Etykiety w kotle politycznym: Lewactwo, prawactwo i szufladkowanie „innych”

Lewactwo prawactwo kociol etykiet

Ach, te etykiety! W polskim dyskursie politycznym lgną do rozmów jak muchy do lepu – i równie trudno się ich pozbyć. „Lewak”, „prawak”, „lewactwo”, „prawactwo” – brzmią jak obelgi z przedszkolnej kłótni o łopatkę, ale ich ciężar społeczny potrafi zrywać więzi, przyjaźnie i zdrowy rozsądek. Naprawdę, w 2025 roku, gdy świat zmienia się szybciej niż nasze passaty w leasingu – AI, zmiany klimatu, wojny, migracje – my wciąż tkwimy w ideologicznych okopach i walczymy na słowa, jakby od nich zależało, kto zasługuje na tlen.

Czas wrzucić te etykiety do jednego gara i zamieszać. Może wyjdzie z tego coś bardziej strawnego niż to, co codziennie serwują nam media społecznościowe.


Zacznijmy od lewactwa. Dla wielu to nie ideologia, a etykieta tak toksyczna, że wystarczy samo podejrzenie, by stracić znajomych i komentarze pod postem. „Lewak” to rzekomo ten, który chce rozmontować rodzinę, wpuścić do Polski wszystkich migrantów świata i zabrać dzieciom schabowego na rzecz tofu. Ale skąd się to wzięło? Historycznie lewica w Polsce to PPS Piłsudskiego, walka o równość, o prawa robotników, kobiet, mniejszości. Po 1989 roku wszystko, co lewicowe, wrzucono do jednego worka z PZPR-em, jakby Mazowiecki i Jaruzelski siedzieli w jednej ławce. Dziś wystarczy poprzeć równość małżeńską albo zieloną energię, by dostać łatkę „lewactwa”.

Reklama

Tymczasem – paradoks! – wielu „prawaków” korzysta z lewicowych zdobyczy: bezpłatnej edukacji, ośmiogodzinnego dnia pracy, świadczeń społecznych. Hipokryzja? Być może. Ale etykiety nie lubią niuansów. One upraszczają rzeczywistość do poziomu mema.

A co z „prawactwem”? To bliźniak „lewactwa”, tyle że z odwrotnym znakiem. „Prawak” – jak głoszą lewicowe memy – to ten, co marzy o Polsce katolickiej, białej i bez par jednopłciowych. To ten z patriotycznym brelokiem i nienawiścią do Unii Europejskiej. Ale prawica, ta historyczna, to przecież endecja, to Piłsudski (tak, on był bardziej lewicowy, ale narodowość mu nie była obojętna), to też ci, którzy zbudowali podstawy gospodarki rynkowej. Prawica ma swoje zasługi, ale w dzisiejszym garnku etykiet to wszystko się rozmywa. Każdy, kto sprzeciwia się aborcji czy imigracji, staje się „faszystą” lub „moherem”, a przecież to może być po prostu ktoś, kto inaczej rozumie świat.

I właśnie w tym jest problem – w „garze etykietowania”. Etykiety nie są niewinne. W epoce algorytmów, które karmią nas informacyjnymi bańkami, stały się bronią masowego rażenia. Myślisz inaczej? Jesteś „lewakiem”. Masz kolorowe włosy albo tatuaże? Jesteś „dziwakiem”, „obcym”. Wierzysz w Boga i chodzisz do kościoła? „Prawacki fanatyk”. Bańki puchną, język się radykalizuje, a dialog zamienia się w jazgot.

Weźmy życie. Młody chłopak z tęczową flagą? Dla prawicy to „lewacki prowokator”. Starsza pani z różańcem na marszu pro-life? Dla lewicy – „opętana przez TVR”. A co z tymi pośrodku? Człowiek, który głosuje na liberałów, ale chodzi do kościoła? Kobieta, która popiera prawa kobiet, ale jest przeciwna aborcji? Przedsiębiorca, który płaci uczciwie podatki, ale głosuje na PiS, bo boi się chaosu? Oni wszyscy dostają łatki: „zdrajcy”, „letni”, „lemingi”, „centryści bez kręgosłupa”, „mohery”.

Problem nie leży w poglądach, tylko w mechanizmie szufladkowania. Bo etykieta daje iluzję porządku. Uspokaja lęk: skoro wiem, że „ten” to lewak, a „tamten” to moher, to czuję się bezpieczniej. Nie muszę słuchać, rozumieć, rozmawiać. Mogę oceniać z góry i z czystym sumieniem zablokować albo wyśmiać.

Media to podsycają. Portale prawicowe widzą wszędzie „marksistów”, a lewicowe – „faszystów”. A X, czyli dawny Twitter? Tam trwa wojna na hasztagi: #prawactwo kontra #lewactwo. Plemiona walczą o zasięgi, nie o argumenty. A gdzieś pośrodku – milcząca większość, która już nie wie, jak mówić, żeby nie dostać rykoszetem w „mordę”.


Ale może czas na rewolucję? Nie lewicową. Nie prawicową. Ludzką. Taką, która zamiast mieszać etykiety w kotle, doda trochę empatii do tego wrzątku. Wyobraźmy sobie kraj, w którym rozmowa zaczyna się od „dlaczego tak uważasz?”, a nie od „ty faszysto!”. Kraj, w którym „inność” nie oznacza od razu zagrożenia.

Bo tak naprawdę – wszyscy jesteśmy w tym samym kotle. Każdy z nas ma swoją historię, swoje wątpliwości i sprzeczności. I właśnie dlatego etykiety to lenistwo umysłowe. A może nawet tchórzostwo.

Czas przestać gotować się we własnych bańkach. I może w końcu wspólnie ugotować coś, co da się zjeść – bez niestrawności, bez podziałów, bez żółci.

Autor: Rafał Chwaliński

Autor: Redakcja Radio DTR
Obserwuj Radio DTR w Google News

📲 Znajdziesz nas także w Google News – kliknij i obserwuj Radio DTR, aby otrzymywać nasze najnowsze informacje prosto w aplikacji!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
0

Suma