś niezwykle cennego: doświadczenie.

Następnie przyszła Arabska Wiosna, rozpad dotychczasowego systemu politycznego i dalsze osłabienie państwa.

W 2014 roku Huti zajęli Sanę.

Rok później do wojny wkroczyła koalicja kierowana przez Arabię Saudyjską. Rijad dysponował nowoczesnym lotnictwem, ogromnymi pieniędzmi i dostępem do zachodniego uzbrojenia.

Huti mieli zostać pokonani.

Minęło jedenaście lat.

Nie zostali.

Bombardowali ich prawie wszyscy

To jeden z największych paradoksów tej historii.

Z Huti walczyły lub atakowały ich siły Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Później ich cele bombardowały również Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a także Izrael.

Mimo tego organizacja nie zniknęła.

Wręcz przeciwnie.

Według przytaczanych obecnie przez Associated Press szacunków ekspertów ONZ liczebność sił Huti wzrosła z około 30 tys. ludzi w 2015 roku do około 350 tys. w 2024 roku.

Nie oznacza to, że 350 tys. ludzi stanowi zawodową armię odpowiadającą zachodniemu rozumieniu tego pojęcia. Pokazuje jednak skalę mobilizacji, jaką ruch jest obecnie zdolny przeprowadzić.

I dochodzi do tego technologia.

Skąd biedny Jemen ma rakiety balistyczne?

To pytanie jest zasadnicze.

Panel ekspertów ONZ badający Jemen stwierdził, że bez pomocy zagranicznej Huti nie mieliby możliwości rozwijania i produkowania szeregu skomplikowanych systemów uzbrojenia.

Lista jest długa.

Rakiety balistyczne krótkiego i średniego zasięgu. Pociski manewrujące. Przeciwokrętowe pociski balistyczne i manewrujące. Drony rozpoznawcze i uderzeniowe. Systemy przeciwlotnicze. Bezzałogowe pojazdy podwodne. Radary morskie. Systemy elektrooptyczne.

To już nie jest arsenał partyzantów z kałasznikowami.

ONZ wskazuje na zagraniczne wsparcie i przechwytywane transporty uzbrojenia oraz komponentów. Najważniejszym patronem Huti pozostaje Iran.

Ale również tutaj potrzebne jest zastrzeżenie.

Huti nie zostali stworzeni przez Iran.

Ruch powstał wewnątrz Jemenu i posiada własną historię, ideologię oraz cele. Teheran znalazł jednak w Huti partnera, którego znaczenie strategiczne rosło wraz z każdym kolejnym rokiem wojny.

Iran dostarczył technologii, uzbrojenia, know-how i wsparcia.

Huti dostarczyli Iranowi geografii.

A geografii nie da się zbombardować.

Najtańsza broń może zmusić najdroższą do działania

Tutaj zaczyna się kolejny paradoks.

Do wystrzelenia drona nie potrzeba lotniskowca.

Do obrony przed dronem można już potrzebować niezwykle drogiego systemu przeciwlotniczego, samolotu, radaru, pocisku przechwytującego i całej infrastruktury wojskowej.

Huti nauczyli się prowadzić właśnie taką asymetryczną wojnę.

Nie muszą zatopić każdego statku przepływającego przez Morze Czerwone.

Wystarczy, że armator uzna ryzyko za zbyt duże.

Nie trzeba również zniszczyć całego przemysłu naftowego Arabii Saudyjskiej.

Wystarczy stworzyć ryzyko ataku.

Wtedy pojawiają się wyższe stawki ubezpieczeniowe, zmiana tras, dodatkowe zabezpieczenia, opóźnienia i rosnące koszty.

Rakieta może nawet nie trafić.

Rynek już wie, że została wystrzelona.

Arabia Saudyjska znalazła się między dwiema bramami

W czasie obecnego konfliktu znaczenie tego mechanizmu jeszcze wzrosło.

Jeżeli transport przez Ormuz staje się zagrożony, Arabia Saudyjska posiada alternatywę — może przesyłać ropę ze wschodu kraju rurociągiem do terminali nad Morzem Czerwonym.

Tyle że Morze Czerwone prowadzi do Bab al-Mandab.

A właśnie tam pojawiają się Huti.

We wrześniu ich ofensywa doprowadziła do przejęcia kolejnych pozycji na zachodnim wybrzeżu Jemenu. Reuters ocenia, że zmieniło to regionalną równowagę i postawiło państwa Zatoki przed wyjątkowo trudnym wyborem.

Huti jednocześnie nasilili ataki rakietowe i dronowe na cele w Arabii Saudyjskiej. Rijad wprowadzał alarmy bezpieczeństwa na znacznych obszarach kraju.

I nagle okazuje się, że wojna jemeńska, przez lata traktowana jako regionalny konflikt gdzieś na obrzeżach zainteresowania Europy, znajduje się niemal w centrum światowej układanki energetycznej.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Państwo głoduje. Wojna nie

Kontrast jest brutalny.

Według danych ONZ w 2026 roku ponad 22 miliony Jemeńczyków potrzebuje pomocy humanitarnej.

18,3 miliona ludzi doświadcza ostrego braku bezpieczeństwa żywnościowego.

Ponad 2,2 miliona dzieci poniżej piątego roku życia jest dotkniętych ostrym niedożywieniem.

Jedynie około 59 procent placówek ochrony zdrowia działa w pełnym zakresie.

Od początku konfliktu gospodarka Jemenu skurczyła się o ponad połowę.

To niezwykłe zestawienie.

Państwo może nie być w stanie zapewnić obywatelowi lekarza, żywności czy bieżącej wody.

Jednocześnie znajdująca się na jego terytorium organizacja potrafi wysłać rakietę balistyczną, zaatakować tankowiec albo zmusić jedne z najbogatszych państw świata do uruchomienia systemów obronnych kosztujących fortunę.

Bieda społeczeństwa i potencjał militarny wcale się nie wykluczają.

To dwa różne rachunki.

Dlaczego przez jedenaście lat nie udało się ich pokonać?

Sama pomoc Iranu tego nie wyjaśnia.

Huti mają kilka przewag jednocześnie.

Znają teren. Mają doświadczenie zdobywane przez ponad dwie dekady walk. Stworzyli rozbudowany aparat bezpieczeństwa i mobilizacji. Dysponują zapleczem umożliwiającym składanie i modyfikowanie uzbrojenia.

A ich przeciwnicy są podzieleni.

To ostatnie jest niezwykle ważne.

Siły przeciwne Huti w Jemenie nie tworzą jednolitej armii posiadającej jeden ośrodek polityczny i jeden cel. W grę wchodzą interesy uznawanego międzynarodowo rządu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ugrupowań południowojemeńskich i struktur lokalnych.

Associated Press wskazuje właśnie rozdrobnienie przeciwników Huti jako jeden z powodów, dla których przewaga technologiczna ich zagranicznych przeciwników nie doprowadziła do zwycięstwa.

Samolot może zniszczyć magazyn.

Znacznie trudniej bombardowaniem stworzyć sprawne państwo, administrację i armię przeciwnika.

Huti nauczyli się jeszcze czegoś

I być może jest to najważniejsza lekcja całej historii.

Przetrwanie daje polityczną siłę.

Huti przetrwali wojny z rządem Jemenu.

Przetrwali interwencję koalicji saudyjskiej.

Przetrwali naloty amerykańskie i brytyjskie.

Przetrwali izraelskie uderzenia.

Przetrwali sankcje.

Zaczęli atakować międzynarodową żeglugę.

A teraz zdobyli kolejne strategiczne terytoria.

I co wydarzyło się następnie?

Amerykanie zaczęli z nimi rozmawiać.

Reuters podał 16 września, że przedstawiciele Stanów Zjednoczonych spotkali się w Omanie z reprezentantami Huti. Rozmowy odbyły się zaledwie kilka dni po ich ofensywie na wybrzeżu Morza Czerwonego.

To nie oznacza uznania Huti ani ich metod.

Pokazuje jednak brutalną zasadę stosunków międzynarodowych:

jeżeli organizacja jest wystarczająco silna, aby stworzyć problem, którego nie można rozwiązać bez jej udziału, wcześniej czy później ktoś zaczyna z nią rozmawiać.

Czy świat przypadkiem ich nie wychował?

To pytanie wymaga ostrożności.

Nie można powiedzieć, że Zachód czy Arabia Saudyjska „stworzyły” Huti.

Nie można również sprowadzić ich wyłącznie do marionetki Teheranu.

Ale można wskazać mechanizm.

Każda kolejna wojna dawała Huti doświadczenie.

Każda próba zniszczenia ich infrastruktury zmuszała organizację do jej rozproszenia.

Każdy przechwycony lub pozyskany system uzbrojenia mógł być analizowany.

Każda kolejna generacja rakiet i dronów zwiększała możliwości odstraszania.

A brak jednolitego przeciwnika na ziemi sprawiał, że przewaga technologiczna koalicji nie przekształcała się w trwałą kontrolę polityczną.

Po jedenastu latach rezultat jest paradoksalny.

Organizacja, którą potężna koalicja miała pokonać w 2015 roku, jest w 2026 roku jednym z istotnych uczestników największego kryzysu bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.

Najbiedniejszy gracz przy najdroższej szachownicy

Historia Huti pokazuje jeszcze coś.

W XXI wieku potęga militarna nie musi oznaczać setek nowoczesnych samolotów, wielkich okrętów i bilionowego PKB.

Czasami wystarczy odpowiednia geografia, kilkaset rakiet i dronów, rozproszona infrastruktura, zagraniczny dostawca technologii, kilkanaście lat doświadczenia oraz przeciwnik, którego bardziej boli strata niż ciebie.

A Jemen ma geografię wyjątkową.

Po jednej stronie Półwyspu Arabskiego znajduje się Ormuz.

Po drugiej Bab al-Mandab.

Dalej Kanał Sueski.

Pomiędzy nimi ropa, gaz, kontenery i gospodarki uzależnione od tego, że statki przypłyną zgodnie z rozkładem.

Dlatego warto obserwować Jemen.

Nie dlatego, że Huti mogą podbić świat.

Nie mogą.

Mogą natomiast sprawić, że świat będzie musiał ich uwzględniać w swoich kalkulacjach.

I być może właśnie to jest największym sukcesem ruchu, który dwadzieścia lat temu był lokalnym problemem północnego Jemenu.

Dzisiaj o jego działaniach rozmawiają Waszyngton, Rijad i Teheran.

A ich konsekwencje może poczuć kierowca tankujący samochód kilka tysięcy kilometrów dalej.

Bo do wpływania na światową gospodarkę nie zawsze trzeba kontrolować morze.

Czasami wystarczy kontrolować miejsce, przez które inni muszą przepłynąć.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.