„Jesteście złymi ludźmi” – mówi ksiądz.
„Tak, ale za to dobrymi katolikami” – odpowiada bandyta.
Scena pochodzi z filmu „Ślepa sprawiedliwość” (Blind Justice) — i choć minęły lata, jej sens uderza dziś z jeszcze większą siłą.
Bo nie trzeba już rewolweru, by być bandytą. Wystarczy ekran telefonu, oburzenie w komentarzu i przekonanie, że stoi się po stronie dobra.
Kiedy dobro staje się kostiumem
Na procesjach – wzruszenie.
W komentarzach – jadowite słowa.
W kościołach – miłość bliźniego.
Na ulicach – pogarda wobec tych, którzy myślą inaczej.
Religia stała się dziś wygodnym garniturem. Wkładanym wtedy, gdy pasuje do okazji, zdejmowanym, gdy przeszkadza w codziennym interesie.
A moralność? Często sprowadzona do pustego gestu: „modlę się, więc jestem dobry”.
Tyle że w praktyce dobro nie krzyczy. Nie potrzebuje świadków ani lajków.
Świętość w wersji on-line
W epoce social mediów bycie „dobrym katolikiem” oznacza raczej poprawne poglądy, odpowiednie reakcje i rytuał oburzenia.
Nie sumienie, a algorytm decyduje, co nas wzruszy, a co rozgniewa.
Wiara staje się marką, a moralność – kampanią PR.
Ludzie potrafią współczuć dziecku choremu w hospicjum, a chwilę później drwić z bezdomnego.
Potrafią modlić się za pokój, a w następnym zdaniu życzyć śmierci przeciwnikom politycznym.
I czują się… dobrzy.
Dobro, które nie jest wygodne
Filmowy bandyta miał przynajmniej szczerość – przyznał się, że jest zły.
Dzisiejsi „dobrzy katolicy” tej odwagi często nie mają.
Zło nazywają obowiązkiem, okrucieństwo – patriotyzmem, a pogardę – wiarą.
Może właśnie dlatego ta scena ze Ślepej sprawiedliwości tak mocno dziś rezonuje.
Bo pokazuje, że prawdziwe pytanie nie brzmi: czy jesteś wierzący?
Tylko: czy jesteś człowiekiem?
Autor: Rafał Chwaliński
