Patriotyzm w szkolnym planie. Sejm zdecydował, ale rachunek wciąż nie jest jasny

Oceń materiał

Sejm uchwalił ustawę o wychowaniu patriotycznym. Za głosowało 223 posłów, 197 było przeciw, a siedmiu wstrzymało się od głosu. Teraz ustawa trafi do Senatu. Nie oznacza ona jednak wprowadzenia do szkół nowego przedmiotu pod nazwą „wychowanie patriotyczne”. Zmiana jest bardziej rozbudowana: szkoły dostaną nowe obowiązki, uczniowie mają częściej wychodzić poza szkolne mury, a państwo chce połączyć historię, bezpieczeństwo, wojsko, lokalne dziedzictwo, przedsiębiorczość i nauki ścisłe w jeden system edukacyjny.

Pomysł brzmi atrakcyjnie. Gorzej, gdy zaczniemy zadawać najbardziej prozaiczne pytania: kto za to zapłaci, kto będzie prowadził dodatkowe zajęcia, kto pojedzie z uczniami na wycieczkę i według jakich kryteriów państwo zdecyduje, które miejsca są wystarczająco „patriotyczne”, żeby znaleźć się na ministerialnej liście.

Bo patriotyzm jest pojęciem wzniosłym. Autokar, nadgodziny nauczyciela i rachunek za paliwo są już wyjątkowo przyziemne.

Reklama

Nie nowy przedmiot, lecz nowe obowiązki

Projekt został wniesiony do Sejmu przez posłów PSL jeszcze 14 sierpnia 2024 roku. Pierwsze czytanie w Komisji Edukacji i Nauki odbyło się jednak dopiero 30 lipca 2026 roku. Od początku projekt miał szerszą konstrukcję niż samo nauczanie historii. Wnioskodawcy mówili o nowych formach edukacji obywatelskiej, odpowiedzialności za państwo oraz unowocześnieniu zadań wychowawczych szkoły.

Po poprawkach przyjętych przez Sejm szkoły podstawowe i ponadpodstawowe mają organizować wyjścia lub wycieczki związane m.in. z historią i dziedzictwem narodowym.

Uczeń ma przynajmniej raz w cyklu kształcenia odwiedzić miejsce należące do jednej z przewidzianych przez ustawę kategorii.

Może to być lokalne miejsce pamięci, miejsce związane z tradycjami wolnościowymi, materialnym albo niematerialnym dziedzictwem narodowym, ale również jednostka wojskowa lub przedsiębiorstwo.

I tu zaczyna się najciekawsza część tej ustawy.

Bo wychowanie patriotyczne przestaje oznaczać wyłącznie akademię 11 listopada, poczet sztandarowy i lekcję historii.

Uczeń może pojechać do muzeum.

Ale może również odwiedzić jednostkę wojskową.

Albo zakład przemysłowy.

To pokazuje, że ustawodawca próbuje zbudować znacznie szerszą definicję patriotyzmu: jako pamięci historycznej, odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwa, świadomości gospodarczej i kompetencji potrzebnych nowoczesnemu krajowi.

Kto zdecyduje, dokąd pojedzie uczeń?

Minister edukacji ma określić zasady organizowania takich wyjazdów i przygotować listę miejsc, które szkoły będą mogły odwiedzać.

Lista jednostek wojskowych ma powstać w konsultacji z ministrem obrony, natomiast przedsiębiorstw – z ministrem właściwym do spraw gospodarki.

Na papierze wygląda to logicznie.

Problem pojawia się przy słowie „lokalne”.

Bo jeśli patriotyzm ma wyrastać również z historii najbliższego otoczenia, to trudno stworzyć w Warszawie kompletną listę wszystkich miejsc ważnych dla mieszkańców tysięcy polskich miejscowości.

Na ten problem zwracano uwagę już podczas prac parlamentarnych. Biuro Rzecznika Praw Dziecka wskazywało między innymi na ryzyko pomijania patriotyzmu lokalnego właśnie z powodu centralnie ustalonego katalogu miejsc. Podnoszono także pytania o finansowanie wyjazdów i sytuację uczniów z niepełnosprawnościami.

I to jest problem szczególnie widoczny poza wielkimi miastami.

W powiecie trzebnickim miejscem ważnym dla lokalnej historii może być cmentarz, pomnik, budynek, pozostałość dawnej infrastruktury, miejsce działalności konspiracyjnej albo obiekt związany z powojenną historią miejscowości.

Czy każde z nich ma czekać na ministerialny stempel?

Czy szkoła będzie mogła sama uznać lokalne miejsce za warte pokazania uczniom?

Odpowiedź będzie zależała od szczegółowych przepisów wykonawczych.

Państwo nakazuje wycieczkę. Państwo zapowiada też pieniądze

Jedna z przyjętych w piątek poprawek zobowiązuje rząd do ustanowienia programu dofinansowania szkolnych wyjść i wycieczek oraz określenia zasad naboru.

To istotna poprawka.

Bez niej mielibyśmy bowiem klasyczny mechanizm: parlament ustanawia obowiązek, a szkoła i samorząd zaczynają się zastanawiać, z której kieszeni go sfinansować.

Ale sama zapowiedź programu finansowania jeszcze nie odpowiada na pytanie, czy pieniędzy wystarczy.

Koszt wycieczki to nie tylko autokar.

To również bilety, opiekunowie, zastępstwa za nauczycieli, czas pracy pedagogów, ubezpieczenie, organizacja pobytu, a w niektórych przypadkach dodatkowe potrzeby uczniów z niepełnosprawnościami.

Dlatego dopiero rozporządzenie i budżet programu pokażą, czy powstaje realny system edukacyjny, czy kolejny obowiązek, którego praktyczne wykonanie zostanie przesunięte na dyrektorów szkół i samorządy.

Patriotyzm przy tablicy? Nie. Patriotyzm przy lutownicy

Jeszcze bardziej interesujący element ustawy znajdziemy w szkołach ponadpodstawowych.

Mają tam działać kluby inżynierskie.

Zajęcia będą dobrowolne i prowadzone poza zwykłymi godzinami lekcyjnymi. Ich zadaniem ma być zwiększanie zainteresowania przedmiotami ścisłymi oraz zawodami technicznymi.

To może zaskakiwać.

Co wspólnego ma robotyka, programowanie czy elektronika z wychowaniem patriotycznym?

W logice projektu – całkiem sporo.

Pierwotne założenia obejmowały m.in. rozwijanie edukacji STEM, czyli nauki, technologii, inżynierii i matematyki. W pracach komisji pojawiał się także Program im. Stefana Banacha dotyczący m.in. programowania oraz eksperymentalnych metod nauczania przedmiotów ścisłych.

W tej koncepcji silne państwo potrzebuje nie tylko obywatela znającego historię, ale również inżyniera, informatyka, chemika czy technika.

To akurat jedna z mniej oczywistych, ale interesujących idei projektu.

Tyle że znów pojawia się pytanie praktyczne.

Kto poprowadzi klub?

W której sali?

Na jakim sprzęcie?

I za jakie wynagrodzenie?

Podczas debaty nad projektem wskazywano właśnie na brak dostatecznie szczegółowych rozwiązań dotyczących wynagradzania nauczycieli za dodatkowe zajęcia oraz udział w wycieczkach.

Patriotyzm patriotyzmem, ale nauczyciel po godzinach nadal pozostaje pracownikiem.

Program Kościuszkowski. Tu pojawią się prawdziwe pieniądze

Ustawa tworzy również Program Kościuszkowski finansowany z budżetu państwa.

Pieniądze mają wspierać przedsięwzięcia związane z polskim dziedzictwem historycznym, między innymi edukację kulturalną, wystawy, wydarzenia rocznicowe, publikacje, digitalizację i popularyzację wiedzy historycznej.

O finansowanie będą mogły ubiegać się organizacje pozarządowe, samorządowe instytucje kultury oraz samorządy.

To oznacza, że program może być ważny również lokalnie.

Biblioteka, muzeum, gmina czy stowarzyszenie będą mogły przygotować projekt dotyczący lokalnej historii, zdigitalizować archiwum, opracować wystawę albo udokumentować wydarzenia czy miejsca, o których dzisiaj wiedzą często tylko najstarsi mieszkańcy.

I właśnie tutaj warto będzie patrzeć na ręce instytucji rozdzielającej środki.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Dlaczego Instytut Witosa?

W pierwotnej wersji projektu wykonawcą Programu Kościuszkowskiego miało być Muzeum Historii Polski. Tak projekt przedstawiano jeszcze podczas pierwszego czytania 30 lipca.

Po sejmowych poprawkach sytuacja wygląda inaczej.

Program ma realizować Instytut im. Wincentego Witosa.

I to jest zmiana, której nie powinno się przejść jednym zdaniem.

Nie oznacza ona automatycznie niczego niewłaściwego. Ale skoro państwo tworzy program finansowany z pieniędzy publicznych, a następnie zmienia instytucję odpowiedzialną za jego realizację, naturalne pozostają pytania:

dlaczego dokonano tej zmiany?

kto ją zaproponował?

jak duży będzie budżet programu?

według jakich kryteriów będą przyznawane środki?

jak będzie wyglądała kontrola projektów?

oraz kto będzie oceniał wnioski?

To materiał na osobny etap naszej analizy.

Patriotyzm lokalny może okazać się największą wartością

W całej dyskusji łatwo wpaść w tradycyjny polski spór polityczny: kto jest większym patriotą, kto ma prawo definiować patriotyzm i kto komu zabiera historię.

Tymczasem najciekawszy potencjał tej ustawy może znajdować się znacznie bliżej.

W małych miejscowościach.

Jeżeli uczeń z Trzebnicy, Żmigrodu, Prusic, Obornik Śląskich, Wiszni Małej czy Zawoni pozna historię swojej ulicy, miejscowego pomnika, starego cmentarza, zakładu pracy albo człowieka, który mieszkał kilkaset metrów od jego domu, może nauczyć się więcej niż podczas kolejnej akademii przygotowanej według tego samego scenariusza.

Bo historia przestaje wtedy być datą w podręczniku.

Staje się miejscem, obok którego uczeń przechodzi codziennie.

I właśnie dlatego centralna lista miejsc powinna być konstruowana bardzo ostrożnie.

Państwo może wskazywać miejsca ważne w skali kraju.

Nie powinno jednak próbować udawać, że zna historię każdej polskiej miejscowości lepiej od jej mieszkańców.

Bezpieczeństwo również staje się częścią wychowania

Nowelizacja ma również mocniej wpisać do zadań systemu oświaty wiedzę dotyczącą bezpieczeństwa, podstawowych umiejętności obronnych i zachowania się w sytuacjach kryzysowych. Już w oficjalnym opisie projektu wskazywano, że nowe rozwiązania mają przygotowywać młodzież do odpowiedzialności za państwo oraz uwspółcześniać zadania edukacyjne i wychowawcze szkoły.

W połączeniu z wizytami w jednostkach wojskowych tworzy to wyraźny drugi nurt całej regulacji.

Nie chodzi już tylko o to, żeby młody człowiek wiedział, kto wygrał bitwę pod Grunwaldem.

Ma również wiedzieć, jak zachować się podczas kryzysu.

To odpowiada na realną zmianę otoczenia bezpieczeństwa Polski i Europy.

Ale i tutaj najważniejsze będzie wykonanie.

Można bowiem stworzyć wartościowe zajęcia praktyczne.

Można też przygotować kolejną prezentację PowerPoint, podczas której uczeń będzie ćwiczył przede wszystkim dyskretną obsługę telefonu pod ławką.

Ustawa tego problemu nie rozwiąże.

Rozwiąże go dopiero dobra szkoła.

Dopiero Senat, później podpis i rozporządzenia

Na dziś trzeba więc uważać na stwierdzenie, że „w szkołach wprowadzono wychowanie patriotyczne”.

Sejm ustawę uchwalił 18 września 2026 roku, ale proces legislacyjny nie został zakończony. Dokument trafia teraz do Senatu.

Dodatkowo wiele najważniejszych praktycznych elementów zostanie określonych dopiero później w aktach wykonawczych.

I właśnie tam może kryć się odpowiedź na pytanie, jak ta ustawa będzie naprawdę działała.

Nie w wielkich słowach o Ojczyźnie.

W kwocie dotacji.

W liczbie nauczycieli.

W zasadach wynagradzania.

W katalogu miejsc.

W dostępności autokarów.

I w tym, czy dyrektor szkoły dostanie narzędzie, czy następny obowiązek.

Patriotyzmu nie da się zadekretować. Można jednak stworzyć warunki, żeby go zrozumieć

Sam pomysł pokazania młodym ludziom miejsc, ludzi i instytucji związanych z historią państwa nie jest rewolucyjny.

Szkoły robią to od wielu lat.

Nowością jest ustawowe uczynienie z tego elementu systemu.

To może zadziałać bardzo dobrze, jeśli za obowiązkiem pójdą pieniądze, swoboda wyboru wartościowych lokalnych miejsc oraz sensowna organizacja.

Może również zakończyć się kolejnym punktem w szkolnym sprawozdaniu:

„Wycieczka patriotyczna – wykonano”.

I wtedy będziemy mieli wszystkie wymagane dokumenty, podpisy, zgody rodziców i kartę wycieczki.

Tylko z wychowaniem patriotycznym może być trochę gorzej.

Dlatego ustawę warto obserwować dalej nie przez pryzmat tego, kto głośniej wypowiada słowo „patriotyzm”, lecz według znacznie prostszych kryteriów:

ile państwo na ten program przeznaczy, kto dostanie pieniądze, kto wykona dodatkową pracę i czego rzeczywiście nauczy się uczeń.

Dopiero wtedy będzie można ocenić skutki przyjętych rozwiązań.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.