Najpierw przyszła książeczka. Można ją było przeczytać, odłożyć do szuflady, położyć pod stertą reklam albo wyrzucić razem z ulotką pizzerii.
Można było również się z niej pośmiać.
Po co nam poradnik bezpieczeństwa? Po co plecak ewakuacyjny? Po co instrukcja zachowania podczas alarmu? Po co wydawać miliony na coś, co — jak wielu najwyraźniej zakładało — nigdy nie będzie potrzebne?
Minęło kilka miesięcy.
Na wschodzie Polski zawyły syreny.
Telefony wyświetliły:
„Zagrożenie atakiem z powietrza. Udaj się w bezpieczne miejsce.”
I nagle pytanie przestało brzmieć:
„Po co nam ta książeczka?”
Zaczęło brzmieć:
„A właściwie… co mamy teraz robić?”
I tak oto Adam Mickiewicz po raz kolejny wygrał z technologią, internetem, SMS-em, telewizją i mediami społecznościowymi.
Polak mądry po szkodzie.
Tyle że tym razem państwo próbowało sprawić, żebyśmy byli mądrzy przed nią.
Książeczka, która miała leżeć pod ręką
„Poradnik bezpieczeństwa” przygotowały wspólnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministerstwo Obrony Narodowej oraz Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Zaprezentowano go 28 sierpnia 2025 roku.
Nie był instrukcją przeżycia wojny atomowej ani rządową zapowiedzią nadchodzącej apokalipsy.
Obejmował rzeczy znacznie bardziej przyziemne: blackout, pożar, powódź, awarię infrastruktury, ewakuację, cyberatak, dezinformację, skażenie, zagrożenie militarne czy konieczność przetrwania przez pewien czas bez normalnego funkcjonowania usług publicznych.
Wydrukowano 16,8 mln egzemplarzy. Według informacji przedstawionej później w odpowiedzi sejmowej sam druk kosztował 46,512 mln zł, czyli 2,76 zł za egzemplarz, a umowa na dystrybucję opiewała na kolejne 11,424 mln zł. Do końca stycznia 2026 roku poradnik miał trafić do ponad 16,3 mln gospodarstw domowych.
W pierwszej kolejności wysyłano go między innymi na wschód Polski — do województw warmińsko-mazurskiego, podlaskiego i lubelskiego. MSWiA tłumaczyło wówczas wprost, że chodzi o budowanie społecznej odporności i przygotowanie ludzi przed wystąpieniem kryzysu, a nie dopiero wtedy, gdy kryzys już trwa.
Brzmi dzisiaj trochę inaczej niż dziewięć miesięcy temu, prawda?
45 milionów. „Totalny absurd”
Poradnik szybko stał się przedmiotem politycznego sporu.
I żeby być uczciwym: nie każda krytyka była absurdalna.
Można i należy pytać o koszt zamówienia publicznego, warunki przetargu, konkurencyjność postępowania, sposób dystrybucji czy dostępność materiałów dla wszystkich obywateli. Wydawanie publicznych pieniędzy podlega kontroli niezależnie od tego, czy chodzi o drogę, fontannę, kampanię reklamową, czy bezpieczeństwo.
Czym innym jest jednak kontrola wydatków, a czym innym sprowadzenie samej idei przygotowania ludności do dowcipu.
Warsaw Enterprise Institute umieścił druk i dystrybucję poradnika w swojej „Czarnej Księdze wydatków publicznych 2026” w kategorii:
„TOTALNY ABSURD”.
Autorzy wskazywali przy tym m.in. na sposób przeprowadzenia postępowania przetargowego i koszt przedsięwzięcia.
Poseł Bronisław Foltyn w tekście oświadczenia sejmowego z 21 stycznia 2026 roku zestawiał druk poradnika z wyborami kopertowymi i ironizował na temat kolejnych milionów egzemplarzy materiałów drukowanych za publiczne pieniądze.
Na portalu wPolityce opisywano z kolei „Poradnik bezpieczeństwa” jako publikację wywołującą kontrowersje, wskazując zarówno na krytykę kosztów i przetargu, jak i drwiny dotyczące niektórych prostych porad znajdujących się w środku.
I można było tak dyskutować bardzo długo.
Dopóki nie zawyła syrena.
Wrzesień 2026. Telefon już nie pyta o poglądy polityczne
5 września mieszkańcy województw lubelskiego i podkarpackiego otrzymali Alert RCB:
„Rosyjski atak powietrzny na terenie Ukrainy. Sytuacja jest monitorowana. W przestrzeni RP operuje polskie lotnictwo. Śledź komunikaty.”
8 września komunikat był jeszcze bardziej jednoznaczny:
„Trwa zmasowany rosyjski atak powietrzny na Ukrainę. Zachowaj czujność. Śledź komunikaty. Reaguj na syreny alarmowe.”
12 września znów ostrzegano mieszkańców Lubelszczyzny i Podkarpacia o rosyjskim ataku powietrznym oraz operowaniu polskiego lotnictwa.
13 września na części Lubelszczyzny pojawił się już zupełnie inny komunikat:
„Zagrożenie atakiem z powietrza. Udaj się w bezpieczne miejsce. Stosuj się do poleceń lokalnych służb. Oczekuj dalszych komunikatów.”
To już nie był podręcznik.
Nie dyskusja telewizyjna.
Nie polityczny tweet.
Nie mem.
To był komunikat wysłany bezpośrednio na telefony ludzi.
A 17 września zawyły syreny
W czwartek 17 września sytuacja powtórzyła się na jeszcze większą skalę.
Na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu uruchomiono syreny alarmowe. RCB wysłało ostrzeżenia o zagrożeniu atakiem z powietrza. W części urzędów przeprowadzano ewakuację, uczniów sprowadzano na niższe kondygnacje albo do pomieszczeń bez okien, czasowo wstrzymano operacje na lotniskach w Lublinie i Rzeszowie oraz odprawy na przejściach granicznych.
Alarm ogłoszono podczas rosyjskiego nalotu na zachodnią Ukrainę. Według informacji PAP jeden z rosyjskich dronów uderzył około czterech kilometrów od granicy z Polską. Wojsko informowało jednocześnie, że nie stwierdzono naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
W szkołach zaczęto robić dokładnie to, co kilka miesięcy wcześniej wyglądało dla wielu ludzi jak ćwiczenie rodem z filmu katastroficznego: dzieci kierowano w bezpieczniejsze miejsca, z dala od okien.
Samorządy zaczęły tłumaczyć:
- co oznacza modulowany dźwięk syreny,
- jak brzmi odwołanie alarmu,
- gdzie należy się udać,
- dlaczego trzeba odsunąć się od okien,
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.






