W Kakome mieszkańcy rozebrali ogrodzenia, które — według nich — przez 22 lata odcinały ludzi od ziemi i plaży. W innym miejscu Albanii protesty wybuchły wokół luksusowego projektu powiązanego z Jaredem Kushnerem i Ivanką Trump. To nie są identyczne sprawy, ale łączy je jedno pytanie: czy wybrzeże może stać się prywatnym salonem dla bogatych, a zwykłym ludziom zostanie widok zza płotu?
Albania burzy płoty. Plaże kontra oligarchowie
Najpierw widać tłum. Potem czerwoną albańską flagę. Dalej — ogrodzenie, kontenery, budki ochrony, drut, bariery. I ludzi, którzy już nie proszą. Po prostu zdejmują płot.
Tak wyglądały nagrania z Kakome, jednej z najpiękniejszych zatok południowej Albanii. W mediach społecznościowych poszło to szybko: „plaża wróciła do ludzi”. Brzmi jak piękna puenta. Tylko że w tej historii puenta jeszcze nie zapadła.
Bo Kakome to nie jest tylko romantyczny obrazek z Riwiery Albańskiej. To stary, twardy spór o ziemię, własność, dostęp do morza i to, kto naprawdę korzysta na „rozwoju turystyki”.
ilustracja artykułu morze nie na sprzedaż
Czy plaża naprawdę została zwrócona ludziom?
Tu trzeba być precyzyjnym. Mieszkańcy i protestujący faktycznie rozebrali barierę w Kakome. Albańskie media podają, że ogrodzenie przez lata oddzielało teren i ograniczało dostęp do plaży oraz gruntów, do których prawa roszczą sobie lokalne rodziny z okolicznych wsi Nivica i Shën Vasil. Według Albanian Daily News bariera miała funkcjonować przez 22 lata, a protestujący mówili, że uniemożliwiała im dotarcie do własnej ziemi oraz ograniczała dostęp do Kakome Beach.
Czytaj dalej
Powiązany temat
Ale nie ma — przynajmniej na podstawie dostępnych obecnie źródeł — potwierdzenia, że nastąpił formalny, prawny zwrot plaży albo gruntów „prawowitym właścicielom”. To ważne zdanie. Nudniejsze od hasła z internetu, ale prawdziwsze.
Najuczciwiej napisać więc tak: Kakome zostało symbolicznie otwarte przez protestujących, ale spór własnościowy trwa.
To jest ta różnica między obywatelskim gestem a decyzją sądu. Pierwszy daje obraz, drugi daje tytuł prawny. W mediach społecznościowych ta subtelność ginie szybciej niż paragon w kieszeni po wakacjach.
O co toczy się spór w Kakome?
Według Citizens.al protest w Kakome dotyczy nierozwiązanego sporu własnościowego trwającego od ponad dwóch dekad. Mieszkańcy twierdzą, że grunty są dziedzictwem lokalnych rodzin. Spółka Riviera, działająca na tym obszarze, utrzymuje natomiast, że nabyła je legalnie. Protestujący zapowiedzieli dalsze działania do czasu ostatecznego rozwiązania sprawy.
To oznacza, że mamy klasyczny konflikt trzech języków.
Pierwszy to język mieszkańców: „to ziemia naszych rodzin”.
Drugi to język inwestora: „to legalnie nabyta własność”.
Trzeci to język opinii publicznej: „plaża nie może być zamknięta przed ludźmi”.
I właśnie ten trzeci język zaczyna dziś w Albanii dominować. Nie dlatego, że rozwiązuje wszystkie problemy prawne, ale dlatego, że dotyka czegoś znacznie głębszego: poczucia, że państwo przez lata było po stronie silniejszych, szybszych, bogatszych i lepiej podłączonych do władzy.
Co mówi druga strona?
Spółka Riviera Kakome stanowczo odrzuca narrację protestujących. W oświadczeniu cytowanym przez BalkanWeb nazwała wydarzenia atakiem na prywatną własność, zapowiedziała zawiadomienia karne i twierdziła, że nie blokowała dostępu do plaży, lecz jedynie dostęp do prywatnego terenu objętego pozwoleniem budowlanym. Firma zakwestionowała też roszczenia mieszkańców Nivicy, wskazując, że kwestie własnościowe były już przedmiotem postępowań sądowych.
To jest istotne, bo bez tej strony łatwo zrobić z tekstu prosty plakat: lud kontra oligarcha. A rzeczywistość, jak zwykle, jest mniej wygodna. Prawa własności nie można unieważnić emocją. Ale dostępu do dobra publicznego nie można zakopać pod hasłem „inwestycja”.
I właśnie dlatego Kakome staje się symbolem.
Dlaczego ta sprawa wybuchła właśnie teraz?
Bo Kakome nie dzieje się w próżni. W Albanii od kilku tygodni narasta fala protestów przeciwko dużym projektom turystycznym na wybrzeżu. Najgłośniejszy jest projekt luksusowego kurortu na wyspie Sazan i w rejonie Zvërnec/Vjosa-Narta, powiązany z Jaredem Kushnerem i Ivanką Trump. Al Jazeera podawała, że tysiące osób protestowały w Tiranie przeciw inwestycji, domagając się jej anulowania, zwrotu ziem dawnym właścicielom i większej przejrzystości procedur.
To osobny projekt. Trzeba to podkreślić grubą kreską: nie ma wiarygodnego potwierdzenia, że Kakome jest częścią inwestycji Kushnera.
Ale jest coś innego. Kakome, Zvërnec, Sazan, Rrjoll — wszystkie te miejsca zaczynają układać się w jedną mapę społecznego gniewu. Ludzie widzą płoty. Widzą ochroniarzy. Widzą drut. Widzą maszyny. Widzą dokumenty, których nie rozumieją albo do których nie mają zaufania. I w końcu zaczynają mówić: dość.
Czym jest „Flamingo Revolution”?
Nazwa protestów — „Flamingo Revolution” — bierze się z rejonu Vjosa-Narta, cennego przyrodniczo obszaru, gdzie żyją m.in. flamingi i inne chronione gatunki. Reuters opisywał, że projekt wart około 1,4 mld euro ma obejmować wyspę i niezabudowany odcinek wybrzeża w pobliżu chronionego krajobrazu Vjosa-Narta, a przeciwnicy inwestycji ostrzegają przed skutkami dla mokradeł, plaż i miejsc lęgowych zwierząt.
W protestach flaming stał się symbolem. Trochę niewinnym, trochę ironicznym. Bo flaming jest ptakiem eleganckim, ale nie jest głupi. Jak mu zabetonują bagno, to nie przeczyta folderu inwestora o „zrównoważonym rozwoju”. Po prostu odleci.
I ludzie też odchodzą. Z Albanii od lat wyjeżdżają młodzi. Protestujący nie mówią więc tylko o ptakach. Mówią o państwie, w którym dla zwykłego obywatela zostaje emigracja, a dla inwestora — plaża, wyspa i ustawa szyta pod projekt.
Dlaczego projekt Kushnera tak rozpalił emocje?
Bo łączy kilka wybuchowych składników.
Po pierwsze: nazwisko. Jared Kushner to zięć Donalda Trumpa. Ivanka Trump jest córką amerykańskiego prezydenta. Nawet jeśli inwestycja jest prowadzona przez struktury biznesowe i nawet jeśli inwestorzy twierdzą, że działają prywatnie, polityczny cień jest oczywisty. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zobaczyć, jak taki projekt działa na społeczną wyobraźnię w biedniejszym europejskim kraju.
Po drugie: skala. The Guardian opisywał protesty jako jedne z największych w Albanii od lat, a projekt jako inwestycję, którą premier Edi Rama przedstawia jako szansę dla Albanii na wejście do ligi najbardziej atrakcyjnych śródziemnomorskich kierunków turystyki premium.
Po trzecie: miejsce. Vjosa-Narta to nie jest przypadkowy kawałek ziemi pod hotelem z widokiem na morze. To obszar przyrodniczo wrażliwy, związany z deltą jednej z ostatnich dzikich rzek Europy. BirdLife International alarmował, że chodzi o teren Pishë Poro–Narta Protected Area w krajobrazie chronionym Vjosa-Narta, jednym z ważnych siedlisk przyrodniczych Europy.
Po czwarte: pamięć. Albania zna historię zawłaszczania ziemi. Najpierw przez komunizm, potem przez chaos transformacji, potem przez prywatyzacje, później przez biznes politycznie uprzywilejowany. Dlatego każda brama na plaży wygląda tam nie tylko jak brama. Wygląda jak streszczenie ostatnich trzydziestu lat.
A co na to premier Edi Rama?
Premier Rama broni inwestycji. Reuters podawał, że mimo protestów zapowiadał kontynuację projektu i przedstawiał go jako element modernizacji kraju oraz rozwoju turystyki. Jednocześnie przyznał, że ustawienie drutu kolczastego wokół terenu było błędem, ale nie wycofał poparcia dla inwestycji.
To typowa narracja władzy w takich sporach: „musicie zrozumieć, to rozwój”.
Problem polega na tym, że ludzie coraz częściej odpowiadają: „rozumiemy aż za dobrze”.
Bo rozwój bez zaufania zamienia się w podejrzenie. Rozwój bez konsultacji — w przemoc administracyjną. Rozwój bez ochrony przyrody — w betonowanie. Rozwój bez ludzi — w folder reklamowy.
Władza mówi o miejscach pracy, inwestycjach, prestiżu i zachodnich standardach. Protestujący pytają: dla kogo te standardy, skoro najpierw stawia się płot?
Czy Unia Europejska może tu odegrać rolę?
Tak, bo Albania chce wejść do Unii Europejskiej, a ochrona środowiska i standardy prawne nie są dodatkiem do negocjacji. Są jednym z warunków gry.
Według European Western Balkans Komisja Europejska ostrzegała, że projekt może wejść w kolizję z unijnymi zasadami ochrony środowiska i utrudnić zamykanie rozdziału 27 w rozmowach akcesyjnych, dotyczącego środowiska i zmian klimatu.
Parlament Europejski również zareagował. BirdLife International informował, że europosłowie wezwali Albanię do uchylenia przepisów umożliwiających niszczenie obszarów chronionych oraz do zawieszenia nowych inwestycji w takich terenach do czasu uporządkowania prawa.
To ważny moment. Albania chce być europejska. Ale Europa to nie tylko pieniądze, lotniska, hotele i turyści. Europa to też procedury, dostęp do informacji, ochrona dobra wspólnego i zasada, że przyroda nie jest przeszkodą w inwestycji, tylko granicą dla chciwości.
Dlaczego Kakome jest tak mocnym obrazem?
Bo w Kakome nie trzeba czytać raportów. Wystarczy zobaczyć płot.
Płot jest prosty. Płot nie tłumaczy. Płot mówi: tu nie wejdziesz.
Dlatego jego rozebranie ma tak dużą siłę symboliczną. Nie rozwiązuje sporu prawnego. Nie zamyka sprawy własności. Nie odpowiada na pytanie, kto ma akty, umowy, decyzje, koncesje, pozwolenia i wyroki. Ale pokazuje, że ludzie przestali wierzyć, iż instytucje zrobią to za nich.
To bardzo niebezpieczny moment dla każdego państwa.
Nie dlatego, że obywatele protestują. Protest jest częścią demokracji. Niebezpieczne jest coś innego: sytuacja, w której obywatele uznają, że tylko fizyczne działanie daje rezultat. Że dopiero kiedy tłum ruszy na płot, ktoś zauważy problem. Że administracja, sądy, parlament i rząd przez lata produkowały papiery, ale nie produkowały sprawiedliwości.
Państwo, które doprowadza ludzi do takiego wniosku, samo rozbiera swój autorytet. Tylko robi to wolniej niż protestujący ogrodzenie.
Czy Albania protestuje przeciw turystyce?
Nie. I to trzeba jasno powiedzieć.
To nie jest bunt przeciw hotelom, turystom, wakacjom ani rozwojowi. Albania żyje z turystyki i chce na niej zarabiać. Problemem nie jest to, że ktoś chce budować. Problemem jest pytanie: gdzie, za czyje pieniądze, na czyjej ziemi, według jakich procedur i kto na końcu będzie mógł wejść na plażę?
Różnica jest zasadnicza.
Turystyka może rozwijać kraj. Ale może też go wykupić kawałek po kawałku. Może dawać pracę, ale może też zamieniać mieszkańców w sezonową obsługę własnego krajobrazu. Może tworzyć dobrobyt, ale może również produkować strefy zamknięte, w których lokalny człowiek jest mile widziany tylko jako kelner, ochroniarz albo sprzątaczka.
Albański protest mówi: nie chcemy być dekoracją we własnym kraju.
Dlaczego ta historia dotyczy też Polski?
Bo mechanizm jest znajomy.
Najpierw pojawia się „strategiczna inwestycja”. Potem „rozwój”. Potem „miejsca pracy”. Potem „teren niewykorzystany”. Potem „nikt nie traci”. Potem nagle okazuje się, że znika dostęp, krajobraz, publiczny interes i zwykłe pytanie mieszkańca: „kto wam na to pozwolił?”.
W Polsce znamy ten język. Nad jeziorami, nad rzekami, w lasach, przy planach miejscowych, przy lex deweloper, przy terenach poprzemysłowych, przy każdej działce, która z dnia na dzień zyskuje magiczny status „szansy rozwojowej”.
Oczywiście Albania to inny system, inna historia, inne problemy własnościowe po komunizmie. Ale pytanie jest uniwersalne: czy przestrzeń publiczna ma jeszcze jakąkolwiek wartość, gdy naprzeciwko staje inwestor z pieniędzmi i politycznym dostępem?
Co w tej sprawie trzeba jeszcze sprawdzić?
Po pierwsze, dokumenty dotyczące Kakome: umowy, decyzje administracyjne, koncesje, pozwolenia budowlane, wyroki sądów i mapy własności. Bez tego nie da się uczciwie przesądzić, czyje roszczenia są mocniejsze.
Po drugie, rzeczywisty status dostępu do plaży. Spółka twierdzi, że droga była wolna. Protestujący twierdzą, że dostęp był blokowany. To wymaga weryfikacji terenowej i dokumentacyjnej.
Po trzecie, związek Kakome z szerszą falą protestów. Politycznie i społecznie związek jest oczywisty. Prawnie — nie można go dopisywać na siłę.
Po czwarte, projekt Sazan/Zvërnec: struktura właścicielska, źródła finansowania, decyzje środowiskowe, zmiany prawa i zakres konsultacji społecznych. Reuters informował również o roszczeniach mieszkańców wobec części gruntów objętych projektem w Zvërnec, co pokazuje, że problem własnościowy nie ogranicza się do Kakome.
Albania nie jest na sprzedaż?
Hasło „Albania is not for sale” działa, bo jest proste. Może nawet za proste. Ale takie hasła nie powstają w laboratoriach PR. One rodzą się wtedy, gdy ludzie czują, że ich państwo rozmawia z nimi po fakcie.
Najpierw ktoś ustala plan. Potem ktoś stawia ogrodzenie. Potem ktoś mówi, że wszystko jest legalne. Potem ludzie mają się cieszyć, bo będzie luksusowy resort.
Tylko że mieszkańcy nie zawsze chcą luksusu. Czasem chcą przejść na plażę.
I w tym zdaniu mieści się cały konflikt.
Puenta bez puenty
Kakome nie zostało jeszcze „rozwiązane”. Sazan i Zvërnec nie są jeszcze zamkniętą historią. Protesty trwają, rząd nie ustępuje, inwestorzy mówią o rozwoju, organizacje ekologiczne alarmują, a mieszkańcy wracają do starych map, aktów własności i wspomnień rodzinnych.
Ale jedno już się stało.
Płot przestał być tylko płotem.
Stał się granicą między dwoma wizjami kraju. W jednej Albania ma być luksusowym produktem z widokiem na morze. W drugiej — miejscem, w którym plaża, ziemia, pamięć i przyroda nie są dodatkiem do inwestycji, lecz częścią narodowej wspólnoty.
I dlatego ten obraz z Kakome obiegł internet. Nie dlatego, że ludzie lubią patrzeć, jak coś się przewraca.
Tylko dlatego, że czasem przewracający się płot mówi więcej niż setka konferencji prasowych.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.
