Euro w Bułgarii. Czy naprawdę wszystko podrożało, czy zmienił się tylko sposób liczenia?

euro czy drozyna
Oceń materiał

Od kilku miesięcy w Bułgarii słychać podobne opinie. W mediach społecznościowych, sklepach i kawiarniach mieszkańcy powtarzają jedno zdanie:

„To, co kosztowało dwa lewa, dziś kosztuje dwa euro.”

Brzmi jak dowód na ogromną drożyznę. Ale czy rzeczywiście tak jest? A może nasze postrzeganie cen jest równie ważne jak same ceny?

Odpowiedź nie jest prosta, ponieważ po wejściu do strefy euro zderzyły się ze sobą ekonomia i psychologia.

Cena to liczba. Wartość to coś zupełnie innego.

Przez wiele lat Bułgarzy płacili w lewach. Waluta była stabilnie powiązana z euro kursem:

1 euro = 1,95583 lewa.

Oznacza to, że produkt kosztujący 2 lewy miał wartość około 1,02 euro.

Jeżeli po zmianie waluty ten sam produkt kosztuje 1,02 euro, praktycznie nic się nie zmieniło. Cena została jedynie przeliczona.

Jeżeli jednak kosztuje 2 euro, oznacza to realny wzrost ceny o blisko 96 procent.

To właśnie tutaj zaczyna się cała dyskusja.

Turysta patrzy inaczej niż mieszkaniec

Wyobraźmy sobie turystę z Polski.

Przed zmianą waluty kupował kawę za 2 lewy.

Po przeliczeniu płacił około 4 zł (w zależności od kursu złotego).

Po wejściu euro ta sama kawa kosztuje 1 euro.

Po przeliczeniu na złotówki nadal zapłaci około 4–5 zł.

Dla niego praktycznie nic się nie zmieniło.

Ale jeśli zobaczy cenę 2 euro, od razu zauważy, że zapłaci około dwa razy więcej.

Turysta nie porównuje liczby zapisanej na metce. Porównuje, ile pieniędzy znika z jego portfela.

Dlatego dla przyjezdnych liczy się przede wszystkim kurs wymiany walut, a nie nazwa waluty obowiązującej w kraju. ilustracja artykulu drozyzna czy euro ilustracja artykułu drożyzna czy euro

Mieszkaniec patrzy zupełnie inaczej

Bułgar codziennie otrzymuje pensję, płaci rachunki i robi zakupy.

Nie przelicza ich na złotówki ani dolary.

Porównuje tylko jedno:

czy moja pensja wystarcza na tyle samo co wcześniej?

I właśnie tutaj pojawia się psychologiczna pułapka.

Przez lata płacił za chleb dwa lewa.

Nagle widzi cenę:

2 euro.

Wie, że euro jest silniejszą walutą.

Jednocześnie widzi tę samą cyfrę „2”.

Jeżeli jego wynagrodzenie nie wzrosło proporcjonalnie do cen, bardzo szybko dochodzi do wniosku:

„Po wejściu euro wszystko podrożało.”

I często ma rację.

Nie dlatego, że euro jest drogie.

Reklama
Reklama

Dlatego, że część cen rzeczywiście wzrosła.

Czy euro samo podnosi ceny?

Nie.

Waluta sama w sobie nie zmienia wartości produktów.

Jeżeli dziś coś kosztuje:

2 lewy

to po uczciwym przeliczeniu powinno kosztować około:

1,02 euro.

Problem pojawia się wtedy, gdy przedsiębiorca zamiast uczciwego przeliczenia wpisuje:

2 euro.

Takie sytuacje zdarzały się wcześniej również w innych krajach wchodzących do strefy euro.

Ekonomiści nazywają to efektem zaokrągleń lub wykorzystaniem zmiany waluty do podwyższenia cen.

Czy mieszkańcy stali się bogatsi?

To kolejne często zadawane pytanie.

Odpowiedź brzmi:

nie od razu.

Jeżeli ktoś posiadał oszczędności w wysokości 2000 lewów, po zmianie waluty ma około 1022 euro.

Nominalnie liczba na koncie jest mniejsza.

Ale wartość majątku pozostaje praktycznie taka sama.

Zmieniła się jednostka zapisu.

Natomiast euro daje inne korzyści.

To waluta łatwiejsza w międzynarodowym handlu, bardziej stabilna, akceptowana w większości państw Unii Europejskiej. Ułatwia podróże, ogranicza koszty wymiany pieniędzy i zwiększa bezpieczeństwo oszczędności.

Nie oznacza jednak automatycznie wzrostu poziomu życia.

Dlaczego emocje są tak silne?

Ludzie rzadko analizują kursy walut.

Zapamiętują ceny.

Jeżeli przez dziesięć lat płacili za kawę dwa lewa, a dziś widzą dwa euro, ich pierwszą reakcją jest przekonanie, że wszystko zdrożało.

Psychologia działa szybciej niż kalkulator.

Dlatego zmiana waluty niemal zawsze wywołuje poczucie drożyzny, nawet wtedy, gdy część cen została przeliczona prawidłowo.

Najważniejsze pytanie nie brzmi: „ile kosztuje?”

Znacznie ważniejsze jest pytanie:

Czy za moją miesięczną pensję mogę kupić tyle samo co przed zmianą waluty?

To właśnie nazywa się siłą nabywczą pieniądza.

Bo o poziomie życia nie decyduje napis na banknocie ani symbol waluty, lecz liczba produktów i usług, które możemy za swoje wynagrodzenie kupić.

Warto spojrzeć szerzej

Historia Bułgarii pokazuje, że przy ocenie skutków wprowadzenia euro łatwo pomylić dwie różne rzeczy: zmianę jednostki rozliczeniowej i rzeczywisty wzrost cen. Dla turysty najważniejszy jest przelicznik na walutę, którą zarabia. Dla mieszkańca liczy się siła nabywcza jego wynagrodzenia.

Dlatego odpowiedź na pytanie, czy w Bułgarii „wszystko podrożało”, nie może sprowadzać się do prostego porównania cyfr na metkach. Trzeba sprawdzić, czy ceny zostały uczciwie przeliczone, jak zmieniły się wynagrodzenia i ile dóbr można kupić za przeciętną pensję. Dopiero wtedy można rzetelnie ocenić, czy problemem jest euro, czy rzeczywista inflacja i wzrost kosztów życia.

Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry